|
STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
|
NAPISZ DO AUTORA
|
Będzie krótko, gdyż po pierwsze mało kto czyta wstępy, a po drugie nie chcę
zanudzić tych, którzy jednak poświęcają te kilka minut na choćby rzucenie
okiem. Poniższy ranking czy też zestawienie jest tak subiektywne, jak tylko
się dało. Pełny obiektywizm nie jest możliwy i nie starałem się o niego w
żadnym momencie żmudnego procesu kompilacji tytułów wchodzących w skład listy
najlepszych opowieści o duchach, które dane nam było zobaczyć w kinie. Do
napisania tego tekstu bezpośrednio zainspirowała mnie premiera filmu
„Udręczeni”, dzięki któremu przyszło mi zastanowić się nad kondycją podgatunku
ghost story i zachęciło do rewizji najciekawszych według mnie tytułów.
Narzuciłem jednak sam sobie pewne ograniczenia według nie do końca jasnych
kryteriów, których nie będę nawet starał się wytłumaczyć, dlatego też może
dziwić brak na liście tytułów ze stajni Hammera czy też tych firmowanych
nazwiskiem Rogera Cormana. Tak czy inaczej, chciałem wyrazić nadzieję, że
poniższy tekst spełni oczekiwania zarówno tych stawiających swoje pierwsze
kroki na terenie zarezerwowanym dla duchów i upiorów, jak i tych, którzy są za
pan brat ze wszystkimi odcinkami Scooby-doo. Filmów na liście jest dwanaście,
gdyż dwunastka wydała mi się najodpowiedniejszą, niemal symboliczną liczbą
związaną z tematem. Wszakże to właśnie o pełnej dwunastej na świat wypełzają
wszystkie zjawy, kryjące się do tej pory w zakamarkach naszych umysłów. Bawcie
się dobrze, zapraszam..
|
| 12
| |
 | |
Sierociniec (2008)
Ponoć najbardziej lubimy piosenki, które już dobrze znamy. Nie inaczej jest z
filmami. Z tego powodu „Sierociniec”, który na pierwszy rzut oka jest kolejnym
odgrzewanym kotletem, cieszy się ogromną wręcz estymą zarówno wśród krytyki, jak
i widzów. Hiszpański reżyser Juan Antonio Bayon złożył swój film z elementów
powielanych setki razy przez kino grozy, a jednak końcowy efekt przeszedł
najśmielsze oczekiwania publiczności. Dziecko jako jedyny łącznik z duchami,
tajemnica z przeszłości, czekająca na rozwiązanie i obowiązkowy sceptycyzm
otoczenia wobec tego, co dzieje się w dawnym sierocińcu - wszystko to znamy z
przynajmniej jednego filmu o zjawach i upiorach. Jednak obrazowi Bayona brak
naiwności, która tak często cechuje gatunek. Na uwagę zasługują też fantastyczna
gra świateł i praca kamery, które zaskakują swoją świeżością. Powolne,
majestatyczne ruchy ręki operatora oraz rezygnacja z teledyskowego montażu
wychodzi nastrojowemu horrorowi na dobre. W „Sierocińcu” każdy kadr emanuje
pięknem, aczkolwiek przybrudzonym i niejednokrotnie odpychającym. Wizualna
ambiwalencja filmu sprawia, że „Sierociniec”, przy praktycznie całkowitym braku
oryginalności w warstwie fabularnej, intryguje, ciekawi, i, co najważniejsze,
straszy.
|
| 11
| |
 | |
Klątwa (1998 - 2003)
Jedyna w zestawieniu seria. Trudno w całej sadze „Ju-on” wyróżnić jeden film,
gdyż reżyser Takashi Shimizu co rusz dokręcał kolejne odsłony, uzupełniał,
realizował nowe wersje, a później w Stanach Zjednoczonych „rimejkował”. Z tej
przyczyny trzeba patrzeć na cykl całościowo i właśnie ten urok mini-serialu
urzekł mnie w pierwszej kolejności. Poszczególne „Klątwy” wymagają od widza
więcej niż przeciętna opowieść o duchach. Shimizu posługuje się ciekawą
konstrukcją fabularną, zaburzając chronologię i pokazując wydarzenia z
perspektywy każdej z postaci. Do oglądającego należy poskładanie w całość często
nieprzystających do siebie puzzli, co owocuje zawiązaniem intrygi niczym w
filmie kryminalnym. I niech potencjalnego widza nie odstraszy pani z
kruczoczarnymi włosami opadającymi na twarz, czołgająca się po podłodze, gdyż
„Klątwie”, pomimo pozornych podobieństw fabularnych, daleko do „Ringu”; nie jest
to kolejny klon kultowego już filmu. Błędne pojmowanie wielu japońskich ghost
stories wynika z nieznajomości tamtejszej kultury, w której postać owej kobiety
jest niemal nieodłączną częścią składową wzorcowej opowieści o duchach i każdy
kolejny film bazujący na podobnym schemacie niekoniecznie jest kalką filmu Hideo
Nakaty.
