Był rok 1937. Theodor Seuss Geisel wracał z kolejnego spotkania w wydawnictwie. Po raz 27 (!) odrzucono rękopis jego książki dla dzieci.
Według wydawców, nie miała ona w sobie przesłania i nie mogła "zmienić dzieci w dobrych obywateli". Błąkał się bez celu po Madison Avenue,
poważnie zastanawiając się nad porzuceniem pisarstwa. Gdy miał już przed oczami siebie wrzucającego rękopis do paleniska, natknął się na
swojego starego kumpla. Okazało się, że ten parę godzin temu został zatrudniony jako wydawca książek dla dzieci w Vanguard Press. I...
nie miał żadnego pomysłu na pierwszy druk. Kilka miesięcy później wydano książkę pt. "Sam to wszystko widziałem na ulicy Morwowej" z
ilustracjami autora. Rozpoczęła się wielka kariera Dr Seussa...

Dr Seuss, bo pod takim właśnie pseudonimem wydawał swoje książki Geisel, to jeden z najwybitniejszych autorów literatury dziecięcej.
W 1957 roku napisał swoją najbardziej znaną książkę pt. "The Cat In the Hat" (w polskim przekładzie "Kot Prot") - dzieło wręcz rewolucyjne,
bowiem napisane przy użyciu zaledwie 236 słów (z których zdecydowana większość była jednosylabowa), co miało ogromne znaczenie w kwestii
nauki czytania przez dzieci. Ale tamten rok przyniósł także inny tytuł - świąteczną opowiastkę "How the Grinch Stole Christmas" ("Jak Grinch ukradł Święta").
To prosta historia o zielonym stworze, który nienawidzi Świąt i chce popsuć je mieszkańcom Ktosiowa - trochę za bardzo rozentuzjazmowanym ludkom,
żyjącym nieopodal "grinchowego" wzgórza. W Polsce nigdy nie została wydana. W Stanach Zjednoczonych zaś jest symbolem. Książka ma zaledwie
90-parę stron wraz z ilustracjami. To krótka powiastka z dość nietypowym głównym bohaterem, ale jasnym, pokrzepiającym morałem (który chyba
jednak mógłby "zmienić dzieci w dobrych obywateli"...). Czyta się ją parę dni przed Bożym Narodzeniem w niemal każdym domu. To element tradycji,
tak jak w niektórych polskich rodzinach lektura "Opowieści Wigilijnej" albo ... oglądanie "Kevina samego w domu". I to właśnie "Kevin..." jako
pierwszy zapoznał Polaków z Grinchem. W jednej ze scen filmu widzimy jak główny bohater ogląda animowaną adaptację "How the Grinch Stole Christmas!"
z 1966 roku. Odrażający zielony stwór w przebraniu Świętego Mikołaja wspina się na pięknie przystrojoną choinkę. Sięga po gwiazdę, wkłada ją do worka
i uśmiecha się do nas w wyjątkowo podły sposób. Kojarzycie? No właśnie...
"How the Grinch Stole Christmas!" z 1966 to pierwsza ekranizacja tej historyjki Dr Seussa. Wyreżyserował ją Chuck Jones - dawny przyjaciel pisarza.
A ma to niemałe znaczenie, gdyż Geisel wcale nie był ochoczo nastawiony do pomysłu ekranizacji którejkolwiek ze swoich książek. Kilka lat wcześniej
Dr Seuss pracował nad fabułą i scenariuszem filmu "The 5000 Fingers of Dr. T". Okazał się on produkcją przeciętną, a sam autor uznał go za jedną ze
swoich największych porażek. Fakt pracy nad nim kazał nawet przemilczeć w swojej oficjalnej biografii. Nie dziwne więc, że bał się po raz kolejny
oddać swój tekst w ręce kogoś innego. Jones go jednak przekonał. Dr Seuss został zresztą współproducentem filmu, co pozwoliło mu mieć większą kontrolę
nad ostatecznym kształtem ekranizacji. Ekranizacji, którą uznał za wręcz idealną.
|
 |
 |
|
I rzeczywiście - "How the Grinch Stole Christmas!" niewiele różni się od książkowego pierwowzoru. 26-minutowa animacja to także krótka, nieskomplikowana
historyjka z pozytywnym morałem. Grinch jako główny bohater jest rzeczywiście nietuzinkowy. Ponury i odrażający, a jednocześnie na swój sposób sympatyczny.
Naprawdę rzadko zdarza się, by ewidentnie czarny charakter wzbudzał u widzów pozytywne odczucia. Tutaj tak właśnie się dzieje. Kolejnym atutem tej animacji
jest też z pewnością sama kreska. Odzwierciedla ona wyobraźnię Dr Seussa ujawnioną w ilustracjach do książki. Wprowadza nieco surrealistyczny, niepokojący
klimat - od początku wiemy, że nie będzie to typowa kreskówka. Świetne są też dialogi (monologi..?) Grincha z jego psem Maxem - jedyną żyjącą istotą,
którą toleruje. Nie jest to klasyczny humor z filmów dla dzieci, ale - co ważne - do najmłodszych przemawia on równie dobrze jak do dorosłych. Tylko,
że w inny sposób. Rok po roku amerykańska telewizja emituje tę bajeczkę w okresie przedświątecznym. Oglądają ją wtedy całe rodziny - ci duzi, ci mali,
ci więksi i najmniejsi. I ponoć nigdy im się ona nie nudzi.
Theodor Seuss Geisel zmarł w 1991 roku. Po sukcesie "How the Grinch Stole Christmas!" jego historie były ekranizowane wielokrotnie. Nawet sam Grinch
pojawił się jeszcze dwa razy na szklanym ekranie - najpierw w "Halloween is Grinch Night" (1977), a następnie w "The Grinch Grinches the Cat In the Hat"
(1982), w którym mamy do czynienia z konfrontacją charakterów dwóch najpopularniejszych postaci wykreowanych przez Dr Seussa. Producentom wciąż jednak marzył
się film kinowy z udziałem Grincha. Po latach od wydania książeczki, stał się on postacią kultową, elementem tradycji najważniejszego święta Amerykanów.
Film długometrażowy byłby po prostu kurą znoszącą złote jajka.
Prawa do książki otrzymała druga żona autora, Audrey Geisel. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jakie zdanie o filmie "The 5000 Fingers of Dr. T"
miał jej mąż. Wiedziała też, jak bardzo podobała mu się ekranizacja z 1966 roku. Przez wiele lat uparcie odsyłała więc wszystkich producentów z kwitkiem.
Aż pojawili się Brian Grazer i Ron Howard. Po długich negocjacjach i wielu poprawkach w scenariuszu, wdowa po Dr Seussie zgodziła się na drugą ekranizację
historii o zielonym stworze. Przekonały ją możliwości techniczne - miała nadzieję, że uda się odtworzyć wizje, które miał w głowie jej mąż podczas pracy nad
powiastką. I rzeczywiście - pod względem technicznym trudno mieć tej ekranizacji coś do zarzucenia. Efekty specjalne, scenografia, a zwłaszcza charakteryzacja,
są w tym filmie na najwyższym światowym poziomie. Wykreowano zupełnie nowy świat - może trochę sztuczny, ale jakże specyficzny i przyciągający wzrok. Sama
Geisel stwierdziła zresztą, że jej mąż byłby zachwycony efektem, jaki udało się uzyskać twórcom. "Grinch - Świąt nie będzie", bo taki jest polski tytuł
ekranizacji z 2000 roku, to jednak film, któremu daleko do ideału.
|
 |
|
Żeby było jasne, twórcy odwalili kawał dobrej roboty i naprawdę trudno się ich czepiać. Problem polega na tym, że historyjka Dr Seussa nie jest materiałem
na film fabularny. Kilkadziesiąt stron książeczki trzeba było poszerzyć o dodatkowe wątki, a one po prostu się nie sprawdziły. Pewna tajemniczość postaci
Grincha była jedną z największych zalet zarówno pierwowzoru, jak i animacji z 1966 roku. Tutaj zdradzone zostaje nam zbyt wiele informacji. Ma to też swój
wpływ na prostotę opowiadanej historii. U Dr Seussa wszystko jest klarowne, nieskomplikowane, i to właśnie urok tej książeczki. W filmie długometrażowym
prostota bardzo rzadko odczytywana jest jako zaleta. Trzeba było więc pójść w innym kierunku. Howard postawił na uwspółcześnienie przesłania - niby jest
ono takie samo jak w pierwowzorze, a jednak akcenty są tu postawione inaczej. W "Grinch - Świąt nie będzie" mieszkańcy Ktosiowa to właściwie tak samo czarne
charaktery, jak sam Grinch. Howard wyraźnie nakreśla tu problem komercjalizacji Bożego Narodzenia, konsumpcyjnego stylu życia i świętowania na zasadzie
"zastaw się, a postaw się". We wcześniejszej ekranizacji było to jedynie zasygnalizowane, i to gdzieś między wierszami - w tym filmie natomiast to tak
naprawdę jeden z głównych motywów. I niby należałoby pochwalić za odchodzenie od schematu i krytyczne spojrzenie na samych siebie, ale trudno oprzeć się
wrażeniu, że w tym wypadku to po prostu nie pasuje. Świąteczne opowiastki mają to do siebie, że wywołują na twarzy uśmiech. Tutaj przez większość filmu
nie ma do kogo się uśmiechnąć...
No i sprawa najistotniejsza - Grinch. Jim Carrey wcielający się w głównego bohatera robi, co może. A, jak już parę razy udowodnił, może całkiem sporo.
Czapki z głów należą mu się chociażby za codzienne nakładanie na siebie ton charakteryzacji. Przez kilkadziesiąt dni, dwie godziny przed zdjęciami i
godzina zdejmowania po zakończonej pracy. Trzeba mieć do tego cierpliwość. Carrey jako Grinch daje z siebie wszystko, ale to również taka uwspółcześniona
wersja tej postaci. Trochę komiczny, trochę autoironiczny, ale niezbyt straszny. Gdy Grinch z animacji z 1966 roku opowiada głosem Borisa Karloffa jak
okropny jest dla niego czas po odpakowaniu prezentów w Ktosiowie, widz - zwłaszcza ten młody - naprawdę może poczuć się zaniepokojony. Podobnie zresztą jak
przy piosence "You're a Mean One, Mr Grinch" wykonywanej przez Thurla Ravenscrofta. W "Grinch - Świąt nie będzie" ta sama scena wygląda jakby była wycięta z musicalu.
|
 |
 |
|
Amerykanom nowa wersja "How the Grinch Stole Christmas" jednak bardzo się spodobała. Film utrzymywał się na ekranach kin w USA aż do połowy marca i zarobił
ponad 260 milionów dolarów. Był to zdecydowany rekord, jeśli chodzi o cały 2000 rok. "Grinch - Świąt nie będzie" otrzymał kilka nagród w kategoriach technicznych
(m.in. Oscar za charakteryzację), a także zdobył nominację do Złotego Globu w kategorii najlepszego aktora w komedii lub musicalu dla Jima Carreya. Film został
też jednak zauważony przez przyznających Złote Maliny - nominacje dla najgorszego remake'u i scenariusza właściwie dokładnie oddają to, co w nowej wersji jest
najsłabszym elementem. Choć to wcale nie taka zła produkcja, mam wrażenie, że niepotrzebnie się w ogóle za nią zabierano. No ale nie byłoby wtedy tych 260 milionów...
W Polsce "Grinch - Świąt nie będzie" nie był wielkim przebojem. Na film wybrało się około 150 tysięcy widzów i nawet biorąc pod uwagę fakt, że 9 lat temu do kin
chodziliśmy o wiele rzadziej niż obecnie, nie był to jakiś oszałamiający wynik. U nas Grinch po prostu nie jest fenomenem. Domyślam się, że gdyby w przyszłym
roku na początku grudnia zdecydowano się na ponowne wprowadzenie do kin "Kevina samego w domu" - pobite zostałyby wszelkie rekordy frekwencji. A "Grinch" -
no cóż... Dla polskiego widza była to po prostu komedyjka ze świątecznym motywem. Książki Dr Seussa w dalszym ciągu u nas nie wydano, animacji z 1966 roku
wyemitowanej w telewizji też nie pamiętam. Ukazała się co prawda kilka lat temu na dvd, ale dzisiaj zdobyć ją jest niezwykle trudno. A szkoda.
|
 |
 |
|
"How the Grinch Stole Christmas" to na pewno pozycja warta uwagi. Nie jest to typowa świąteczna opowieść z Mikołajem i padającym śniegiem w tle.
To taka trochę zadziorna, trochę pod prąd napisana historyjka, która jednak wprawia w bożonarodzeniowy nastrój bez żadnego problemu. Jej animowana
adaptacja z 1966 roku to idealny pomysł na "dobranockę" dzień przed Wigilią, kiedy jesteśmy już zmęczeni porządkami, gotowaniem czy poszukiwaniem
prezentów na ostatnią chwilę. Można sobie wtedy wygodnie usiąść, włączyć połowę mózgu (więcej nie potrzeba) i obejrzeć tę krótką historyjkę bez obaw,
że zaśniemy w połowie ze zmęczenia. Choć doceniam wyobraźnię twórców wersji z 2000 roku i ich oddanie dla sprawy, "You're a Mean One, Mr Grinch" po
prostu trzeba wysłuchać w oryginale. A grinchowski uśmiech, pomimo starań specjalistów od efektów specjalnych, okazał się nie do podrobienia. Naprawdę
warto poszukać gdzieś tej bajeczki i na własnej skórze przekonać się, o co cały ten szum, o co chodzi z fenomenem Grincha w USA. Bo można co 5 minut
śpiewać o tym, że daliśmy komuś swe serce i następnego dnia dostaliśmy je z powrotem, ale można też porobić coś innego. Podobno po obejrzeniu
"How the Grinch Stole Christmas" ma się serce o 3 rozmiary za duże - będzie więcej do rozdawania i dostawania z powrotem. Wesołych Świąt!