Ważny to film, bo opowiadający o historii Stanów, o której się rzadko mówi.
'Polowanie na czarownice' stało się niechlubną kartą w historii 'narodu
wybranego', a takowych się nie wspomina z własnej woli. Ważny to film także
dlatego, iż w U.S.A. prawdopodobnie nie więcej niż 10-15% społeczeństwa wie, że
taki Edward R.Murrow kiedyś sobie istniał i walczył za ich wolność (to coś jak z
Jamesem Braddockiem, który przed filmem Howarda był znany tylko największym
zapaleńcom boksu). Generalnie to nie wiem, jak ta cala sprawa przebiegała, ale
jestem skłonny uwierzyć Clooneyowi, że odbywało się to właśnie w taki sposób,
jaki został mi pokazany na ekranie. George nakręcił świetny film ukazujący tak
McCarthy'ego i jego bezsensowne, łamiące podstawowe prawa człowieka działania,
jak i telewizje jako rosnące, potężne medium stające się powoli władzą mającą
największą moc sprawczą. Ukazujący w jasnym świetle - nie krytycznym (chociaż to
też, jak najbardziej), ale po prostu w świetle faktów, o których się nie mówi, a
jak już to po cichu i we własnych domach za zamkniętymi drzwiami. Przesłanie, o
ile film takowe niesie, poza ukazaniem bolesnej sprawy oraz walki kilku osób o
prawa obywatelskie, opiera się na wystąpieniu Murrowa pokazywanym częściowo na
początku i częściowo na końcu filmu, spinającym klamrą całość – sprowadza się do
tego, by nie dać się zmanipulować telewizji i temu, co jest w niej
przedstawiane, konformizm i obojętność w stosunku do mediów nie mogą się dobrze
zakończyć. Zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie informacji i faktów, choćby
tych najgorszych, a nie zabawianie. Etyka dziennikarska opiera się na
naświetlaniu prawdy przeciętnemu zjadaczowi chleba - pokazywaniu mu świata
fałszu i obłudy - a nie, jak to coraz częściej bywa, kuglarskiemu wręcz
pojmowaniu tejże. Czasami niestety nie ma znaczenia, że coś jest ważniejsze i
pojmowanie siły telewizyjnego medium sprowadza się, jak to określa Murrow, do
kilku kabelków i światełek w prostokątnym pudełku znajdującym się w każdym domu.
Rozumiejąc to, można także postarać się zrozumieć całą machinę manipulacyjną
stojącą za taką, przykładowo, stacją telewizyjną czy nawet pojedynczym, seryjnym
programem, który musi zarabiać na swoich sponsorów poprzez popularność. A tej
się nie zdobywa przedstawiając czystą prawdę, chyba, że jest to jakaś
kontrowersyjna sprawa albo skandal polityczny. Po obejrzeniu filmu łatwiej się
teraz przypatrzeć kilkunastu sekundom przed kolejnym mega-hitem na Polsacie, lub
jakimś innym filmem czy programem w stacjach komercyjnych, gdzie sponsorzy
wahają się od podpasek po batoniki i jogurty. Prawda bywa brutalna i ma to do
siebie, ze zazwyczaj jest szara i niezbyt ładnie opakowana - to starają się
powiedzieć tak twórcy, jak i aktorzy tego wyjątkowego przedstawienia. Nie ma
w tej prawdzie miejsca na patos czy chwałę, jeśli już, to ewentualnie na smutek i
rozpacz, w szczególności w naszych czasach, w których mamy to co mamy (że tylko
wspomnę ostatnią 'aferę limuzynową' ojca Rydzyka...). Telewizja z nośnika
informacji, którym była jako jeszcze raczkujące medium, stała się, jak to mówi
Murrow, ostoją dekadencji, eskapizmu i znieczulicy panującej wszędzie. I
kontynuuje - wyrobiliśmy w sobie odruch alergiczny na fakty i smutną prawdę - z
każdym dniem to się pogłębia poprzez mass-media, których najważniejszym zadaniem
stało się nagle odwracanie uwagi i zmienianie percepcji sytuacji. Smutne, ale
jakże prawdziwe - bo, parafrazując klasyka, zło rozwija się najlepiej wtedy,
kiedy dobrzy ludzie siedzą z założonymi rękami i przyglądają się. Smutne, bo to
wszystko widzę każdego dnia dookoła mnie, smutne, bo czasami widzę to, niestety,
na swoim przykładzie...
Film Clooneya, jak wspomniałem wcześniej, ma dwie warstwy - pierwszą
opowiadającą o smutnym wyrywku z historii USA i kilku ludziach, którzy znaleźli
w sobie odwagę by, miast biernie się przyglądać, coś jednak zrobić; i drugą
(przemówienie Murrowa), uniwersalną i celną puentę, trafiającą w czuły punkt
każdej późniejszej, po tej opisywanej w filmie, epoki - trafiającą do niektórych
społeczeństw mniej, a do niektórych bardziej (w Australii na przykład już
zrobiono z filmu konkretny odnośnik do ich rzeczywistości) i chyba też taki cel
przyświecał George'owi, gdy kręcił ten film- pokazać przy okazji, że to bolączka
wszechobecna, której się nie pozbędziemy nigdy, ale możemy chociaż trochę ją
zneutralizować poprzez głośne wyrażanie własnego zdania. Sam Murrow podsumowuje
to szekspirowskim cytatem: "Wina, drogi Brutusie, nie w gwiazdach, lecz w nas
samych się kryje". Ciekawe czy polskim politykom, producentom i innym wpływowym
personom film da choć trochę do myślenia (to tak w kontekście tego co się od
jakiegoś czasu w naszym pięknym kraju dzieje...). Ciekawi mnie też, jak film
zostanie odebrany w Polsce, bo jak na razie nic nie zapowiada zmiany naszej
wspaniałej mentalności. Żeby nie być gołosłownym - przytaczam bolesny przykład:
przeglądając w internecie wypowiedzi na temat filmu spotkałem się z wieloma
opiniami w rodzaju, że film jest nudny i bzdurny - bo nie ma w nim ani krzty
akcji, względnie - że to obraz lewacki, ale najbardziej zastanawiający komentarz
ukazał się na jednej z polskich stron. Mianowicie, pewna osoba napisała, że
filmu się nie da oglądać, bo i tak się do nas nie odnosi. I jak tu w takim
wypadku nie utwierdzać się w przekonaniu, że film Clooneya kojarzy się z Don
Kichotem walczącym z wiatrakami...
Co do warstwy technicznej samego filmu, to poza znakomitą reżyserią Clooneya
mamy bardzo ładną i melancholijną muzykę połączoną z fajnymi czarno-białymi
zdjęciami tworzącymi specyficzny, nostalgiczny klimat opowieści przenoszącej nas
w lata 50-te oraz, co najważniejsze, wspaniałą obsadę. To chyba rola życiowa
Strathairna, tak przeczuwam, chociaż nie widziałem jeszcze wielu filmów z jego
dorobku aktorskiego; mało ekspresywna, natomiast wiele przekazująca. Aktor przy
pomocy samego tylko spojrzenia oraz modulowanego tembru i tonu głosu radzi sobie
fenomenalnie z powierzoną mu rolą. Clarkson, Daniels, Langella, Clooney i reszta
spisują się także znakomicie, ale, pisząc o obsadzie, wypada zauważyć małą
perełkę aktorską - mianowicie drugoplanową postać graną przez Downeya Juniora,
który skutecznie odbiera drugi plan George'owi i jest po prostu świetny jako
pełen wahania członek ekipy Murrowa. Tak, to prawda, ci dziennikarze to nie
jacyś ponadnaturalni, nierzeczywiści herosi, tylko ludzie z krwi i kości, mający
swoje wzloty i upadki, problemy i wątpliwości. Tak jak napisałem na początku -
to ważny film, opowiadający o sprawach trudnych, bo nieustannie lekceważonych.
Produkcja Clooneya nie stanie się wielkim hitem (i też nie miała się takim
stać), ani, niestety, nie znajdzie wielkiego grona wielbicieli, nie dostanie też
pewnie tych najważniejszych nagród, ale to tylko potwierdzi, jak na ironię, jej
przesłanie...
To nie jest tak, że postanowiłem sobie ponarzekać trochę na kondycję
społeczeństw w jakich przyszło nam żyć; wszystkie powyżej przedstawione elementy
przewijają się przez film i znajdują w nim odzwierciedlenie. Historia i tak
wszystko oceni, zaznacza Murrow, na jej kartach ciężko coś ukryć. Jeśli będziemy
uciekać od odpowiedzialności za własne czyny, kontynuuje, za 50-100 lat,
brutalnie i bezwzględnie zemści się oceniając wszystko bezlitośnie w świetle
faktów. Lecz jeśli jednak naszym działaniom przyświeca jakiś cel, to może, za
kilka dekad, wystawiony zostanie nam pomnik tej klasy, jak ten wystawiony
Edwardowi R.Murrowowi przez Clooneya. Telewizja może uczyć, być pomocna, a nawet
inspirować. Pod jednym tylko warunkiem – ludzie muszą jej używać w tych właśnie
celach. W innym wypadku, parafrazując Murrowa, jest to tylko kilka kabelków,
światełek i pudło, zwane telewizorem... Tym samym żegnam i życzę więcej
szczęścia w starciu z obojętnością i ignorancją oraz, co najtrudniejsze, z samym
sobą.
"Good Night, And Good Luck."
Produkcja – U.S.A.
Czas trwania – 93 min.
|
|
 |
Reżyseria - George Clooney
Scenariusz – George Clooney, Grant Heslov
Zdjęcia – Robert Elswit
Montaż – Stephen Mirrione
Obsada:
David Strathairn – Edward R.Murrow
Robert Downey Jr. – Joe Wershba
George Clooney – Fred Friendly
Ray Wise – Don Hollenbeck
Frank Langella – William Paley
Patricia Clarkson – Shirley Wershba
Jeff Daniels – Sig Mickelson |
 |
| Autor recenzji
: Dariusz Kuźma - BEOWULF |
|
Klub Miłośników Filmu |
19.II.2006
|