Strona główna KMF



Peter Berg jest najlepszym przykładem na potwierdzenie zasady: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło." Kiedy aktorstwo przestało mu wystarczać i zapałał miłością do rzemiosła reżyserskiego, bardzo szybko poczuł jak gorzkim smakiem potrafi być ono zaprawione. Przygotowany przez niego projekt telewizyjny "Wonderland", w który włożył serce, duszę i pasję - spalił na panewce. ABC TV wyemitowała jedynie pierwsze dwa odcinki, po czym Bergowi podziękowała. I stało się tak, że rozczarowanego i przybitego porażką reżysera pod swoje skrzydła przygarnął sam Michael Mann. Dał mu kilka tygodni na dalsze poużalanie się nad sobą, po czym zaoferował rolę w "Collateral", a następnie otoczył "producencką opieką" jego projekty: "The Kingdom" oraz najnowszy "Hancock".


Historycznie autentyczny John Hancock był jednym z sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Jego podpis przeszedł do historii dzięki niezwykłym "gabarytom". Aż do chwili obecnej w języku potocznym używany jest jako synonim podpisu. Do bohatera filmu Berga nazwisko to pasuje jak ulał. Jego znaku rozpoznawczego rownież przeoczyć się nie da. Wszędzie tam, gdzie widać zdemolowane budynki, drogi, autostrady - generalnie: własność publiczną, jak i prywatną - można być pewnym niedawnej obecności naszego bohatera. A dokładniej anty-bohatera.




Hancock obdarzony jest supersiłą, superkuloodpornością oraz równie super umiejętnością latania (bez użycia sprzętu oczywiście). Z tego tytułu też, pełni rolę etatowego superbohatera, na którą to wcale nie ma ochoty. Owszem, jeśli trzeba uratuje, złapie "złych" i spełni podobne obowiązki należące do kogoś o przedrostku super, demolując przy tym wszystko, co znajdzie się na jego dordze. Zdecydowanie jednak bardziej woli leżeć na ławce w centrum miasta, wlewać w siebie bourbon i pyskować do każdego, kto się nawinie.


Jak można się domyślać, społeczeństwo nie do końca go za to kocha. Co więcej, chce umieścić delikwenta w zakładzie karnym, by ukrócić jego bezkarność w stosunku do umiłowanej Konstytucji. Za namową PRowca o złotym sercu - Raya Embreya (któremu uratował życie, niszcząc przy tym skład kolejowy) Hancock zgadza się na resocjalizację. Wpływ Raya nie ogranicza się jednak tylko do zmiany wizerunku niepokornego herosa - sięga on dalej niż można by się spodziewać. Dzięki niemu Hancock nie tylko zmienia się w przykładnego, podręcznikowego wręcz (z uniformem i takimi tam...) superbohatera, ale także w przemiłego i sympatycznego człowieka. Rayowi udaje się zedrzeć z Johna skorupę opryskliwości, złośliwości i tumiwisizmu i ukazuje światu - a i samemu Hancockowi - wrażliwe, uczuciowe wnętrze bohatera. Cała metamorfoza zakończyłaby się pełnym sukcesem (a film nudnym i przewidywalnym happy endem), gdyby nie niespodziewana chemia wybuchająca między Hancockiem, a żoną Raya, Mary. A właściwie chemia wybuchająca raczej w tym pierwszym... W każdym razie przyczynia się ona do dość spektakularnie zaskakującego zwrotu akcji i kompletnej zmiany rozłożenia ładunku emocjonalnego w filmie.




Pierwsza część obrazu koncentruje się na samej postaci anty-bohatera i gwarantuje nam przednią rozrywkę w formie humoru sytuacyjnego. Dla widza przyzwyczajonego do herosów obdarzonych rzeźbą Schwarzeneggera i paradujących w bieliźnie założonej na spodnie, "Hancock" to powiew swieżości. Już sam pomysł oparty na zasadzie "anty" jest przesympatycznie pozbawiony schematu. Odczuwa się prawdziwą, zaprawioną zaciekawieniem i lekkim niedowierzaniem przyjemność, patrząc na naszego anty-bohatera, który zamiast pędzić w radosnych podskokach na ratunek kolejnym "biednym żuczkom" - łoi alkohol i podszczypuje przechodzące obok kobitki. Do tego, twórcy dorzucają nam jeszcze dość nieporadnego, ale za to obdarzonego gigantycznym sercem PRowca i mamy pyszny humorystyczny koktajl. Wszystkie próby (szczególnie uczenie Hancocka pochwał i wymawiania "Good job!") "nawrócenia" anty-herosa śmieszą swoją uroczą nieporadnością. Oczywiste jest, że zabiegi te wreszcie przyniosą efekty i John w końcu wbije się w uniform tradycyjnego superbohatera. Nie da się uniknąć nutki rozczarowania i zawodu, spowodowanej takim obrotem akcji. W końcu, kiedy widz zaczyna się przyzwyczajać do tego opryskliwego superłajdusa, zaczyna darzyć sympatią jego niewyparzony język, ten zostaje oswojony. Jednak twórcy doskonale zdają sobie sprawę z prawdopodobnego niezadowolenia publiki. Dlatego w ramach rekompensaty serwują widzowi mocny twist akcyjny. Tego, co się wydarzy, nie zapowiada najmniejszy nawet szczególik. Od tej chwili, akcja zmienia się o 180 stopni i podąża w zupełnie innym niż do tej pory kierunku. Hancock staje się postacią, może nie tyle drugoplanową, co pierwszoplanową połowicznie. Wraz z nim na bok zostaje również odsunięta warstwa humorystyczna, a na czoło wysuwa się dramatyzm zarówno sytuacyjny, jak i postaci.


Jak na super-blockbustera przystało, w "Hancocku" mrowi się od efektów specjalnych. Sam Berg nie ukrywa, że za nimi wprost przepada i w pełni wykorzystuje możliwości CGI. Z tym, że wprowadza je do filmu z dużym wyczuciem i zręcznością. Dlatego też nie rażą swoją sztucznością, ale wyglądają bardzo realistycznie i naturalnie. A skutkuje to zadowoloną publiką, która na widok latającego kolesia (dobrze przy tym "wciętego"), wymachującego samochodem pełnym bad-guyów i demolującego tymże wszystko na swojej dordze, nie tylko nie puka się znacząco w czoło, ale aż piszczy z zachwytu.




Co do aktorstwa - nie jest ono oszałamiające. Cała Wielka Trójka w składzie: Smith, Theron, Bateman nie popisuje się niczym nadzwyczajnym i wzbudzającym owacje na stojąco. Mimo wszystko jednak doskonale wpasowują się w konwencję filmu. Smith w roli super - przepraszam za wyrażenie - dupka wypada wprost uroczo. Cudownie do twarzy mu z tygodniowym zarostem, zsuniętą na oczy czapką i bluzgami na ustach. A i po metamorfozie niczego mu nie brakuje. Z kolei Bateman wprost idealnie pasuje do roli przepełnionego nieco naiwną dobrocią i optymizmem Raya. Dusza z serii "do rany przyłóż" z pewnością nie pomaga mu w pełnieniu zawodu PRowca, ale za to wzbudza na wskroś przesiąkniętą czułością sympatię. Z kolei Theron jest po prostu taka jaka powinna być. Troskliwa, przykładna żona, jednocześnie niepokojąco tajemnicza i zabójczo piękna.


Reżyser umiejętnie żongluje konwencjami, przechodząc z czystej komedii do nieco poważniejszej formy. Czyni to sprawnie i z wyczuciem, które nie pozwala się w tych konwencjach zagubić. Potrafi przewidzieć reakcje widza i pokierować filmem tak, by wyjść na przeciw jego oczekiwaniom. Krótko - kino rozrywkowe spod znaku Berga sprawdza się bardzo dobrze. Jak do tej pory, Mann może być w pelni zadowolony ze swojego "podopiecznego".


Hancock


USA | 2008 | PG-13 | 92 minuty

Reżyseria: .... Peter Berg
Scenariusz: .... Vince Gillian, Vincent Ngo
Muzyka: .... John Powell
Zdjęcia: .... Tobias A. Schliessler

OBSADA

Hancock: .... Will Smith
Ray Embrey: .... Jason Bateman
Mary Embrey: ....Charlize Theron
Red: .... Eddie Marsan
Traper: .... David Mattey
Mike: .... Thomas Lennon




Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Aleksandra Tofil - MAUA
Klub Miłośników Filmu
11.07.2008