|
| 10 | |
 | |
Porzuceni (2006)
J eden
z najbardziej nietypowych filmów na liście. Cóż, gdy autorem jest sam Nacho
Cerda, autor takich obrazów jak „Aftermath” i „Genesis”, nie może być inaczej.
„Porzuceni” kokietują przepiękną oprawą wizualną, która płynnie przechodzi od
niemal fantastycznych pejzaży do turpistycznej makabry, od baśniowej zieleni do
gnijących odcieni rozkładających się zwłok. Kamera umiejętnie rejestruje nie
tylko to, co widać gołym okiem na ekranie, lecz to, co czai się w głębi umysłu i
serca głównej bohaterki. Nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, w jaki sposób Xavi
Gimenez zdołał sfotografować pustkę i samotność, dotknąć nienamacalnego. Jednak
wizualna maestria to nie wszystko, co oferuje Cerda w „Porzuconych”, to jedynie
wierzchołek góry lodowej. Nagromadzenie elementów fabularnych przyprawia o
zawrót głowy, film wykracza o lata świetlne poza ramy opowieści o duchach. Czy w
ogóle nią jest? Odpowiedź na to pytanie, jak i na dziesiątki innych, reżyser
zostawia bez odpowiedzi, tworząc jeden z najbardziej sugestywnych, jak i
tajemniczych obrazów w historii kina grozy.
|
| 9 | |
 | |
Duch (1982)
… czy jak kto woli, „Poltergeist”, czyli duch ‘stukający’ to wspólne dzieło
speca od horroru, Tobe Hoopera oraz Stevena Spielberga, które odbiło się
szerokim echem nie tylko wśród fanów gatunku, lecz i krytyki, co pociągnęło za
sobą aż trzy nominacje do nagród Akademii. „Duch” łączy w sobie to, co najlepsze
od obu twórców: Hooper zadbał o napięcie i strach przenikający widza do szpiku
kości, Spielberg uczynił „Poltergeista” nośnikiem… wartości rodzinnych, których
podstawą jest oczywiście miłość. W efekcie ich wspólny film konstrukcją
fabularną przypomina złowieszczą baśń, w której rodzice, by ratować ukochane
dziecko, zmuszeni są stawić czoła tytułowego zagrożeniu. Ponadto na długie lata
przed powstaniem „Ringu”, przekaźnikiem dla sił nieczystych stał się produkt
współczesnej cywilizacji – w „Duchu” jest to telewizor, co stwarza wiele ścieżek
interpretacyjnych. Jako ciekawostkę należy dodać, że klątwa poltergeista rzekomo
dotknęła ekipę pracującą nad filmem, zbierając krwawe żniwo. Najtragiczniejszą
była śmierć dwunastoletniej Heather O’Rourke, czyli niezapomnianej Carol Ann z
filmu, u której błędnie zdiagnozowano poważną chorobę. Łącznie w przeciągu
sześciu lat, dzielących premiery pierwszego i trzeciego filmu z serii, zmarły
cztery osoby pracujące nad cyklem.
|
| 8
| |
 | |
Inni (2001)
Ponad sto lat temu brytyjski pisarz amerykańskiego pochodzenia, Henry James,
spłodził króciutką powieść, znaną u nas jako „W kleszczach lęku” (w oryginale
„The Turn of the Screw”). Na początku XXI wieku jego dzieło, będące być może
zapisem rojeń psychicznie chorej guwernantki, a być może świadectwem bytności
duchów w jej otoczeniu, pojawiło się jako jedna z inspiracji filmu „Inni”
autorstwa Alejandro Amenabara. Film powstał ponoć na fali sukcesu „Szóstego
zmysłu” i wykorzystuje podobne rozwiązania fabularne, jednak daleki jest od
prostego imitowania filmu Shyamalana. „Inni” osiągają autonomię za sprawą tego,
że ani przez moment nie kryją, iż nie są niczym więcej niż horrorem. Ale za to,
jakim! W obliczu nowego tysiąclecia Amenabar serwuje nam niemal staroświecką
historię o duchach, budując pełną niesamowitości atmosferę, otulając widza
wszędobylską mgłą i zapraszając do starego domostwa, otwierając przed nami
skrzypiące drzwi. Nie oznacza to jednak, że „Inni” to archaiczna rozrywka dla
miłośników plastikowych pajęczyn. Hiszpański twórca umiejętnie stosuje środki
dostępne nowoczesnemu filmowcowi, nie popadając w przesadę i dając nam dzieło
nieprzeciętne i jedno z najlepszych w swojej klasie.
|
| 7
| |
 | |
Krąg (1999)
Czy chcemy tego, czy nie, ten film już chyba na zawsze będzie synonimem słów
„japoński horror”. Właśnie od obrazu Hideo Nakaty zaczął się, trwający już
dziesięć lat, szał na produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni i państw ościennych,
otwierając tym samym nowy rozdział w dziejach filmu grozy. Z tego też powodu,
„Ring” oceniać trzeba jako nie tyle film, co zjawisko, a takiego nie było w
kinie od lat. Pomysł na sukces był stosunkowo prosty, gdyż ludowe opowieści
japońskie od setek lat straszą żeńskim upiorem o długich po pas włosach.
Przeniesiono więc historię do współczesności, zbudowano wokół niej zagadkę,
której nie powstydziłaby się Agata Christie i mamy „Krąg”, jeden z
najsłynniejszych horrorów, jaki kiedykolwiek powstał. Nakata co najmniej
dorównał literackiemu pierwowzorowi z werwą wizualizując koszmary Koji Suzukiego,
jednocześnie idealnie dawkując tempo. W „Ringu” subtelny klimat opowieści o
duchach miesza się z intensywnością, która nie pozwala oderwać się od ekranu. No
i koszmarna kaseta video, która dała podstawę do niezliczonych rozważań na temat
negatywnego wpływu współczesnej technologii i mediów na jednostkę. Pomimo że
chwała „Ringu” już nieco przebrzmiała, nie sposób mówić i myśleć o japońskim
kinie grozy bez znajomości tej pozycji.
|
| 6
| |
 | |
Kwaidan (1964)
Pomimo iż z całej mistrzowskiej trylogii „samurajskiej” Masaki Kobayashiego to
właśnie „Kwaidan” uznawany jest za najsłabsze ogniwo, nie oznacza to tym samym,
że jest to film mierny i nie warty obejrzenia. Nic bardziej mylnego! „Kwaidan”
nie tylko urzeka każdą sekundą, wysmakowaniem plastycznym w czterech nowelach
składających się na cały obraz (ręcznie malowane tła, cienie na twarzy "zimowej
Pani", festiwal kolorów w trakcie bitwy pod Dannourą), ale także stanowi pomost
pomiędzy kulturami. „Kwaidan” chciałoby się określić dziełem czysto japońskim,
ale czy tak jest w istocie? W końcu wszystkie te historie spisał Lafcadio Hearn
(w Japonii przyjął imię Koizumi Yakumo), Europejczyk z krwi i kości, pół Grek,
pół Irlandczyk, i to na jego dziele Kobayashi oparł swój film. Gdy czyta się lub
ogląda "Kwaidan", czuć syntezę europejskości z egzotyką Japonii - to przeżycie
niezapomniane. „Kwaidan” jest dla czytelnika i widza wspaniałym krokiem w
kierunku Nipponu, krokiem, który robimy nie tylko my, ale który twórca wykonuje
w naszą stronę. Jest to wyciągniecie ręki do europejskiego widza, film zdający
się krzyczeć "zobacz, Japonia nie jest taka straszna”, choć w kontekście filmu
grozy, o którym mówimy, brzmi to nieco dziwnie.
