Jak nie zostać
papieżem?
Nanni Moretti jest obecnie jednym z bardziej cenionych włoskich twórców. W 1994
roku zdobył Europejską Nagrodę Filmową za film „Dziennik intymny”, a w 2001, na
Festiwalu Filmowym w Cannes Złotą Palmę za „Pokój syna”. Trudno o lepszą
rekomendację. Co ciekawe, jego filmy są najczęściej dziełami autorskimi, bowiem
pełni w nich rolę nie tylko reżysera, scenarzysty czy producenta, ale i angażuje
się w nie aktorsko. Świat z dużym zainteresowaniem przyjął wiadomość o
powstawaniu jego najnowszego obrazu. Na nieszczęście dla autora, głównie przez
kontrowersje jakie wywołuje. W dużym skrócie jest to bowiem historia człowieka,
który miał zostać papieżem ale… nie chciał. Smaczku dodaje fakt, że sam Moretti
jest zadeklarowanym lewicowcem, więc spodziewanie się przemycania w „Habemus
Papam” nastrojów antyklerykalnych wydaję się być uzasadnione. Ale czy aby na
pewno jest to film tylko o trudach pontyfikatu? Na szczęście nie…
Swoje dywagacje muszę zacząć od problemu tkwiącego w scenariuszu. Cały bowiem
skrypt, cała historia, którą śledzimy, jest zbudowana na wyraźnym błędzie
logicznym. Nie trzeba być człowiekiem wielkiej wiary, żeby zauważyć jak
niewiarygodny jest fakt braku wewnętrznych kompetencji do odbywania dalszej
służby kapłańskiej na najwyższym szczeblu. Kardynałowie są najwyższym elementem
skrupulatnej hierarchii instytucji kościelnej, gdzie przypadek po prostu nie
istnieje. Są to ludzie świadomi możliwości przejęcia duchowej władzy i zdolni do
tego. To sam „miód” kleru, który doskonale wie, co znaczy patrzeć na swych
wiernych z wyższej perspektywy, a co najważniejsze odnajduje się w niej. Tutaj
nie ma miejsca na ludzi ogarniętych niepewnością, bo szczerze wątpię aby na tym
szczeblu to słowo jeszcze istniało w ich słowniku. Mówiąc wprost z perspektywy
duchowej, w sytuacji gdy natchnione Duchem Świętym konklawe miałoby dokonać
niewłaściwego wyboru, jakie światło rzuca to na wyznawane i utrwalane dogmaty?
Idąc dalej tym tropem i posługując się terminologią chrześcijańską, jeśli
przyjmiemy, że za wszelkie lęki odpowiedzialny jest szatan, jak mógł odnaleźć
swe żniwo w osobie głównego bohatera? Trudno jest więc uwierzyć, że w
zgromadzonej kapitule znalazł się jeden rodzynek, którego papiestwo przerasta.
Ja się pytam, którymi drzwiami wszedł? Wydarzenia, które obserwujemy, tak
naprawdę nigdy nie miałyby miejsca.
Nietrudno jednak domyślić się, że cała historia ma czysto symboliczny i umowny
charakter. Jednym z mitów branych na warsztat jest wizerunek duchowieństwa.
Można by przypuszczać, że sceny, w których kardynałowie ściągają od siebie
podczas konklawe, by zaraz potem wyjść na pyszne pączki i wystawę Caravaggia,
czy też gdy grają w turniej piłki siatkowej, są w tym filmie po to aby naruszyć
wartość i autorytet duchownych. Dla mnie jednak jawi się to jako uczłowieczenie
nadczłowieczych funkcji. Wyczuwam więc sygnały bardziej empatyczne niżeli
uniżające rolę duchownych w naszym społeczeństwie. We wspomnianej scenie gry w
siatkówkę widzimy jak psychoanalityk, w osobie reżysera, wcześniej zajęty
terapeutyczną rozmową z papieżem, teraz zabawia kardynałów. Ale nie robi tego z
nudów, a z poczucia ciążącego na nim zawodowego obowiązku. Gdy terapia z
targanym wątpliwościami papieżem nie przynosi skutku, przenosi swoją uwagę z
perspektywy indywidualnej na grupową aby tam szukać źródła bólu. Psychoanalityk
chce skonfrontować kardynałów z elementem czystej rywalizacji, a co za tym
idzie, elementem czysto ludzkim. Chce przypomnieć o tkwiących w nas zalążkach
hedonizmu, tak dalekiego od skostniałych dogmatów religijnych.
Inną znacząca sceną jest odwiedzenie przez głównego bohatera teatru. Odnajduje
on bowiem w nim swoje własne korzenie, początki aktorskiej pasji. Teatr jest dla
niego pewnego rodzaju lustrem, w którym może zauważyć to, co zapomniane. Nasuwa
się więc pytanie, dlaczego kochając teatr poświecił się kapłaństwu? W moim
jednak odczuciu scena ta nie obnaża błędu bohatera i mijania się z powołaniem,
lecz jego człowiecze, przyziemne oblicze. Oblicze człowieka, który po całym
życiu oddanym służbie Bogu, chce choć na moment przystanąć, odpocząć. Nie szuka
i nie potrzebuje już nowych wyzwań, chce tylko przypomnieć sobie czasy gdy był
zwykłym człowiekiem, pośród zwykłych ludzi. Z doświadczenia bowiem wiemy, że
nawet najlepszy, najzdrowszy owoc podawany w nadmiarze może stracić na
wyjątkowości. Główny bohater znalazł się w potrzasku miedzy sacrum i profanum.
Dwie ideowe skrajności uosabiają kolejno kardynał Gregori i psychoanalityk.
Moretti nie chce stawać po żadnej z tych stron, by odpowiedź, prawdę umieścić
pośrodku w osobie protagonisty. Ma on czysto psychologiczne problemy ale nie
zamyka się na wiarę. Problem w tym, że dla psychoanalityka jedynym ratunkiem
zdaje się być terapia regresywna, a "zepsuta” tradycją kapituła nie chce bądź
nie potrafi tego zrozumieć. Dla nich lęk jest równy szatanowi, więc w człowieku
bogatym w duchu wystąpić nie może. Zapominają jednak, że pełniąc tak
odpowiedzialną funkcję nie przestają być ludźmi, nie przestają być podatni na
pierwotne zło... Kontekst alegoryczny jest więc w „Habemus Papam” bardzo
odczuwalny.
Dawno nie oglądałem filmu, który byłby krytyką wiary i zarazem jej pochwałą.
Ostatnio tego typu doświadczenia zaznałem przy seansie „Ostatniego kuszeniu
Chrystusa”. Kontrowersyjność tego filmu bazowała głównie na obrazoburczym
ukazaniu najjaśniejszej postaci Nowego Testamentu i historii w ogóle. Gdybyśmy
jednak potrafili poświęcić mu dłuższą chwilę i skutecznie zdystansować się do
oglądanej fikcji, zauważylibyśmy, że Chrystus zastanawiający się nad istotą
swego powołania to Chrystus bardziej ludzki, a co za tym idzie, bardziej
wiarygodny. Przecież zanim urodziło się w nim poczucie misji i swojej własnej
boskiej wyjątkowości, musiał po drodze do tego, choć przez chwilę być
człowiekiem. „Habemus Papam”, w moim odczuciu zbudowany jest na tym samym
schemacie, tylko pozornie kontrowersyjnym, bo pozornie deprecjonującym wiarę.
Pisząc o najnowszym filmie Morattiego nie mogę zapomnieć o aktorze grającym
główną rolę, czyli Michelu Piccoli. Rolę bardzo wymagającą, bo przecież
niecodziennie dostaje się szansę gry w filmie o lękach związanych z objęciem
Stolicy Piotrowej. Francuski aktor wywiązał się z tego zadania nad wyraz dobrze,
tworząc postać autentyczną i zapadającą w pamięć. Nie da się bowiem zapomnieć
wyrazu jego twarzy w scenie, w której jako nowy Ojciec Święty boi się wyjść
pozdrowić swych wiernych. Niezwykle ważna rola.
„Habemus Papam” nie jest filmem o teologicznych dywagacjach ani też o
psychologicznej analizie profilu osobowości. To nie jest film o człowieku, który
stał się papieżem, ani tym bardziej o papieżu, który pozostał człowiekiem,
parafrazując pewne dobrze nam znane tytuły. To film o poszukiwaniu siebie w
świecie zamkniętym doktrynami. O tym, jak bardzo jesteśmy niedoskonali i jak
daleko jest nam do pojmowania istoty Boga. To film o nas samych, naszych lękach,
słabościach i marzeniach. Prawdziwie humanistyczny obraz.
Ocena:
8/10
|
 |
Habemus papam - mamy papieża
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 102 min.
Reżyseria: Nanni Moretti
Scenariusz: N. Moretti, F. Piccolo, F. Pontremoli
Zdjęcia: Alessandro Pesci
Aktorzy:
Michel Piccoli, Nanni Moretti, Jerzy Stuhr, Renato Scarpa, Franco Graziosi, Camillo Milli, Roberto Nobile, Ulrich von Dobschütz, Gianluca Gobbi, Margherita Buy
|
|
Autor tekstu:
Jakub Piwoński - PIWON
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 14 listopada 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE |