|
Ten film to jest coś niesamowitego! Żona Toma Hanksa poszła pewnego razu do teatru na monodram Nii Vardalos. Wyszła zachwycona, roześmiana i w romantycznym nastroju namówiła swego męża do wyłożenia skromnych 5 milionów dolarów na ekranizację sztuki. Tom, sięgając do kieszeni po zbitkę banknotów, rzekł "OK" i w ten sposób stał się głównym producentem jednego z największych hitów ostatnich lat. Hanks nigdy w życiu nie spodziewał się, że jest tak świetnym businessmanem, a film którego był głównym sponsorem przyniesie kolosalne zyski. KOLOSALNE. 5 milionów zamieniło się w... 240 milionów!! I to w czasach gdy średni budżet filmu amerykańskiego oscyluje wokół 40 milionów zielonych papierków. Zaiste prawdziwy fenomen, który swoimi zarobkami wyprzedził w rankingach "Jurassic Park 2", "Indiana Jones and the Last Crusade", "Ghostbusters", "Mission Impossible", "Toy Story" czy "Terminator 2".
Ale mówimy tu wciąż o pieniądzach, o zarabianiu, o rekordach kasowych, zyskach. A co z samą sztuką? Czy fenomen kasowy połączony jest choć trochę z fenomenem artystycznym? Miliony odwiedziło kina w nadziei obcowania z filmem... no właśnie jakim? Film zarobił kolosalną ilość pieniędzy dlatego, że był dobry... Czy dlatego, że doskonale był reklamowany?
Odpowiadając od końca. "Moje wielkie greckie wesele" nie miało wielkiej (greckiej) kampanii reklamowej. W kinach amerykańskich pojawiło się w kwietniu. Zostało zauważone, ale na kasy szturm nie został przeprowadzony. Film radził sobie całkiem przyzwoicie, do bodajże sierpnia zarabiając około 50 milionów, co sumą nie jest oszałamiającą, ale zarobek to jednakże olbrzymi. Poszła plotka, o filmie zrobiło się głośno, bo taki skromny, a tyle zarabia. Zaglądając więc do gazet czy serwisów internetowych można było spotkać się z nagłówkami ogłaszającymi utarg "Greckiego wesela" jako fenomen, znakomity wynik, zjawisko rzadko spotykane. Dystrybutor po pół roku zwiększa więc ilość kopii, widzowie walą drzwiami i oknami do kin, aby się przekonać "o co w tym wszystkim chodzi?"
O co się rzecz rozchodzi? Otóż "Moje wielkie greckie wesele" to bardzo przeciętna komedia romantyczna jakich wiele, jakich setki bądź tysiące mieliśmy na ekranach kin czy telewizorów. Wpisująca się we wszelkie gatunkowe schematy, które oczywiście w żaden sposób nie rażą, bo romantyzm filmowy, naznaczony groteską jest uroczy, miły dla oka, ucha i duszy. To na tyle wdzięczny rodzaj filmowej sztuki, że choć oglądany po raz setny w wydaniu podobnym do tysiąca poprzedników nie jest w stanie irytować. Uśmiech towarzyszy od początku do końca, po czym znika nagle, gdy pojawiają się końcowe napisy, a widz wraca do szarej, często nie romantycznej i nie komediowej
rzeczywistości.
Widzimy w filmie Toulę, która niczym Kopciuszek krząta się po rodzinnej restauracji oczekując na tego Jedynego, na rycerza w lśniącej, białej zbroi. I pojawia się On, a Ona przemienia się z brzydkiego kaczątka w łabędzia (acz nie tak pięknego... powiedzmy, że to novum). Zakochane gołąbki spędzają ze sobą romantyczne wieczory i poranki, po czym nadchodzi czas, że wypada już tylko włożyć pierścionek na palec narzeczonej przy dźwięku pełnych romantyzmu słów "czy wyjdziesz za mnie?". Ona, co oczywiste, zgadza się. On, ucieszony, jeszcze nie spodziewa się czekającego nań szoku. Jej, Kopciuszka, rodzinka to wielka, grecka familia gdzie tradycja i kultura w żaden sposób zespolić się z McDonald'sem nie chce, gdzie pije się Ouzo miast whisky, a powitanie to nie tyle co uścisk dłoni, ale i obściskiwanie, pocałunki, a nawet plucie (żeby się w życiu wiodło). Pan domu, ojciec Touli, za nic nie chce dopuścić Iana Millera do swej córki, bo on mało tego, że nie Grek, to i wegetarianin. Kobiety, jak to kobiety, są przysłowiową szyją, więc głowa domu przez płeć piękną zostanie sponiewierana na tyle, żeby Iana uznać za całkiem niezłą partię dla jego córki. I mamy szansę obserwowania powolnej asymilacji Amerykanina, który zgrabnie wtapia się w kulturę grecką. Nie będzie niemiłym zaskoczeniem jeśli zdradzę, że wszystko wieńczy Wielki Grecki Happy End?
Każdy schemat łączy się z przewidywalnością. Film Zwicka niczym nie zaskakuje, wpisuje się w ramy znane od dziesiątków lat, począwszy od brzydkiego kaczątka, który pod wpływem namiętnego wzroku lovelasa zmienia się nie do poznania, przez ich miłosne wątpliwości, aż do konfliktu na linii zakochana para - nie akceptująca związku rodzina. Albo sama rodzinka grecka: głośna, liczna, rozśpiewana, roztańczona, rozpijaczona, kochająca się i wylewna emocjonalnie. W ten sposób europejscy południowcy - Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Grecy - zawsze są opisywani. To już było, nie raz, nie dwa, a setki razy. Nie towarzyszy temu znudzenie, bo to miłe, bezproblemowe kino, które z fenomenem artystycznym nie ma nic wspólnego. "Moje wielkie greckie wesele" nie drażni tematyką, nie irytuje schematami, bo to wszystko jest na tyle urocze i pozbawione kiczu, że nie lubić tego nie sposób, a już na pewno Nia Vardalos, która świetną jest aktorką (i autorką scenariusza), nie pozwala na nudę.
Ale co więcej film proponuje? Chyba nic. To takie sympatyczne, bezpretensjonalne kino w sam raz na wieczór walentynkowy. Fenomenalnie kasowe i fenomenalnie obojętne.
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
MY BIG FAT GREEK WEDDING
czas trwania: 96 min
premiera w USA: 19.04.2002
premiera w Polsce: 7.02.2000
reżyseria: Joel Zwick
scenariusz: Nia Vardalos
obsada: Nia Vardalos, John Corbett, Michael Constantine, Lainie Kazan
|
|