|
| 5
| |
 | |
Szósty zmysł (1999)
„Widzę martwych ludzi” mówi dziewięcioletni Cole w filmie Shyamalana. Cytat,
który zostanie na wiele lat w głowach kinomanów, nie tylko tych zakochanych w
horrorze, bo czy w ogóle można rozpatrywać „Szósty zmysł” w kategoriach kina
grozy? I tak, i nie. Jest to jeden z obrazów, któremu udała się rzadka sztuka
zerwania z narzuconą konwencją. Omawiany tytuł eksploruje tereny, które długo
pozostawały poza panoptikum horroru, pomimo tego, że części składowe wydają się
tak bardzo charakterystyczne dla gatunku. Reżyser zdecydował się przearanżować
znane nam schematy i z pozornie mało oryginalnej opowieści o duchach rodzi się
film o zacięciu psychologicznym, który pozwala na refleksje dotyczące życia
zarówno tego doczesnego, jak i pozagrobowego. Nie oznacza to tym samym, że w
„Szóstym zmyśle” nie uświadczymy prawdziwej grozy. Shyamalan niczym weteran
operuje dostępnymi mu narzędziami, a pamiętać trzeba, że to jego pierwsza
wycieczka w krainę horroru! „Szósty zmysł” to jedna z najciekawszych propozycji
ostatniego dziesięciolecia i film, który niemal natychmiastowo stał się
klasykiem kina niesamowitego – zasłużenie!
|
| 4
| |
 | |
Nie oglądaj się teraz (1973)
Gdy za reżyserię zabrał się wybitny operator Nicolas Roeg, publika mogła być
pewna jednego – doskonałego wykonania filmu od strony wizualnej. Faktycznie,
„Nie oglądaj się teraz” nie zawodzi w tym aspekcie ani trochę, obsesje głównego
bohatera, rozpaczliwie goniącego za widmem zmarłej córeczki po ulicach i
kanałach Wenecji, stają się tak sugestywne, że aż namacalne, nie tracąc przy tym
swojej niesamowitości. Roeg, posługując się trudnymi, może nawet niemożliwymi do
wyjaśnienia zbiegami okoliczności, mnożącymi się przed głównym bohaterem,
opisuje tym samym stan jego psychiki. Czy zrozpaczony ojciec widzi widmo
dziecka, bo posiada pewien dar czy też odpowiedzialny jest za to jego własny
umysł, umęczony przez smutek odczuwany po stracie? Odpowiedź na to pytanie nie
jest jednak prosta i nie pomaga nawet jeden z najlepszych, a zarazem
konfundujących, twistów fabularnych w historii kina. „Wspólne” dzieło Roega i
pisarki Daphne du Maurier, autorki „Rebeki” i „Ptaków”, zapamiętane zostanie
również ze względu na słynną scenę erotyczną, niezwykle odważną jak na owe czasy
i znakomicie zmontowaną przez reżysera.
|
| 3
| |
 | |
Nawiedzony dom (1963)
Film kochany niemal przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli. Grupa badaczy
zjawisk paranormalnych kontra nawiedzony dom. Jednak nie sama fabuła jest
najważniejsza, lecz to, w jaki sposób Robert Wise dawkuje widzowi grozę.
Operując niemal wyłącznie światłem, dźwiękiem i znakomitą pracą kamery, reżyser
osiąga efekt dostępny tylko nielicznym. Pomimo że na ekranie nie uświadczymy
hektolitrów krwi ani parady upiorów, aura niesamowitości, bijąca z ekranu
sprawia, że „Nawiedzony dom” oglądamy siedząc na brzeżku fotela i nie odczuwamy
braku efektów specjalnych. Co więcej, po uważnej obserwacji tego, co dzieje się
na ekranie, zaczynamy zastanawiać się, czy to wszystko nie jest przypadkiem
efektem depresji jednej z bohaterek? A może jednak mieszkańcy Hill House
naprawdę powrócili z zaświatów? Wise zaprasza nas do wejścia w jego świat, byśmy
sami poszukali odpowiedzi na to pytanie, przekraczając próg tytułowego domu.
