TALES FROM EARTHSEA (GEDO SENKI)



"Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie jasny jest lot sokoła..."



Gdy dowiedziałem się, że studio Ghibli wykupiło prawa do "Ziemiomorza" Usuli LeGuin, wpadłem w prawdziwą euforię. Oto bowiem mój ulubiony cykl fantasy trafił w ręce ludzi odpowiedzialnych za moje ulubione filmy anime. Szczególnie, że powieści Ursuli LeGuin posiadają podobny typ wrażliwości, co filmy Hayao Miyazakiego. Oboje są mistrzami narracji, budowania ciekawych i wielowymiarowych postaci, tworzenia niezwykłego klimatu, który wychodzi poza typowe ramy gatunku, oraz przede wszystkim - oboje bardzo szanują potęgę SŁOWA. W czasach, gdy mówi się dużo, a nie wynika z tego nic konkretnego, tworzą dzieła, gdzie daje się wyczuć wagę każdego pojedynczego słowa. U LeGuin przejawia się to w pięknych, dokładnych opisach i głębokich dialogach, które jednak zawsze sprawiają wrażenie krótkich i konkretnych, ale zarazem przemyślanych i bogatych w znaczenie. Z kolei Miyazaki wrzuca swoich bohaterów w świat, gdzie trzeba uważać na słowa, nie można rzucać ich na wiatr, należy mówić z sensem i przekonaniem. Jego postaci w ten sposób poznają świat, uczą się więcej o sobie samych i innych ludziach. Zresztą LeGuin i Miyazaki wyczuwali chyba te wszystkie podobieństwa. Japoński reżyser już od wielu lat starał się o prawa do Ziemiomorskiego cyklu, który zawsze sobie wyjątkowo cenił. Dostał je dopiero niedawno, kiedy słynna pisarka obejrzała dzieła Miyazakiego i, szczerze zachwycona, uznała go za twórcę godnego ekranizacji jej powieści.


  


Niestety, nie wszystko ułożyło się tak jak trzeba - jako, że w tym czasie reżyser pracował przy "Ruchomym Zamku Hauru", jego syn - Goro Miyazaki - stwierdził, że teraz ma dobrą okazję, aby zadebiutować pełnometrażowym anime i namówił studio do rozpoczęcia prac nad "Opowieściami z Ziemiomorza" (w oryginale "Gedo Senki"). Rozwścieczyło to Hayao i rozczarowało LeGuin, ale oboje byli w tym momencie bezradni. I w ten sposób straciliśmy szansę na wspaniały film, który miałby szansę dorównywać takim dziełom jak "Księżniczka Mononoke". Otrzymaliśmy natomiast film zaledwie niezły, stworzony niepewną ręką debiutanta skazanego na ciągłe porównania z ojcem.

"Gedo Senki" oparty jest na dwóch częściach cyklu - "Najdalszy Brzeg" i "Tehanu". Oto w świecie Ziemiomorza zaczyna dziać się coś złego - czarnoksiężnicy tracą swoją moc, smoki walczą między sobą, a ludzie zaczynają szukać ulgi w coraz szerzej dostępnych narkotykach. Wpływ tajemniczej siły dosięga również młodego księcia Arrena, który zabija własnego ojca i ucieka z królestwa Enladu. W trakcie podróży spotyka Krogulca - Arcymaga z wyspy Gont. Wspólnie wyruszają odkryć przyczynę klęsk nękających Ziemiomorze. Okazuje się, że za wszystkim stoi inny czarnoksiężnik - Cob, dawny wróg Krogulca, który chce zachwiać równowagę pomiędzy światem żywych i umarłych. W powstrzymaniu go pomogą bohaterom Tenar - kobieta niegdyś uratowana przez Arcymaga, oraz tajemnicza Therru - dziewczynka porzucona niegdyś przez rodziców.


  


O ile jeszcze na początku historia trzyma się dość wiernie książkowego pierwowzoru, z każdą chwilą ingerencja scenarzystów w fabułę jest coraz wyraźniejsza. W przypadku np. "Ruchomego Zamku Hauru" czy "Kiki's Delievery Service" wyszło to filmowi na dobre, w "Opowieściach..." nie sprawdza się zupełnie. Może to tylko moje odczucie, gdyż znając niezwykłą jakość cyklu spodziewałem się historii bardziej sensownej i przemyślanej. Tymczasem, o ile jeszcze na początku historia zdaje się być całkiem ciekawa i inteligentna, o tyle przez ostatnie pół godziny na ekranie panuje prawdziwy chaos. Opowieść staje się nudna i męcząca, a fabularne braki Goro stara się zatrzeć natłokiem akcji. W dodatku wprowadza mnóstwo sztampowych elementów, tak często spotykanych w fantasy. Przede wszystkim drażnią zmiany w postaci Coba. Reżyser robi z niego typowy czarny charakter z produkcji fantasy, z bladą twarzą i złowieszczym uśmiechem; daje mu też olbrzymią fortecę oraz niecnych podwładnych, a w finale każe mu zmierzyć się z bohaterami w najwyższej wieży. Kiedy skonfrontujemy taki obraz z książką, wydaje się być on wyjątkowo banalny i schematyczny. Reżyser nie wyjaśnia też pewnych wątków, dlatego dla widzów nieobeznanych z cyklem LeGuin wiele rzeczy może być bardzo niejasnych i niezrozumiałych. Z jednej strony to ciekawa mobilizacja do lektury - na pewno wiele osób będzie się chciało dowiedzieć jak Krogulec uratował Tenar i przeczytać "Grobowce Atuanu"; z drugiej jednak strony brak sensownego wyjaśnienia dla wątku Tehanu wydaje się być sporą nieodpowiedzialnością - w końcu film ma stanowić zamkniętą całość, nie każdy żeby go zrozumieć musi przeczytać książkę. Jest też wiele dziwnych i niepotrzebnych szczegółów, które zupełnie nie popychają fabuły do przodu, a mimo to zostały przez scenarzystów zmienione względem książki. Jak na przykład fakt zabicia króla Enladu przez Arrena, wątek nie wprowadzający do historii większego sensu, wytłumaczony w mało przekonujący sposób. Może zabijając ojca młodego bohatera Goro chciał zasugerować coś swojemu słynnemu tacie? Drażni też nachalność, z jaką "Opowieści..." starają się mówić o Ważnych Rzeczach. Co chwila pada jakieś zdanie w stylu "Kto odrzuca śmierć, odrzuca życie" albo "Życie to wielki dar" itp. Dochodzi wreszcie do tego, że pod koniec film wpada w dość irytujący schemat: akcja - sentencja o życiu - akcja. A przecież już same słowa Therru ("Nienawidzę każdego, kto odrzuca wartość życia!") świetnie podsumowują "Gedo Senki". Dlaczego więc przez cały film powtarza się te wszystkie komunały? Czyżby twórcy nie wierzyli w inteligencję widza?

W czasie oglądania filmu przyszła mi na myśl jeszcze jedna, dość smutna refleksja: "Opowieściom z Ziemiomorza" brak... duszy. Nie ma emocji, nie ma przywiązania do bohaterów, a ich los niespecjalnie nas obchodzi. Nie ma też tej magii, z której słyną przecież wszystkie pozostałe filmy Ghibli. A przecież potencjał ku temu był naprawdę wielki, bo materiałowi nie można odmówić klimatu i oryginalności. Tymczasem w całym filmie jest zaledwie jedna godna Ghibli scena, przy czym została ona przez reżysera całkowicie zepsuta: moment, gdy Therru śpiewa swoją piosenkę. Piękny, przejmujący głos Aoi Teshimy, cudowna sceneria, bohater wsłuchany w mądre słowa pieśni... Niestety, Goro nie "czuje" tej sceny - jest ona za długa, reżyser wyjątkowo nieumiejętnie dobiera ilustrujące ją kadry, wydaje się ciągnąć ją bez końca i kiedy wydaje się już, że się skończyła, Therru rozpoczyna kolejną zwrotkę... A wystarczyło pokazać to w sposób nieco inny, bardziej umiejętny, z większą wrażliwością i uczuciem! Niestety, młodemu reżyserowi wydawało się, że wystarczy pokazać piękne widoki, aby poruszyć widza. Nic z tego. I nie pomoże tu nawet najpiękniejsza piosenka...


  


Dziwnie wygląda też sprawa z bohaterami. Odważny, choć wciąż niepewny siebie Arren z oryginału LeGuin zostaje u Goro niestabilnym psychicznie tchórzem. Rozumiem, że celem Miyazakiego Juniora było przedstawienie strachu bohatera przed śmiercią, ale można to zrobić przecież w sposób bardziej subtelny, nie czyniąc z bohatera paranoika, który ucieka z krzykiem przy nieco mocniejszym podmuchu wiatru. Za to Krogulcowi twórcy odbierają wiele z jego potęgi. Kilka razy co prawda używa swojej mocy, ale w sposób bardzo ograniczony i nie robiący specjalnego wrażenia. Dotychczas nie wierzyłem, że magię można pokazać bez polotu... Sama postać nie została jednak obdarta ze swojej charyzmy, niezwykłego spokoju oraz wielkiej pokory. Tenar zostaje tu przedstawiona jako 'tylko' wiedźma i prosta kobieta, a o jej niezwykłej przyszłości słyszymy tu tylko przez chwilę. Therru natomiast wypada ciekawie, a głos debiutantki Aoi Teshimy wyjątkowo do niej pasuje. Szkoda tylko, że jej wątek, jak już wspominałem, został pozostawiony bez żadnego logicznego wytłumaczenia albo chociaż wskazówki...

