Strona główna KMF
        

Na filmie byłem dwa razy. Pierwszy-dziewiczy był na 8 festiwalu w Kazimierzu, byłem tam wtedy sam, tylko na tym filmie, bo tylko na ten dostałem bilet. Poza tym miałem czas tylko na jeden, bo trafiłem tam przejazdem, co nie znaczy oczywiście, że przypadkowo. Co się później okazało, bardzo dobrze trafiłem. Przy drugim razie znalazłem się na spotkaniu z samym Wojcieszkiem, który pojawił się osobiście na radomskiej premierze filmu, półtora roku po tej rzeczywistej premierze kinowej. W ten oto sposób dostałem pogadankę z reżyserem nurtu off'owego (no może nie do końca, ale i tak do mainstreamu hen, hen daleko) w atmosferze ogólnego braku przypadkowych osób na sali (sztuk dwadzieścia, miejsc setka) w zasadzie za friko. Aha, żeby być całkowicie szczerym, to nie było tylko odświeżenie starej dobrej znajomości, bo po seansie, a właściwie spotkaniu mieli puścić "Rok Diabła" Zelenki, ale to zupełnie inna para kaloszy. Wracając do tematu... Przemysław cały czas trzyma ręce w kieszeni. Pustej kieszeni. Nie ma pieniędzy, bo zaliczkę, którą niedawno dostał od Wajdy na napisanie scenariusza do trzeciej części "Człowieka z marmuru" już wydał. Pieniądze, które miał wcześniej też wydał. Na dystrybucję swojego filmu, na całe 7 kopii, które trafiły do kin. Bo tak ogólnie rzecz biorąc to Przemysław kręci filmy, dlatego też zanim sobie usiadł serdecznie zaprosił wszystkich na jeden z nich. Aha, Przemysław lubi brit-pop.


  

  

Zaczyna się film. Marcin to bohater filmu. Marcin jest fanem James'a Dean'a i The Smiths. Marcin ma dwadzieścia parę lat. Marcinowi umiera ojciec i zostawia warsztat samochodowy. Zostawia go samego. Zostawia go w obowiązku udowodnienia samemu sobie, że będzie dobrze, że sobie poradzi. Marcin kocha Kasię. Kasia lubi pierogi. Kasia ma kochającą matkę. Matka Kasi chcę, żeby studiowała w Stanach, żeby wyjechała z prowincji i zrobiła karierę. Ojciec Kasi jest w stanie zaufać jej własnej decyzji, jej matka się jej boi. Marcin chce przekonać Kasię, żeby została razem z nim, na swoim. Chce razem z nią "zacząć od początku". Kasia też ma dwadzieścia parę lat. Marcin ma kilka dni na przygotowanie pogrzebu i stypy. Zaprasza bliższą i dalszą rodzinę. Zamawia termin u miejscowego księdza, w postaci którego co bardziej spostrzegawczy rozpoznają Lecha Janerkę. I to tutaj mamy pierwszy dowód, na to jak zmyślnym i przebiegłym filmowcem okazuje się być Wojcieszek, bo skoro 'robię film to czemu nie zaprosić ludzi, których podziwiam i szanuję?', albo inaczej, 'ludzi, których szanować warto, za to kim są i za to, że robią coś wartościowego'. Zapamiętać-ważne. Cenię lekkość z jaką Wojcieszk opowiedział tę historię. Prostą historię. Nie zapomniał, że to co czyni filmy interesującymi, zwłaszcza te polskie, to postaci, tutaj naszkicowane świetnie. Gra aktorska jest taka, jaką byśmy chcieli, żeby była. Sylwia Juszczak i Rafał Maćkowiak grają szczerze, oszczędnie, tak jak trzeba. Bo chcą. Bo wierzą w istotę projektu i jego wartość. To samo można powiedzieć o bardziej znanych twarzach- Michale Tarkowskim czy Teresie Sawickiej. Wszyscy są za, nikt nie pyta "za co?". Poza tym film pomógł kilku osobom przejść z teatru na plan i zapewniam, że osoby te w pełni na to zasługują. Tak jest pani Magdo. No ale te drugoplanówki. Bywa i tak, że co po niektóre postacie z planu drugiego bardziej zapadają w pamięć niż te z pierwszego. Nie zrozumcie mnie źle, ale "granie" garażowej kapeli ('Komety') na pogrzebie jest w stanie przyćmić każde inne granie podczas tych kilkudziesięciu minut. Sam fakt pojawienia się takich motywów świadczyć może jedynie o tym z jak wielkim wyczuciem i wyobraźnią podszedł do filmu reżyser. Jest tutaj mnóstwo humoru, ale takiego zmyślnego i bardzo zgrabnego, nie ma tam miejsca na banał i łatwiznę.

