Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W tym przypadku dwóch/dwoje, to odtwórcy głównych ról w "Duplicity" ("Gra dla dwojga"), czyli Julia Roberts (filmowa Claire Stenwick) i Clive Owen
(filmowy Ray Koval), aktorzy znani i lubiani, nie raz i nie dwa na filmowym placu boju przetestowani (zaliczyli także wspólny występ w "Closer"). Ten trzeci z kolei to WIDZ. Czy widz skorzystał
na aktorskim pojedynku w.? Czy może raczej został... wykorzystany?
|
 |
 |
|
Reżyser Tony Gilroy popełnił swego czasu "Michaela Claytona", film poprawny, aczkolwiek przesadnie kliniczny, nie wywołujący u widza nie tyle huśtawki emocji, ile właściwie żadnych emocji.
To takie apetycznie wyglądające danie, podane na srebrnym półmisku przez przystojnego kelnera. Ale nic poza tym. Bo kiedy już zaczniemy jeść, szybko okazuje się, że danie nie ma żadnego smaku.
Nie jest ani słodkie, ani gorzkie, ani kwaśne. Jest tak, jakbyśmy jedli coś, czego nie ma, coś, czego nie można nawet zdefiniować, żeby nadać temu czemuś jakiekolwiek wyobrażenie smaku.
Niemniej ów debiut reżyserski Gilroya (wcześniej scenarzysty lub współscenarzysty kilku kinowych hitów, by wspomnieć chociażby "Dowód życia" czy "Armageddon") spotkał się z przychylnością
zarówno krytyków, jak i widzów. A z przychylnością jest jak z przyjęciem kosztownego prezentu: niejako automatycznie staje się ona krepującym zobowiązaniem. Tony Gilroy przyjął w prezencie
przychylność, w związku z czym przyjął na siebie zobowiązanie wyreżyserowania kolejnego filmu, co jest najzwyklejszą wypadkową w.w. oraz lekkiej presji oczekiwań tych wszystkich, którzy
obdarzyli debiutanta swoistym kredytem zaufania.
|
 |
 |
|
Akcja "Gry dla dwojga" rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: uczuciowej i zawodowej. Obydwie płaszczyzny przenikają się wzajemnie, raz po raz wchodzą sobie w paradę, a to eksponując swoją
obecność w pierwszym planie opowieści, a to znów schodząc na jej drugi plan. I chociaż płaszczyzna uczuciowa nie dominuje, to niestety... irytuje. Już pierwsza wspólna scena dialogowa pięknej
Julii i przystojnego Clive'a nie pozostawia cienia wątpliwości: będzie chłodno i będzie z dystansem. I jest chłodno i jest z dystansem. Julia nie rozpala ani Clive'a, ani widza. Odgrywa swoją
namiętność rutynowo i poprawnie, bez ognia i chociażby odrobiny szaleństwa, jakiego można przecież po niej oczekiwać (patrz: "Pretty Woman"). A Clive jej dzielnie w tej beznamiętnej namiętności
sekunduje. Jeśli więc pragniesz eksplozji pożądania, takiej totalnej chemii między aktorami, polecam "Żar ciała", gdzie William Hurt i Kathleen Turner rozpalają ekran do czerwoności. Jeśli
szukasz porywającego wyznania uczuć, zobacz, jak robi to Renee Zellweger ("Jerry Maguire"). Jeśli chcesz, by poruszył cię ekranowy pocałunek - oglądnij chociażby pierwszą odsłonę "Spider-mana",
gdzie Tobey Maguire dosłownie staje na głowie, by zadowolić nie tylko swoją ekranową partnerkę, ale i widza. Tutaj podobnych emocji nie znajdziecie! Nawet miłosne wyznanie Julii nie przekonuje,
a wręcz żenuje. Jest przegadane i na domiar złego doprawione źle odgrywanym entuzjazmem, całkowicie przekreślającym wiarygodność nie tylko tej konkretnej sceny, ale i całej uczuciowej relacji
na linii Clair - Ray.
|
 |
 |
|
Na szczęście jest jeszcze płaszczyzna zawodowa. W "Grze dla dwojga" to strefa bezkrwawej wojny: sterylnej, prowadzonej w drogich garniturach i szykownych garsonkach, idealnie komponujących się
z korporacyjną scenografią. Tu - w przeciwieństwie do "Michaela Claytona" - białe kołnierzyki, tudzież białe mankiety nienagannie wyprasowanych koszul, nie plami krew oponentów, co nie
oznacza bynajmniej, że walka o biznesową palmę pierwszeństwa nie jest na serio. Jest. W dodatku wydaje się być walką toczoną dla samej walki. Korporacja w obrazie Gilroya jawi się jako
instytucja, która nie służy właściwie niczemu. Ona po prostu jest i po prostu są w niej ludzie, którzy niby coś robią, ale tak, jakby nie robili niczego. Owszem, wykonują określone czynności,
wynikające z pełnionych funkcji, ale nic poza tym i nic ponad to. Korporacja to teatr, a jej pracownicy to marionetki, sterowane przez szalonych animatorów. Richard Garsik (Paul Giamatti) i
Howard Tully (Tom Wilkinson) pociągają za sznurki i dzięki temu coś się dzieje. To oni animują wojnę, nadając jej pozór celowości. Bo o ile informacja jest wartością bezcenną, o tyle
sama walka o nią jest wartością nadrzędną. To środki uświęcają cel, a nie odwrotnie. Akt tworzenia, nawet, jeśli w rzeczywistości jest aktem niszczenia, zawsze spełnia bardziej niż samo
spełnienie. Poczucie absolutnego spełnienia nie istnieje, o czym Richard Garbik i Howard Tully wydają się doskonale wiedzieć. I o czym Tony Gilroy wydaje się doskonale wiedzieć. Dlatego wojnie
korporacji nadał formę łamigłówki, skomplikowanej zagadki czasowo-przestrzennej, do rozwikłania której zaprosił nie tylko ekranowe postaci, ale i samych widzów. Rozkoszując się aktem tworzenia
dał nam pozorne prawo do tego samego. Zaprogramował nas na zabawę w domysły, tym samym angażując nas w wojnę swoją, Dicka i Howarda oraz Clair i Raya, czyli szpiegów działających na usługach
korporacji.
|
 |
 |
|
Julia i Clive również i na tej płaszczyźnie grają pierwsze skrzypce. I na tej płaszczyźnie również, niestety, zawodzącą (ach ta rutyna i podręczny arsenał ogranych środków wyrazu!). Trzeba
jednak uczciwie przyznać, że ta płaszczyzna filmu (zawodowa) broni się lepiej od tej pierwszej (a właściwie drugiej - w hierarchii ważności), uczuciowej. Chociaż oczywiście wciąż nie jest to
"Żądło" czy "Dom gry". Powtórzę: tutaj podobnych emocji nie znajdziecie!
Wracając do pytań postawionych w punkcie wyjścia: czy widz skorzystał, czy też może został... wykorzystany? Odpowiem: 2 x TAK. Tak, bo poszedł do kina, kupił bilet i otrzymał w zamian rozrywkę
na co najmniej średnim poziomie. Tak. Bo poszedł do kina, kupił bilet i nie otrzymał tego, czego oczekiwał, tego, czego miał prawo oczekiwać zarówno po reżyserze filmu, jak i po odtwórcach
głównych (i drugoplanowych) ról. A fakt, że poczucie absolutnego spełnienia nie istnieje, nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem. Regułę zawsze potwierdza wyjątek, co oznacza, że ciągle mamy
prawo oczekiwać najlepszego.