Nie popisało się też studio Ghibli jeśli chodzi o typowo techniczną stronę filmu. Animacja jest dobra, lecz nieco słabsza niż w ich poprzednich filmach; widać znacznie większą ingerencję komputera i pewną statyczność przedstawionego świata. Owszem - krajobrazy są piękne, ale co z tego, jeśli puste i bez życia? Rozczarowują też projekty postaci, bardzo schematyczne i mało zróżnicowane. Najdziwniej prezentuje się za to Cob, który z wyglądu bardzo przypomina kobietę. Wielu widzów na pewno będzie szczerze zaskoczonych, gdy poznając tę postać usłyszy, iż wszyscy zwracają się do niej per pan. Najlepiej wygląda natomiast sam Ged - bardzo blisko mojego książkowego wyobrażenia (nie licząc koloru skóry) oraz Therru, która wyjątkowo zręcznie wpisuje się w panteon żeńskich bohaterek filmów Ghibli. Brakowało mi też pewnego standardu filmów słynnej wytwórni - wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej. Co prawda muzyka w "Gedo Senki" jest naprawdę dobra, jednak nie ma w niej nic charakterystycznego, nie ma konkretnej myśli ani pomysłu, a po seansie właściwie już się jej nie pamięta. Mam jednak nadzieję, że oddzielnie sprawia lepsze wrażenie, czego nie omieszkam sprawdzić. Najlepiej póki co brzmi wspomniana już wcześniej piosenka Therru, szczególnie w wersji z podkładem instrumentalnym - wyjątkowo dobry i piękny utwór! Że też w filmie została tak zmarnowana...


  


Mimo wymienionych wcześniej wad nie uważam "Opowieści z Ziemiomorza" za film zły. Wydaje mi się, że większość negatywnych odczuć wynika z faktu, że po Ghibli spodziewałem się czegoś znacznie lepszego, a dodatkowo uwielbiam cykl o Ziemiomorzu i czekałem na bardziej wysmakowaną adaptację. "Gedo Senki" ma jednak wiele zalet. Przede wszystkim - jest o niebo lepsze niż stworzony przez BBC telewizyjny gniot "Ziemiomorze". Wykonanie stoi na dobrym poziomie, głosy postaci dobrane są znakomicie, a całość ogląda się dość przyjemnie i bezboleśnie (prawie). Szczególnie dobra jest środkowa część filmu - gdy bohaterowie trafiają do domu Tenar i pomagają jej w obowiązkach. Czuje się tu pewien typowy dla Ghibli klimat, akcja zwalnia na chwilę, ustępując osobliwie przyjemnej celebracji takiego zwykłego życia, w zgodzie z naturą i ludźmi. Chwali się też Ghibli za próbę podjęcia dość trudnego zagadnienia jakim niewątpliwie jest śmierć. Cieszy też fakt, że film pojawił się u nas w wersji z napisami, w znakomitym tłumaczeniu wielkiego fana twórczości Ursuli LeGuin - Andrzeja Wójcika. Wydaje mi się jednak, że najlepiej na "Opowieściach..." będą bawić się ludzie, którzy książkowego cyklu nie znają i dla nich będzie to kolejna ciekawa opowieść fantasy. Ja jednak oryginał znam i dlatego chyba nigdy nie przeboleję, że za film nie wziął się starszy Miyazaki. Pozostaje mieć nadzieję, że reżyser kiedyś zdecyduje się na ekranizację wcześniejszych tomów - rewelacyjnego "Czarnoksiężnika z Archipelagu" albo "Grobowców Atuanu". Póki co Ziemiomorze doczekało się filmu dobrego, choć wciąż nie tak dobrego, na jaki zasługuje.




TALES FROM EARTHSEA

Tytuł polski: Opowieści z Ziemiomorza
Tytuł oryginalny: Gedo Senki
Rok produkcji: 2006, Japonia
Czas trwania: 115 min.
Reżyseria: Goro Miyazaki
Scenariusz: Goro Miyazaki, Keiko Niwa
Książka: Ursula K. Le Guin
Rysunki: Yoji Takeshige
Muzyka: Tamiya Terajima

Głosy podkładali:

Junichi Okada (Arren), Aoi Teshima (Theru),
Bunta Sugawara (Haitaka), Yuko Tanaka (Cob),
Teruyuki Kagawa (Hare), Jun Fubuki (Tenar)
e-mail Autor recenzji: Karol Baluta - KAROL

Moja ocena: 6,5/10 

Klub Miłośników Filmu, 19.05.2007

STRONA GŁÓWNA KMF | WIĘCEJ RECENZJI ANIME