|
| 2
| |
 | |
Dom na przeklętym wzgórzu (1959)
Stary, czarno-biały film klasy B na tak wysokiej pozycji? Przyznam się bez
bicia, że „Dom na przeklętym wzgórzu” Williama Castle’a to moja słabość i tylko
przyzwoitość powstrzymała mnie od umieszczenia tej produkcji na pierwszym
miejscu naszego zestawienia. Powód jest prozaiczny: podczas półtorej godziny
spędzonej z tym obrazem nie sposób się nudzić, Vincent Price i William Castle
dostarczają tony nieskrępowanej niczym zabawy. Nie odszukamy tutaj wirtuozerii
realizatorskiej, strachu też wiele nie uświadczymy, lecz magia kina działa od
pierwszej sekundy. Staroświecki urok tego obrazu miesza się z nowoczesnymi
trickami reżysera, usłyszymy więc skrzypiące drzwi, za którymi czai się chodzący
kościotrup, a wiatr porwie firany, by odsłonić nam odciętą głowę. William Castle
słynął z organizowania interaktywnych seansów, by zapewnić widzom nowe doznania.
Podczas projekcji „Domu na przeklętym wzgórzu” w pewnej chwili nad publiką
przelatywał podwieszony pod sufitem szkielet! Pomimo że omawiany film nadgryzł
nieco ząb czasu, ta mieszanka campu i prawdziwej pasji twórczej nadal robi
ogromne wrażenie.
|
| 1
| |
 | |
Zemsta po latach (1980)
Jedno z arcydzieł horroru i numero uno naszego rankingu. Nastrojowy film Petera
Medaka w pełni zasługuje na laury, które przez lata zebrało. Z pozoru
standardowa opowieść o wdowcu, dręczonym przez ducha zmarłego dziecka w starym,
wiktoriańskim domostwie, od trzydziestu lat nieustannie fascynuje widzów. Główna
oś fabularna filmu oparta jest na autentycznych ponoć doświadczeniach pisarza
Russella Huntera, który miał być dręczony przez poltergeista w domu, który
zamieszkiwał. Przeprowadzone na własną rękę dochodzenie doprowadziło go do
odkrycia strasznej prawdy – na strychu przetrzymywany był niepełnosprawny
chłopiec, którego rodzice zwyczajnie się wstydzili. Spisywał on pamiętnik, który
po latach odkrył właśnie Hunter. Swój film Medak oparł na opowieści pisarza,
zachowując jej najistotniejsze elementy, w tym oczywiście niemogącego zaznać
spoczynku ducha chłopca, który nawiedza budynek. W skład zaangażowanych do
„Zemsty po latach” strachów oprócz obowiązkowych stukających okiennic i
hałasujących drzwi, wchodzą rzeczy powiązane z ziemskim życiem nieszczęśliwego
chłopca: wózek inwalidzki oraz mała, czerwona piłeczka. Być może na papierze czy
na ekranie monitora nie brzmi to wyjątkowo złowieszczo, lecz Medak mistrzowsko
buduje atmosferę paraliżującego wręcz strachu. „Zemsta po latach” to
niezapomniany obraz, geniusz w swojej klasie i zdobywca medalu dla najlepszej
opowieści o duchach.
|
Będzie krótko, bo po pierwsze mało kto czyta podsumowania, a po drugie nie
chcę zanudzić tych, którzy już przebrnęli przez powyższy tekst. Mam nadzieję, że
bawiliście się dobrze podczas lektury, tak samo często zgadzaliście się z tym,
co przeczytaliście, jak i w myślach polemizowaliście z niektórymi fragmentami, a
może i z całością. Moje subiektywne zestawienie nie ma oczywiście charakteru
prawdy objawionej, więc z chęcią powitam wszelakie głosy w dyskusji na temat
filmów z podgatunku ghost story, sugestie i wszystko inne, co tylko będziecie
chcieli autorowi, czyli mi, przekazać. Pozostaje mi życzyć udanych seansów.
Przestawcie więc zegarki na godzinę dwunastą i zacznijcie wycieczkę po
najbardziej nawiedzonych miejscach świata. Wszystkie one zapraszają wprost z
telewizyjnego ekranu.
AUTOR RANKINGU: BARTOSZ
CZARTORYSKI -KEDDIE | KLUB MIŁOŚNIKÓW FILMU | 20 sierpnia 2009 |