Brudny Carter?


Harry Brown jest stary - na tyle, że partyjka szachów i kufel piwa to dla niego przygoda tygodnia. Harry Brown jest samotny, a jego życie wypełnia powiększająca się pustka. Córka zginęła w wypadku, żona umarła na jedną z wielu nieprzyjemnych chorób, a niedawno zamordowano jego ostatniego przyjaciela. Harry Brown jest zmęczony - wkrótce zapewne sam umrze. Ale przede wszystkim Harry Brown to człowiek, któremu skończyła się cierpliwość. Ma już dość wstydu za swe dawne grzechy i za grzechy młodego pokolenia. Ma dość życia w strachu i faktu, że nie może nigdzie spokojnie wyjść bez ocierania się o przemoc i narkotyki. Ma dość bezradności i bierności policji. A szczególnie ma dość narastającego chamstwa i bezkarności ze strony niewyrośniętych młodziaków. Harry ma też dużo czasu i wojskową przeszłość - nie ma za to absolutnie nic do stracenia. Bierze więc sprawy w swoje ręce.


Klasyczne kino zemsty - tak właśnie można określić najnowszą produkcję z legendarnym Michaelem Cainem w roli głównej, który wyrusza "w miasto" by dociekać sprawiedliwości. I pod tym względem film spisuje się znakomicie - jest dosadny, krwisty i brutalny, jak trzeba. W dodatku zrealizowany został naprawdę porządnie - ponure zdjęcia, powolny montaż i inne aspekty techniczne, to świetna odskocznia od kolorowych, oczojebnych blockbusterów, a przy tym wcale im nie ustępująca. Aktorzy, z sir Cainem na czele, zwyczajnie nie zawodzą i dają nam dokładnie to, czego oczekujemy - pełnokrwiste postaci, z którymi trudno nie sympatyzować i/lub które łatwo znienawidzić (zawodzą jedynie relacje, np. między Harrym a policją brak większego konfliktu i zależności). W dodatku atmosfera jest duszna, napięcie powoli się kumuluje, a towarzyszą mu niesamowite emocje (kapitalna jest scena zakupu broni - dawno nie było w kinie czegoś równie mocnego i niepokojącego!). Problemem pozostaje jedynie wtórność.


Jakkolwiek nie oceniać "Harry'ego Browna", to jest to film do bólu ograny i przewidywalny w każdym kadrze. "Rambo", serie "Brudny Harry" i "Życzenie śmierci", tarantinowski "Kill Bill", "Odważna" z Jodie Foster, "Historia przemocy", włoskie spaghetti-westerny, zeszłoroczne "Gran Torino", czy w końcu kultowy "Get Carter" z młodszym o 30 lat Michaelem, to filmy, które istotę zemsty i sprawiedliwości zjadły i przedefiniowały na nowo, często z o wiele lepszym skutkiem, niż opisywany tutaj tytuł. Sęk w tym, że "Harry Brown" ma nad nimi jedną, bardzo ważną przewagę - czynnik społeczny.

Nie należę do ludzi, którzy zakrywają oczy za każdym razem, gdy na ekranie siknie krew i nie odwracam wzroku od narkomanów wbijających sobie brudne igły w jeszcze brudniejsze rany, czy też innych nieprzyjemnych widoków. A jednak na seansie "Harry'ego Browna" parę razy się wzdrygnąłem. I to bynajmniej nie dlatego, że Daniel Barber, niczym Stallone w ostatnim "Rambo", nadmiernie epatuje masakrowanymi ciałami - wręcz przeciwnie, wszystkie sceny przemocy są tu uzasadnione i podane z aptekarską wręcz dokładnością. Wzdrygałem się dlatego, że Barber pokazuje w swoim filmie przerażającą rzeczywistość. Rzeczywistość, w której uliczne bandy złożone z nastolatków zabijają każdego (dosłownie!), kto im się nawinie pod rękę - dla zabawy albo zebrania kolejnych punktów do szacunku u swoich ziomali. I bardzo łatwo im to przychodzi.


Tak jak "Brudny Harry" pod przykrywką taniej sensacji rozprawiał się z amerykańską epoką przemocy w latach 70. ubiegłego stulecia, tak teraz "Harry Brown" ukazuje nam ogólną degrengoladę Wysp Brytyjskich początku XXI wieku. I choćby z tego powodu jest to obraz niezwykle ważny. "Nic w naszym filmie nie zostało przesadzone" - stwierdza reżyser - "Policyjni konsultanci opowiadali nam dużo bardziej przygnębiające historie". Także Michael Caine nie ma wątpliwości, że jest źle. "Na planie filmu trafiłem do miejsc z mojego dzieciństwa i rozmawiając z młodymi z tamtych rejonów, zrozumiałem, że ponieśliśmy klęskę jako rodzice i wychowawcy. Zaczęliśmy traktować ich jak zwierzęta i oni faktycznie stali się zwierzętami." - mówi aktor. I oglądając ten film faktycznie łatwo dostrzec, że coś się w społeczeństwie sypie, albo że nawet już upadło. Szczególnie końcowa potyczka, w której zorganizowani i uzbrojeni w tarcze, pałki i technikę policjanci, nie są w stanie nic zrobić rozjuszonemu tłumowi chłystków, nie napawa optymizmem. Bo jeśli oni nie dają im rady, to kto da?

Z całą pewnością ta sytuacja nie dotyczy każdego, a zdarzenia przedstawione w filmie, zostały mimo wszystko dobrane do potrzeb opowieści i nie dzieją się w każdym mieście, czy wsi (Polska jest w miarę bezpieczna?) - ale jednak mają miejsce. A jeśli oglądając filmowe poczynania nieletnich, ma się ochotę iść w ślady Harry'ego, czyli "popakować, wziąć guna i nakosić tych łebków", to pojawia się pytanie: co z tym fantem zrobić? No co?



wytwórnia - Marv Films, 2009
reżyseria - Daniel Barber
scenariusz - Gary Young
produkcja - Keith Bell, Matthew Brown, Kris Thykier
zdjęcia - Martin Ruhe
muzyka - Ruth Barrett, Martin Phipps
montaż - Joe Walker
scenografia - Kave Quinn
czas projekcji - 103 minuty

wystąpili

Michael Caine
Emily Mortimer
Iain Glen
Liam Cunningham
Jack O'Connell
David Bradley
Ben Drew
Raza Jaffrey
Joseph Gilgun

(Harry Brown)
(insp. Frampton)
(Childs)
(Sid)
(Marky)
(Leonard 'Len' Attwell)
(Noel Winters)
(o. Bracken)
(Kenneth)

Autor recenzji: Jacek Lubiński - MEFISTO [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 20 stycznia 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF