"Hellworld" jest już ósmą odsłoną
opowieści o demonicznych Cenobitach i niezwykłej kostce będącej portalem
prowadzącym do piekła. Począwszy od piątej części serii twórcy traktują
elementy bazowe "Hellraisera" jako tło opowieści i kolejne jej odsłony
głównie z tego powodu są uznawane przez fanów za coraz gorsze. Rick
Bota, który podjął się również realizacji części szóstej i siódmej,
powraca tym sequelem niejako do korzeni. Zrealizował film nie tylko o
Cenobitach i słynnej kostce, ale także i o samych fanach, którzy przez
lata śledzili poczynania Pinheada i spółki. Brzmi to nieźle. Oczekując
na tą część naprawdę liczyłem na to, że będzie to powrót do źródeł, że
może w jakiś sposób opowiedziana wcześniej historia zostanie rozwinięta.
Niestety mimo szczerych chęci i obsadzenia kultowego w pewnych kręgach
Lance'a Henriksena film rozczarowuje.
|
 |
 |
Punktem wyjścia w filmie jest strona
internetowa Hellworld. Na stronie tej jest układanka. Szczęśliwiec,
któremu uda się ją rozwiązać otrzymuje zaproszenie na coroczną imprezę
Hellworld, czyli zakrapiany alkoholem i krwią spęd miłośników słynnego
horroru. Piątka bohaterów, których poznajemy na początku, okazuje się
być właśnie takimi zapaleńcami. Rzecz jasna, zdobywają wejściówki i
wyjeżdżają na rzeczoną imprezę.
Na miejscu okazuje się, że odbywa się ona w willi zbudowanej (czy raczej
skonstruowanej) przez Phillipa L'Merchanta, autora kostki. Nasi
bohaterowie zostają przywitani przez tajemniczego gospodarza (w tej roli
Lance Henriksen), faceta grubo od nich starszego, jednak również
zafascynowanego światem stworzonym przez Clive'a Barkera. Posiada on
sporą kolekcję filmowych rekwizytów, między innymi kostkę, która
bohaterom serii Hellraiser przysparzała wielu kłopotów. Pan domu
obiecuje im niezapomniane wspomnienia z przyjęcia, a także wyjątkowe
przywileje ze względu na zdobyte zaproszenia. To nasuwa pytanie, skąd na
imprezie jest tyle osób (w domu bawi się sporo młodzieży), które jednak
nie są w traktowane jakoś wyjątkowo, skoro zaproszenia były warunkiem
dostania się na balangę? Nie jest to pierwsze, ani ostatnie pytanie,
jakie zada sobie widz oglądając Hellworld. W wielu miejscach fabuły
pojawiają się niejasności i niespójności. Najbezpieczniej jest nie
zaprzątać sobie tym głowy, poddać się wizji twórców i przyjąć niektóre
fakty na wiarę, bo takie 'drobiazgi' potrafią wyprowadzić człowieka z
równowagi. W dalszej części filmu nasi bohaterowie przeżyją kilka
niezapomnianych chwil, bardzo bolesnych i bardzo krwawych. Wszystko
odbywa się bez zaskoczenia, czy może raczej zaciekawienia widza. Film w
swej środkowej części posklejany jest ze schematów zaczerpniętych z
innych filmów grozy i horrorów, ale warto wytrwać do zakończenia, bo
niesie ono za sobą pewną niespodziankę.
|
 |
 |
Do największych mankamentów tej
produkcji można zaliczyć stylistykę. W przypadku ósmej odsłony
Hellraisera dość istotną rolę gra lokalizacja akcji, wielka posiadłość
zaprojektowana przez genialnego zabawkarza, a jednocześnie miejsce
imprezy Hellworld. Jednak nie sprawia ona nadzwyczajnego wrażenia -
twórcy nie postarali się o odpowiedni wystrój wnętrz. Brakuje elementów
nawiązujących do wizji Barkera. Nie jest tu ani gotycko, ani
industrialnie, nic, co by choć trochę przypominało dyskotekę, w której
Pinhead urządził krwawą jatkę w części trzeciej "Hell on Earth". Wysiłek
dekoratorów ograniczył się do podwieszenia na suficie kilku replik
kostki zrobionych prawdopodobnie z tektury... Wystrój, gdyby był, mógłby
jakoś zrekompensować niedostatki fabularne, niedociągnięcia i potknięcia
scenariuszowe. A tak, ten cały bałagan skupia na sobie całą uwagę widza.
Drugą kwestią jest sama fabuła, chociaż to zbyt duże słowo jak na miarę
tego filmu. Ot fabułka, z której ciężko by było wykrzesać coś udanego
nawet w formie krótkiego metrażu. Wbrew hasłom reklamowym i plakatom w
stylistyce iście matriksowej, na których widnieje Pinhead, a nad nim
znajduje się napis "Evil goes online", wątek cybernetyczny został
ograniczony do niezbędnego wprowadzenia. Chociaż takie rozwiązanie
pasuje do wizji Barkera jak pięść do nosa, to posłużenie się schematem
znanym z "FearDotCom" mogłoby wyjść produkcji na dobre. Rozumiem, że
takie gdybanie jest nie na miejscu, ale zasugerowany reklamą, z którą
się spotkałem, przez cały seans miałem wrażenie, że pojawi się nowy
wątek, zaraz, za chwilę. Ale nic z tego, fabularna pustka ciągnie się do
końca. Całość ogranicza się do kilku "strasznych" scen z Cenobitami,
kilku pieszych ucieczek utrzymanych w konwencji slasherowej oraz kilku
nie pasujących do ogólnej konwencji scen seksu. Jakby tego było mało
(sic!) twórcy serwują widzowi koszmarnie złe dialogi.
W tym miejscu z seansu zrezygnuje przypadkowy widz. Nie da się ukryć, że
w Hellworld nie znajdzie nic, co mogłoby zająć jego uwagę. Pozostają
fani serii, którzy pewnie film i tak obejrzą bez względu na przestrogi i
konsekwencje :). O nich reżyser z ekipą chyba też zapomniał. Najbardziej
znana postać serii, Pinhead, pojawia się na krótko, a jego
pseudo-filozoficzne wywody o absolutnych przyjemnościach, jakie niesie
ze sobą cierpienie zostały ograniczone do minimum. Poza nim pojawia się
kilku anonimowych Cenobitów. Scen ociekających krwią i wnętrznościami
też jest wyraźnie mniej w stosunku do wcześniejszych części. To smutne,
że produkcja, która słynęła niegdyś z wielu fenomenalnie przygotowanych
scen gore, dziś zawiera ich tyle, co przeciętny horrorek dla
nastolatków.
Od strony aktorskiej... przepraszam, tu nie ma aktorstwa. Jest za to
Lance Henriksen, który głównie 'jest', bo scenariusz skutecznie
ogranicza jego możliwości. Trudno mu jednak odmówić charyzmy i sama jego
obecność na ekranie jest wyraźnym atutem. Na Douga Bradleya można zawsze
liczyć, ten brytyjski aktor o teatralnej przeszłości nigdy nie zawodzi.
Jednak w tym przypadku trudno mówić o jego roli w tym filmie, jest to
raczej epizod. Pozostałym aktorom pojawiającym się w Hellworld brakuje
wszystkiego, od talentu po charyzmę, coś usiłują z siebie wykrzesać, ale
marnie to wygląda.
|
 |
 |
Na koniec zostało parę plusów.
Pozytywnie oceniam oprawę muzyczną, głównie ilustrację imprezy Hellworld.
Nu-metalowa młócka w stylu Disturbed idealnie pasuje do wycieczki
bohaterów po tajemniczej posiadłości. Dobre wrażenie robi także samo
zakończenie, na tyle dobre, że w obliczu tylu minusów wystawiam całości
ocenę ponadprzeciętną. Finał jest pobudką z letargu, w jakim widz trwa
przez większość seansu, nie jest przekombinowany, nie jest zbyt
absurdalny (pamiętając jednak, że to Hellraiser :)), jest naprawdę
udany. Warto przebrnąć przez całość, żeby go zobaczyć.
Podsumowując, od czasu piątej części (Inferno), kolejne odsłony serii są
coraz słabsze i jednocześnie coraz bardziej odległe od pierwotnej wizji
Barkera. Po raz kolejny jestem rozczarowany, ale nie tracę nadziei na
to, że Hellraiser doczeka się jeszcze przyzwoitego sequela. Może Rick
Bota w końcu odpuści (zrealizował trzy ostatnie części filmu) i przekaże
pałeczkę komuś innemu, bo dalsze jego reżyserowanie nie wróży niczego
dobrego...
Ocena: 5.5/10
 |
Hellraiser: Hellworld
Reżyseria: Rick Bota
Scenariusz: Clive Barker, Joel Soisson i Carl V. Dupré
Zdjęcia: Gabriel Kosuth
Muzyka: Lars Anderson
Czas trwania: 95 minut
Produkcja: 2005 USA
W rolach głównych:
Katheryn Winnick
Khary Payton
Anna Tolputt
Henry Cavill
Christopher Jacot
Lance Henriksen
Doug Bradley
Klub
Miłośników Filmu | 24 XI 2005 |
|
| Autor recenzji:
Tomasz Stankunowicz -
PHONIK |