  

  

Do Marcina przyjeżdża rodzina i znajomi ojca. Wujek kocha amerykanów i ich kulturę. Organizuje barbeque. Nie mylić z grillem. Słucha niemieckiego techno i projektuje uszczelki. Wujek ma syna- Jeffrey'a. Jeffrey ma dziewczynę. Nie kochają się. Jadzia straciła z Jeffrey'em dziewictwo. Spotkała go na dyskotece, a on był czysty, schludny i w ogóle zadbany. Jeffrey lubi wrestling. Jagoda kiedyś słuchała Britney Spears. Już nie słucha, bo jest do dupy. Jagoda przy okazji przypadkowej znajomości poznaje nieznane dotąd sposoby rozprawiania o make up'ie. Jeffrey okazuje się totalnym maminsynkiem. Na stypie wszyscy są pijani. Wszyscy są szczerzy. Każdy lubi polską wódkę. Wszystko klei się i łączy, zdania nabierają kształtów, formują się decyzje. Kasia nadal kocha Marcina. A co z tymi Stanami?... No to jest tak: jedziesz do Stanów, znajdujesz sobie jakąś robotę i lokum, pracujesz, kupujesz dom i samochód, regularnie płacisz rachunki, zakładasz rodzinę, masz trójkę dzieci. Dobrze się uczą, bo z zarobionych pieniędzy opłacasz im lekcje, powoli się starzejesz. Aha, mówisz po angielsku, bo po polsku piszesz już tylko listy do bliskich zza oceanu. Jesteś szczęśliwy. Potem kolejne marzenia przeliczasz na dolary i to by było na tyle... Ej! Do chrzanu... bez propagandy. Z tym, że wiesz.... liczy się "outside", bo z "inside'em" różnie to bywa.

Kasia na stypie decyduje się zostać. Marcin wie, że będą żyli po swojemu, razem, właśnie tutaj, tutaj gdzie jest ich miejsce. Będą żyli "głośniej od bomb". Jak w tej piosence. Tak naprawdę nie wiedzą nic. Argumenty Marcina są zupełnie pozbawione sensu, to telewizyjny bełkot. Nie ma w nich śladu życiowego doświadczenia, mądrości, rozsądku, jest za to rozbuchane poczucie wartości własnych zamierzeń. James Dean prowincjonalny. Nic więcej, albo może to by było na tyle. I co dalej? Będzie dobrze, bo my będziemy tutaj razem, to jest we dwoje. Mam własny warsztat, mam własne mieszkanie, to jest moje. Za co? Za pieniądze. Skąd? Zarobione, pracując. Ale... będzie dobrze, będzie tak jak trzeba, bo wiemy jak być nie powinno, tak, dobrze wiemy. Wszystko ruszy od początku. Jakiego początku? No, na nowo. Ale wy macie po dwadzieścia parę lat. No tak, ale my się kochamy, to znaczy ja i Kasia... Wiesz co? W zasadzie to "ja jestem po stronie ich marzeń".
 
  

  

Podejrzewam, że Wojcieszek zaserwował nam zakończenie z lekko prześmiewczym uśmiechem na pysku wymierzonym w stronę wspomnianego mainstreamu. Wrażliwy facet, wypruwając sobie flaki przy okazji własnoręcznej dystrybucji filmu nareszcie dotarł do ludzi, którzy go docenili, którzy obejrzeli jego film, publiczności, dla której nie było "niewidzialnych gagów", którzy nie mieli nic przeciwko tendencji do trzymania rąk w kieszeni przy okazji mówienia, którzy nie zawahali się przed entuzjastycznym, przy okazji, "roztwarciem" gęby w tonie pytającym , żeby usłyszeć od niego coś więcej. O nim coś więcej. Ludzie głodni, albo może wygłodniali, od kilku miesięcy na surowej diecie multipleksów, wreszcie mieli dobry posiłek. Teraz wiem, że kinu offowemu nie trzeba wyłącznie pieniędzy, tylko po prostu odważnych i wrażliwych gości z rękami w pustych kieszeniach, 10 cm. ponad chodnikami... nie widziałeś? Zobacz. Idź do kina, kup bilet i obejrzyj ten film... zaraz, zaraz....że, co? że siedem kopii... Ano tak... cholera...
 


 

Głośniej Od Bomb

Reżyseria: Przemysław Wojcieszek
Scenariusz:
Przemysław Wojcieszek
Rok produkcji:
2001
Występują:

Krzysztof Czarkowski: Mirosław
Juliusz Rodziewicz: Czesław, kolega ojca Marcina
Teresa Sawicka: Krystyna, matka Kaśki
Robert Gonera: Andrzej
Sylwia Juszczak: Kaśka
Rafał Maćkowiak: Marcin
Grażyna Krukówna: Teresa
Magdalena Schejbal: Jagoda
Andrzej Gałła: Marian
Krzysztof Czeczot: Dżefrej
Lech Janerka: Ksiądz Wojciech

Czas trwania:
91 minut

 
e-mail


Autor recenzji:
Bartek Walos - BIGOS (Bigos lubi chodzić na polskie filmy ;)