Uwaga: awangarda!


Derek Jarman kontrowersyjnym filmowcem był. Od takiego oto truizmu zacznę swoją recenzję jego filmu Glitterbug. Po dłuższym namyśle dochodzę jednak do wniosku, że słowo „kontrowersyjny” powinnam zamienić raczej na „nieznany”. Bo czy nazwisko Jarmana mówi cokolwiek komuś spoza kręgów filmowych, akademickich czy gejowskich? Trudno uogólniać. Trudno też napisać recenzję filmu, który widziała garstka osób (przynajmniej w Polsce). Spróbować warto.



Derek Jarman to brytyjski artysta, o którym głośno stało się w latach 70. Wcześniej zajmował się on malarstwem i scenografią, a do środowiska filmowców wszedł (i już w nim pozostał) za sprawą współpracy z reżyserem Kennem Russellem. Jarman już za życia stał się postacią niemalże kultową w dwóch środowiskach: artystów awangardowych i podziemiu gejowskim. Miał opinię dandysa i outsidera, był zaangażowany politycznie i społecznie. Otwarcie też przyznawał się do odmiennej orientacji seksualnej i walczył o prawa dla homoseksualistów w czasach, kiedy w Anglii nie było to jeszcze bezpieczne. Gdy dowiedział się, że jest nosicielem wirusa HIV, z powodu którego zmarł w 1994 roku, znów, jako jeden z pierwszych, odważył się upomnieć się o godne traktowanie ludzi dotkniętych tą chorobą.

Mówi się, że kino Jarmana jest bardzo osobiste. Jego twórczość zogniskowana jest zwłaszcza na problematyce homoseksualności. Interesowali go przede wszystkim bohaterowie, którzy z jakiegoś powodu nie przystawali do norm narzucanych przez społeczeństwo. Jego najbardziej znane filmy dotyczą właśnie takich kontrowersyjnych postaci (Sebastian, Edward II, Wittgenstein czy Caravaggio). Twórczości tej nie można zaliczyć do kina klasycznego. Filmy Jarmana często porównuje się do poematów czy traktatów filozoficznych. Dla widza nieznającego prawideł kina awangardowego, są one dość trudne w odbiorze.
Od początku lat 70. Jarman kręcił na taśmie 8 mm kamerą Super-8 (której możliwościami był wtedy zafascynowany) swoje filmowe dzienniki, w których rejestrował podróże, spotkania z przyjaciółmi, pracę na planie. Glitterbug z 1994 roku to właśnie ich kompilacja, którą możemy potraktować jako swoisty autoportret artysty – uzasadnieniem niech będzie fakt, iż reżyser przygotowywał ten film w ostatnich miesiącach swojego życia, mając świadomość nadchodzącej śmierci. Co równie istotne, rok przed pojawieniem się tego ostatniego z dzieł Jarmana, powstał film Blue, traktowany przez wielu jako jedyny w swoim rodzaju „list pożegnalny” twórcy.

W Glitterbug znajdują się, między innymi, materiały z wyborów Alternatywnej Miss Świata, migawki z planów filmów Jarmana (Jubileusz, Sebastian, Caravaggio) i urywki z teledysków zrealizowanych przez artystę (m.in. Broken English Marianne Faithfull). Całość uzupełniają też fragmenty posiadające dużo bardziej prywatny status – będą to przede wszystkim ujęcia z londyńskiego mieszkania artysty, a także zdjęcia domowe Tildy Swinton, przyjaciółki i ulubionej aktorki Jarmana (wystąpiła we wszystkich ośmiu filmach zrealizowanych przez artystę od czasu ich poznania w 1985 roku). Te wszystkie zmontowane ze sobą elementy tworzą niezwykłą autobiografię oraz ilustrację środowiska, w którym obracał się reżyser. Oglądając film, można odnaleźć w nim wiele wątków typowych dla twórczości tego artysty: fascynację męskim ciałem, zogniskowanie uwagi na detalu, upodobanie do filmowania pejzażu miejskiego. Twórca eksperymentuje też nieustannie z możliwościami kamery – często zmienia tempo, przechodzi ze zdjęć kolorowych na czarno-białe. Jednak tym, co w Glitterbug robi największe wrażenie, jest muzyka. Ścieżka dźwiękowa została skomponowana specjalnie na użytek tego filmu przez Briana Eno. Połączenie konkretnych utworów z odpowiednimi scenami wywołuje poczucie dziwności i niepokoju, wprowadza chaos i dysharmonię, a film momentami przypomina wideoklip. Siła montażu sprawia, że Glitterbug ogląda się z niemalże perwersyjną przyjemnością. Obrazy wciągają, nie pozwalają oderwać od siebie wzroku, wprowadzają widza w trans. Dając się im uwieść, przeniesieni zostajemy w inną rzeczywistość.

Twórczość Jarmana wywołuje skrajne emocje i nie każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Z pewnością warto jednak zapoznać się z utworami, które, stworzone przez wyjątkowego, aczkolwiek niedocenionego za życia, artystę, wykraczają daleko poza ramy wyznaczone przez standardy.

 



Autor recenzji: Zuzanna Bańkowska - DANAE| Klub Miłośników Filmu, 31 maj 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA