Strona główna KMF
        

    Zadaję sobie czasami pytanie dlaczego współczesne filmy science fiction nie są tak dobre jak filmy z lat osiemdziesiątych czy pierwszej połowy dziewięćdziesiątych. Po części jest to wina rozwoju technik cyfrowych i wykorzystania ich w filmach. Komputery stały się błogosławieństwem i przekleństwem twórców. Z jakiegoś dziwnego powodu filmy realizowane bardziej tradycyjnymi technikami były bardziej klimatyczne. Dlatego z przyjemnością cofnę się trochę w czasie by przypomnieć film, który ze spokojnym sumieniem można zaliczyć do klasyki kina science fiction. I choć ostatnimi czasy łatkę "kultowy" przypina się niekiedy pochopnie, czasem niesłusznie, różnym produkcjom, w tym wypadku nie zawaham się użyć takiego stwierdzenia. Filmem kultowym "Hardware" można, a nawet trzeba nazwać.
    Film pomysłem przypomina "Terminatora" czy "Obcego", w rzeczywistości pomysł został zaczerpnięty z komiksu opublikowanego prawie 10 lat wcześniej przez pismo 2000AD. Fabuła przedstawia się następująco.
Mamy ziemię w przyszłości, po zagładzie nuklearnej. Jak każda apokaliptyczna wizja i ta nie jawi się w różowych kolorach. Zanieczyszczone do granic możliwości środowisko (a raczej jego szczątki), ludność która mnoży się w zastraszającym tempie, koczująca w ruinach niegdysiejszych metropolii. Nasz bohater, Moses Baxter żyje ze sprzedaży złomu. Pewnego razu wchodzi w posiadanie części robota, które ze względu na walory 'estetyczne', postanawia podarować swojej dziewczynie, Jill, jako prezent bożonarodzeniowy. Jill jest artystką, wykonuje rzeźby z metalu i z radością przyjmuje podarunek od dawno niewidzianego ukochanego. Na jej nieszczęście pozostałości okazują się być częściami prototypowego robota wojskowego. Jak nietrudno przewidzieć maszyna budzi się do życia i postanawia wykończyć wszystko co znajdzie na swej drodze.

  

  

    Prostota fabuły nie wpływa ujemnie na odbiór filmu. Króluje tu specyficzny klimat, pokrewny innym produkcjom w klimacie post-apokaliptycznym. Widz ogląda przedstawiony świat przez czerwone okulary, ludzie (mimo iż koczują w rozsypujących się budynkach z betonu, szkła i stali) posługują różnymi futurystycznym urządzeniami, które po części są zbudowane ze znanych nam dzisiaj przedmiotów. Wszędzie widać komputery - metalowe szkielety oplecione plątaniną kabli z wystającymi zewsząd układami scalonymi, różnego rodzaju monitory, co jakiś czas z radia słychać komunikaty o stężeniu środków radioaktywnych w powietrzu. Poza tym reżyser posługuje się montażem typowo teledyskowym pokazując sceny (Jill przy pracy, sceny miłosne) ilustrowane kompletnymi utworami z gatunku industrial (Ministry, Public Image Limited). Niebagatelną rolę odgrywa w filmie utwór tego drugiego zespołu - "The Order of Death" - pojawia się w nim kilkakrotnie i niewątpliwie jest wizytówka tej produkcji.
Należy twórców pochwalić za realizację. Ciekawe zdjęcia i niezwykły montaż sprawiają, że do filmu wdziera się trochę napięcia i zaczyna on balansować na granicy z horrorem. Co do efektów wizualnych brawa należą się ludziom odpowiedzialnym za niesamowity wygląd robota i robotykom, za tchnięcie w niego życia. I w końcu coś dla fanów Gore, w filmie jest kilka mocnych scen i kilka szokujących widoków, które zawdzięczamy ludziom od charakteryzacji.
Trudno co prawda mówić o poważnym aktorstwie, ale wszyscy spisali się dobrze, utrzymując poziom znany z innych filmów klasy B. Cieszą epizody Lemmy'ego z grupy Motorhead, czy Iggy Popa.
    To solidny kawał dobrego kina rozrywkowego, w którym można znaleźć parę smaczków. Film jest fantastycznie zrealizowany, wizja reżysera jest niezwykła i niepokojąca. I ta muzyka...

Ocena : 8/10


 



HARDWARE

Rok produkcji: 1990, Wielka Brytania
Czas trwania: 93 min.

Reżyseria: Richard Stanley
Scenariusz: Richard Stanley i Michael Fallon
w oparciu o komiks "Shok!" autorstwa
Steve'a MacManusa i Kevina O'Neilla
Montaż: Derek Trigg
Muzyka: Simon Boswell
Zdjęcia: Steven Chivers
Scenografia: Addi Cohen-Ziv i Joseph Bennett

W rolach głównych:
Dylan McDermott, Stacey Travis,
John Lynch, William Hootkins, Iggy Pop, Carl McCoy, Lemmy



e-mail
 Autor recenzji: Tomasz Stankunowicz - PHONIK