Trudno oceniać takie filmy jak "Generał Nil" i to z kilku względów. Po pierwsze, dlatego, że wymagają od nas ustosunkowania się do takich pojęć jak: patriotyzm, ojczyzna, honor. Po drugie, instynktownie wyczuwamy kryjące się w takich produkcjach niebezpieczeństwo, polegające na fałszowaniu historii i manipulowaniu widzem. Po trzecie, wielokrotnie już dostawaliśmy pełne patosu filmy o bohaterach z romantycznym rodowodem - jedni te utwory krytykowali, wyrażając jednocześnie chęć zobaczenia na ekranie pełnokrwistych ludzi, a nie pomników. Inni zaś, sugestię niejednoznaczności postaw męczenników naszej historii, uznaliby za świętokradztwo. Wielcy ludzie i wielkie tematy zawsze wywołują kontrowersje. "Generał Nil" również, przywołując na przykład wątpliwości, jakie do scenariusza zgłaszała rodzina Fieldorfa.
Nowy film Bugajskiego to historia skupiająca się w dużej mierze na powojennych latach życia generała Augusta Emila Fieldorfa, posługującego się w czasie II wojny światowej pseudonimem Nil. Był on kimś niezwykle ważnym w szeregach Armii Krajowej - kierował "Kedywem", miał znaczący wkład w organizowanie działań dywersyjno-sabotażowych, później stał także na czele organizacji "Nie". Film w sposób skrótowy przedstawia wojenną działalność Nila, a tym, co interesuje reżysera najbardziej jest los, jaki spotkał generała po powrocie ze zsyłki na Sybir.

W to, co dzieje się na ekranie trudno uwierzyć. W dyskusjach po projekcji pojawiają się pytania: jak mogło dojść do tego, że Polacy mordowali Polaków? I to chwilę po skończonej, wyniszczającej wojnie? Przedstawiony przez Bugajskiego, sfingowany proces generała Fieldorfa, godzi w nasze elementarne poczucie sprawiedliwości. Absurd epoki uchwycony jest w jednej, krótkiej scenie, w której sędzia, uczestniczący przed momentem w utrzymaniu wyroku śmierci dla gen. Nila, schodząc po schodach zaczyna się zastanawiać - jak to jest możliwe, że teraz tych stopni jest dziesięć, skoro przy wchodzeniu było jedenaście?
Nowy film twórcy "Przesłuchania" wnosi pewną nową jakość do grupy utworów o ludziach zasłużonych - prezentuje nam odmienny typ bohatera. To, że "Generał Nil" nie jest ociekającą patosem produkcją, wynika przede wszystkim z tego, jakie elementy osobowości głównej postaci filmu zostały najmocniej podkreślone. To pragmatyk, a zarazem człowiek twardy, posiadający poczucie służby i obowiązku. Dla niego wolna Polska jest wartością najważniejszą, ale jednocześnie potrafi on dostosować sposób walki o nią, do obowiązującej sytuacji. Niektórym może wydać się zastanawiające, że jeden z najważniejszych generałów Armii Krajowej, pragnie zaprzestania walki czynnej, choć skończona wojna nie przyniosła Polsce niepodległości. Tchórzostwo? Nie, racjonalizm. Daleki od pięknego, ale jakże nieżyciowego romantycznego modelu umierania dla idei. Jak widać, Gustaw nie musi przemienić się w Konrada, a zamiary trzeba liczyć na siły. Dlatego Fieldorf to bohater pełnokrwisty, a zasługą Bugajskiego jest, już po raz kolejny wykorzystane, umiejętne połączenie portretu psychologicznego postaci z planem toczącej się historii.
Film w wielu momentach posługuje się czarno-białymi schematami. Są odczłowieczeni Sowieci, nieco infantylny Bierut, niewydolny system sprawiedliwości, ze sfingowanymi procesami i adwokatami dbającymi bardziej o swoje honoraria, niż o dobro klienta. Z drugiej strony mamy torturowanych, zastraszonych akowców, pozostających, mimo cierpienia, wiernymi swoim zasadom Naprawdę tę czerń i biel uzupełniało wiele odcieni szarości i o tym należy pamiętać oglądając film. Bugajski, choć w niewielkim stopniu, stara się odejść od stereotypów - widoczne jest to, na przykład, w postaci więzionego żołnierza Armii Krajowej granego przez Macieja Kozłowskiego. Także kobietom u Bugajskiego daleko momentami do polskich heroin. Dla nich honor to abstrakcja. Liczy się to, aby ukochany człowiek, mąż i ojciec, był z nimi. Egoistyczne podejście? Nie mnie oceniać. Słowa generała "Nie sądźmy kogoś, kto przeszedł przez piekło NKWD" dobitnie uświadamiają, że my, dzisiaj, nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć sytuacji ludzi żyjących w tamtych czasach.
Film Bugajskiego ma jeden nadrzędny cel - przywrócenie zapomnianego bohatera historii. Świadczy o tym kampania prowadzona przez Narodowe Centrum Kultury, w ramach której, organizowane są projekcje z następującymi po nich dyskusjami, przygotowano też broszury zawierające szczegółowe informacje o generale. Zaproszono także do współpracy muzyków - zadaniem Artura Rojka i Andrzeja Smolika było stworzenie piosenki inspirowanej postacią Nila. Rezultatem tej współpracy jest ballada "Mój Tata Generał". Trudno oceniać stopień powodzenia takiej kampanii, kładącej w dużej mierze nacisk na to, aby zachęcić młodzież do zainteresowania się historią własnego kraju. W każdym razie nazwisko "Fieldorf" zaistniało w mediach. Teraz robi się dużo, aby usłyszała o nim jak największa grupa odbiorców. Oby się udało.


wytwórnia - WFDiF, 2009
reżyseria - Ryszard Bugajski
scenariusz - Ryszard Bugajski, Krzysztof Łukaszewicz
muzyka - Shane Harvey
montaż - Ewa Różewicz
zdjęcia - Piotr Śliskowski
czas projekcji - 125 minut


Olgierd Łukaszewicz
Alicja Jachiewicz
Anna Cieślak
Jacek Rozenek
Maciej Mikołajczyk
Zbigniew Stryj
Maciej Kozłowski
Katarzyna Herman


Generał Emil Fieldorf
Janina Fieldorf
Maria Fieldorf
Pułkownik Józef Różański
Wiesiek
Major Stefan Bajer
Tadeusz Grzemielewski
Sędzia Maria Gurowska



Autorka recenzji: Zuzanna Bańkowska - DANAE | Klub Miłośników Filmu, 26 kwietnia 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA