Oszukać przebaczenie
(Uwaga! - drobne spojlery! - Uwaga!)


"Gran Torino" to film najwyższej próby! Elementy składowe fabuły są tak przemyślane i spójne, że w scenariusz nie dałoby się wcisnąć nawet szpilki. I na odwrót - nawet szpilki nie wolno z tego scenariusza wyjąć, bo konstrukcja runie. To film, w którym z aptekarską precyzją odmierzono proporcje. Jest akurat humoru, akurat dramatu, sentymentalizmu, przemocy, wreszcie dialogu - tego mądrego i tego nafaszerowanego przekleństwami. Scenariusz, podobnie jak jakość tortur w Chinach, stoi na olimpijskim poziomie. Wciąga, zachwyca, wzrusza, poucza i moralizuje. I - jakby to ujął cyniczny bohater Eastwooda, mistrz ciętej riposty i wdzięcznego przeklinania - nie truje przy tym dupy. Akcja filmu spięta jest klamrą, wszystko rozpoczyna się i kończy w tym samym miejscu, w kościele, z którym Walt Kowalski (Eastwood) ma zdecydowanie nie po drodze. Nie po drodze ma też z Chińczykami, w których dzielnicy mieszka. Nie cierpi "Żółtków", w Korei zabijał "Żółtków", a teraz "Żółtki" go otaczają. Jeden z nich, nieopierzony młodzieniec o imieniu Thao, sąsiad Kowalskiego, za "namową" kuzyna stojącego na czele gangu wyrostków wyposażonych w karabinki UZI, próbuje ukraść ukochane auto sąsiada, tytułowe Gran Torino. Niestety, na jego drodze wyrasta uzbrojony w strzelbę Walt... W takich okolicznościach rozpoczyna się trudna i wyboista droga do wielkiej przyjaźni.
Brzmi nieco banalnie? Owszem. Na pierwszy rzut oka to kolejna opowiastka o trudach docierania się skrajnie różnych bohaterów i szlifowania charakterów. Ale banalnie nie jest. Ani szablonowo, bo "Gran Torino" jest filmem wielopoziomowym. Pod płaszczykiem prostej opowieści o zabytkowym samochodzie, przemyca wiele prawd życiowych i społecznych obserwacji. To historia przyjaźni dwóch ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów i traktat o współczesnej młodzieży pozbawionej zasad i kręgosłupa moralnego. To opowieść o końcu epoki "starych wiarusów", twardych, doświadczonych, znających życie od podszewki, gardzących pozbawioną zasad gówniażerią, której nie mają zamiaru schodzić z drogi. Najważniejszym jednak wątkiem w "Gran Torino" jest potrzeba odkupienia win głównego bohatera, jakkolwiek on sam zdaje się takową potrzebę negować. Walt Kowalski jest zgorzkniały, samotny i pogardliwy wobec obcych, szczególnie tych "żółtych". Nie lubi już nawet swojego syna, bo ten jeździ japońskim autem - Toyotą. Walt nie dopuszcza do siebie nikogo i do nikogo nie chce się wpraszać. Przez przypadek (albo i nie) popełnia jednak dobry uczynek - ratuje żółty tyłek Thao przed łomotem ze strony jego rodaków, członków wspomnianego wcześniej gangu. Oczywiście Walt twierdzi, że nikomu nie chciał pomagać, a jedynie (przy pomocy spluwy) przegonił "Żółtków" bo gnietli mu trawnik. Nieważne, co kierowało Kowalskim. Ważne, że od tej pory wdzięczni żółci sąsiedzi, z uporem maniaka przynoszą mu pod drzwi prezenty, zapraszają do siebie i przyprowadzają Thao, żeby ten, pomagając Kowalskiemu w pracach domowych, zapracował sobie na jego przebaczenie (za próbę kradzieży auta) i odwdzięczył się za uratowanie życia. Niestety, gang nie zapomina i nie przebacza, a pozornie niegroźne przepychanki znajdą swoje tragiczne rozwiązanie w finale, dość, że tak powiem, zaskakującym, który pozostawi każdego, zarówno widzów jak i bohaterów, w głębokim szoku i z masą materiału do przemyślenia!

"Gran Torino" to pożegnanie Clinta Eastwooda z aktorstwem. Pożegnanie, jakiego można życzyć każdemu artyście odchodzącemu na emeryturę. Pożegnanie jakże inne od nieporadnych wysiłków Harrisona Forda, który w wieku 66. lat, za pomocą kaskaderów, CGI i linek udaje bohatera kina akcji. Clint Eastwood ma głęboko w poważaniu kult wiecznej młodości i próby tuszowania starości. Przemija z klasą. Równie gdzieś ma poprawność polityczną - "żółtki" lecą z jego ust z prędkością karabinu maszynowego, mimo tego posądzenie go o rasistowskie zapędy byłoby ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby mi na myśl podczas seansu "Gran Torino".
Walt Kowalski to kwintesencja tego, co eastwoodowskie. Jest twardy, nieustępliwy, inteligentny i cechuje go czarne poczucie humoru. Choć wie, że umiera, nie użala się nad sobą. Ma cięty język, błysk w oku, bagaż życiowych doświadczeń i mroczne wspomnienia, czyli wszystkie składniki definiujące klasycznego antybohatera, którego widz pokocha od pierwszego wejrzenia i bez żadnych zastrzeżeń! Clint Eastwood jest w swojej roli wiarygodny i naturalny, jakby sztukę aktorską miał w małym palcu - bo i bez wątpienia ma. Dokonuje nie lada wyczynu kreując bohatera, który próbuje wszystkich do siebie zniechęcić, a do którego i tak wszyscy lgną, i nie wyczuwa się w tym nuty fałszu. Wierzymy Chińczykom, że lubią Walta, bo sami go lubimy, choć w obejściu jest szorstki i oporny jak gruboziarnisty papier ścierny. Stworzenie takiego zgryźliwego antybohatera, którego widzowie kochają "pomimo" a nie "za", udało się chyba jeszcze tylko Takeshiemu Kitano w "Kikujiro". Podobnie jak Eastwood, konsekwentnie ocieplał kolejne sceny filmu, choć robił wszystko by je oziębić.

Walt Kowalski Eastwooda jest zabawny. Jego zabawność wynika z uporu i zawziętości przyozdobionej permanentnym grymasem złości i nerwowym "warczeniem". Dzięki takiemu zestawowi cech głównego bohatera, w "Gran Torino" znalazło się kilka scen-perełek. Jak ta, w której Eastwood patrząc na starą Chinkę spluwa na trawnik. Bezcenny jest wyraz jego twarzy, gdy w odpowiedzi na niekulturalny gest sąsiada, wiekowa Chinka spluwa na trawnik taką ilością śliny, jakby właśnie przeżuła wiadro tytoniu. W pamięć zapada też znakomita scena, w której Walt idzie z Thao do znajomego fryzjera by nauczyć młodzieńca jak należy rozmawiać po męsku, koniecznie klnąc jak szewc. Nieokrzesany młokos wszystkie wskazówki bierze nazbyt serio i wchodzi do salonu ze słowami: "Przepraszam proszę pana, potrzebuję się ostrzyc. Jeśli nie jest pan zbyt zajęty... Ty włoski, skurwysyński, uliczny fryzjerze". Nie będę zdradzał, jaka była reakcja fryzjera! W każdym bądź razie banan na twarzy murowany! Należy w tym miejscu wspomnieć, że cała stawka aktorska wywiązuje się ze swoich zadań równie dobrze, jak Clint... który i tak kradnie cały film dla siebie. Równie przekonujący jak w scenach humorystycznych i dialogowych, jest bowiem w scenach "akcji". Gdy celuje do członków gangu przy pomocy dłoni ułożonej w kształt pistoletu, bierzemy za pewnik, że z tym gościem nie ma żartów. Zimnokrwistość ma wymalowaną na twarzy. Lepiej nie pomylić go z kimś, kto celuje z palca dlatego, że ma starczą demencję i nie wie co robi.
Eastwood reżyseruje, gra główną rolę, skomponował też wzruszającą piosenkę "Gran Torino", idealny przykład na "nut kilka a cudów pełno", którą słyszymy na napisach końcowych. Prawdziwy człowiek orkiestra. W tym miejscu wtrącę małą dygresję. Na pewno każdy pamięta jak na ceremonii rozdania Oscarów w 2004 roku, kiedy to Brudny Harry nominowany był za reżyserię "Rzeki tajemnic", Billy Crystall śpiewał mu: "Clint, w twoim wieku wszyscy już nie żyją albo właśnie umierają, a ty wciąż kręcisz filmy!" - wówczas Eastwood nie obruszył się, bo po pierwsze ma do siebie i do swojego wieku cholernie zdrowy dystans - co widać również (a może przede wszystkim) w "Gran Torino", po drugie, uśmiechał się, jakby chciał wówczas powiedzieć: "Dopiero się rozkręcam!". Potwierdzają to kolejne lata, które przyniosły mu nominacje i Oscary dla "Million dolar baby" i "Letters from Iwo Jima". W tym roku jego przejmujący "Changeling" miał trzy oscarowe szanse, choć dla samego Clinta nominacji za reżyserię zabrakło. Niestety, "Gran Torino", który w sposób lekki i pozytywny mówi o sprawach bolesnych, tragicznych i wreszcie ostatecznych, został przez Akademię przemilczany. Na szczęście wzruszające dzieło Clinta szaleje w pierwszej setce najlepszych filmów na liście TOP 250 na IMDb (miejsce 79 - stan na dzień 27 marca 2009), bo to uniwersalna historia ku pokrzepieniu serc, wpadająca do serducha wprost z ekranu i zostająca tam na długo, w naturalny sposób...

...nienachalnie, lekko, bez trudu, szczerze, bez nadęcia, puszenia i napraszania się. Z pasją i bez kombinowania w stylu: "Co tu kurcze wymyślić, żeby Akademia to kupiła i dała nominacje?".

Na koniec szybki quiz!
Weźcie ostatni akapit i wypiszcie przeciwieństwa wymienionych w nim określeń...
Co Wam wyszło? Bo mnie "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona".


wytwórnia - Matten Productions, 2008
reżyseria - Clint Eastwood
scenariusz - Nick Schenk, Dave Johannson
muzyka - Kyle Eastwood, Michael Stevens
montaż - Joel Cox, Gary Roach
zdjęcia - Tom Stern
czas projekcji - 116 minut


Clint Eastwood
Christopher Carley
Bee Vang
Ahney Her
Brian Haley
Geraldine Hughes
Dreama Walker
Brian Howe


Walt Kowalski
Ojciec Janovich
Thao Vang Lor
Sue Lor
Mitch Kowalski
Karen Kowalski
Ashley Kowalski
Steve Kowalski


Autor recenzji: Rafał Donica - DUX | Klub Miłośników Filmu, 27 marca 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA