![]() | HEREZJE I BLUŹNIERSTWA | ![]() |
|
|
|
"Wszyscy przeklęci, potępieńcy są napiętnowani nieodwołalnie szyderczym śmiechem, który dźwięczy im w uszach. Śmiech szaleńca, opętanego przez diabła jest intymnie powiązany z niełaską dawnego upadku, z degradacją cielesną i moralną. Staje się on szubrawcem, podążającym za władzą, która nakazuje nam wycofanie się z absurdu, ślepej i irracjonalnej wiary, że istnieje sprawca zwany Bogiem." (A.M.) PALENIE NA STOSIE PRZEZ DIABŁA OPĘTANYCH
Swego czasu często i gęsto palono innowierców na licznych stosach zapalanych w większości europejskich zakątków, do których dotarło instytucjonalne chrześcijaństwo. W wieku XIII postanowiono karać wszelkiej maści grzeszników, a już sam papież Grzegorz IX stwierdził, że "każdy grzesznik jest buntownikiem przeciw Bogu i jego prawu, a zatem wszystkich skazać należałoby na śmierć, zaczynając od królów i prawodawców". Nie przeszkodziło mu tu wszakże kanonizować dobrotliwego św. Franciszka z Asyżu - o ironio - człowieka, który propagował z goła inną filozofię życiową. Pewien cesarz, Fryderyk II, wydał kilka ustaw przeciw heretykom; w jednej z nich nakazywał, ażeby wyrywać języki tym z heretyków, których nie skazano na śmierć; zawsze zaś występował jako imperator, który z woli Boga i na mocy urzędu swego jest obrońcą Kościoła i stróżem, mającym na pieczy, ażeby do owczarni nie zakradła się parszywa owieczka. Oczywiście na dobre zabawa w kotka i myszkę (czyt. w biskupów i heretyków) zaczęła się w wieku XV. Zaiste wtedy pomysłowość nie miała granic - bluźniercze słowa i czyny, ba! podejrzenia nawet, skutkowały niezwłoczną i przeokrutną torturą, gdy zachodziło podejrzenie o czary i magię szatańską (w przypadku kobiet). Wstępem do tortur było wypróbowanie ciała podsądnej za pomocą bardzo bolesnych ukłuć w celu przekonania się, czy nie było miejsc, które diabeł znieczulił. No dobrze, a co to ma wspólnego z filmem taki przydługawy wstęp? Otóż mowa będzie o bluźniercach, heretykach, innowiercach - słowem filmach, w których diabeł macki swe zaszczepił i których autorzy nadawaliby się (zdaniem niektórych) na spalenie na stosie lub co najmniej kilkudniowe tortury, jako, że obrazili boski majestat. Wiek XX i próg XXI-go pozbawiony był oczywiście tortur prowadzonych z nakazu instytucji kościelnych, acz wolny od demagogicznych i irracjonalnych krytyk odważnych dzieł filmowych nie był nigdy. ZNIENAWIDZONY I UWIELBIANY POSTODERNIZM
Do połowy XX wieku nie wypadało kpić, drwić bądź krytykować Kościoła, tym bardziej religii. Społeczeństwo nie wyrosło jeszcze z tradycji, konserwatywnych poglądów - niejako dojrzewało dopiero pod naporem literatury i sztuki pachnącej mocą szatańską. Oczywiście nie wolno zapomnieć o Fryderyku Nietzsche i jego słowach "Bóg umarł! Bóg pozostaje martwy! I myśmy go zabili", choć te służą bardziej do krytyki czasów ówczesnych niźli tylko religii (choć to też, gdyż ten filozof niemiecki był jednym z głównych krytyków Kościoła katolickiego). Nie można było jeszcze jednak mówić o popularności haseł tego typu, nie można mówić jeszcze o powszechności idei bluźnierczych. Lata 40. i 50. to narodziny idei, prądu myślowego, który zapoczątkowuje "czasy heretyckie" (na skalę masową wręcz) nie tylko w kinie, ale i w życiu kulturalnym społeczności zachodniej. J. Derrida, M. Foucalt, J.F. Lyotard, R. Rorty tworzą swoisty manifest postmodernizmu jako idei burzącej dotychczasowy porządek kulturowy. Filozofowie postmodernizmu negowali tradycję, odrzucali przeszłość i stwierdzili, że nie będą budowali niczego konstruktywnego gdyż nie ma to sensu. Odrzucili też wiedzę i wiarę. Nie ma w ich filozofii miejsca na Absolut, czyli Boga, który zasady ustala. Już Heidegger stwierdził: "Przede mną nicość, pustka we mnie". Nietzsche mu wtórował z hasłem "Jednostka tkwi w chaosie". Pluralizm to kluczowa zasada myślenia, postępowania, języka, form działalności. Świat to wielość kultur, nieskończona ilość ideologii, mnogość form życia. Pluralizm odrzuca jakiekolwiek hierarchie, struktury. Nie wartościuje, co dobre, a co złe. Pojęcia takie jak dobro, zło, Ja, istota, prawda - nie są uchwytne! Postmoderniści negują wiedzę pewną, co jednocześnie łączy się z odrzuceniem prawdy. Przecież poznanie czegokolwiek jest kulturowe, kontekstowe, historyczne. Jest to wynik subiektywnego porozumienia. Stworzona została więc zupełnie nowa jakość wyrosła z pewnego rodzaju buntu charakterystycznego dla okresów przemian społecznych (wojna, rozwój technologiczny itp.). Rzecz interesująca dotycząca religii wg postmodernistów - od czasów Oświecenia ma miejsce racjonalizacja, czyli zmiana porządku naturalnego na porządek techniczny, na rytm pracy. Następuje sekularyzacja, czyli oddzielenie religii od życia np. politycznego. Ukształtowało to nowoczesny światopogląd. Kultura przed-postmodernistyczna nie była w stanie odpowiedzieć na egzystencjalne pytania człowieka w wyniku czego w ponowoczesności odrodziły się postawy religijne, próby rekonstrukcji sacrum, wrócono do mitycznych źródeł kultury. W tym miejscu opanowuje mnie niesamowite zdziwienie, gdy słyszę, że postmodernizm ma za zadanie walczyć z religią i tradycyjnym porządkiem społecznym. Otóż nie! Chodzi jedynie o "przewartościowanie wartości" i spoglądanie na sprawy religijne z innego, bardziej krytycznego punktu widzenia. Popatrzmy na kilka przykładów filmów, którym przyklejono etykietkę "bluźniercze i heretyckie". Są to w głównej mierze filmy naznaczone duchem czasów - czasów postmoderny i wynikłego z niej relatywizmu, krytycyzmu i poszukiwania nowych form ekspresji artystycznej. JEZUS CHRYSTUS NA ŚMIETNISKU
Zacznijmy od kina polskiego, wszak posądzanie o herezję nie jest naszemu kinu obce. W 1960 roku Jerzy Kawalerowicz postanowił zmierzyć się z prozą Jarosława Iwaszkiewicza. Powstało wtedy jedno z najlepszych dzieł nie tylko tego reżysera, ale i powojennego polskiego kina w ogóle. "Matka Joanna od Aniołów", mimo, że ze wszech miar przepełniona chrześcijańskim mistycyzmem wzbudziła liczne kontrowersje. Historia ta, bowiem skupia się na miejscowych zakonnicach i ich przeorysze, Joannie. Wszystkie opętał diabeł. Z pomocą zgromadzeniu przybywa egzorcysta - ksiądz Suryn. Egzorcyzmy nie skutkują, odprawiana modlitwa zdaje się na nic. Sam kapłan poddaje się tajemniczemu, metafizycznemu nastrojowi klasztoru... Okazuje się, że rozwiązanie jest dość proste - kłopotem okazuje się miłość. Kłopotliwe uczucie, które wzbudza poczucie dysonansu - z jednej strony mamy miłość do Boga i przyrzeczona mu wierność, a z drugiej ludzkie potrzeby duchowe, psychologiczne. Konflikt "boskość-ludzkość" zafrapował i krytyków i Kościół, który nie mógł pogodzić się z formą filmu. Można by rzec, że mamy tu do czynienia z "melodramatem klasztornym", pełnym filozoficznych niuansów i bynajmniej bez prostych rozwiązań.
Jeśli film Kawalerowicza wzbudził umiarkowane pretensje, to dzieło Andrzeja Wajdy z 1971 musiało wzbudzić i wzbudziło oczywiście nie lada kontrowersje. "Piłat i inni" przeleżał na półce kilkanaście lat, nie wchodząc bodajże nigdy do kin na skalę masową. Intrygująca ekranizacja genialnej książki Michaiła Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata" spotkała się z ostrą krytyką władz kościelnych i... państwowych, które nie chciały żadnego społecznego buntu, choć zdaje się, że głównym powodem, dla którego filmu Wajdy do kin nie wpuszczono to fakt, iż była to produkcja RFN (czyli wróg zza miedzy wykorzystujący polskich aktorów). Cóż to więc bluźnierczego tam było? Jak może niektórzy pamiętają, powieść rosyjskiego pisarza jest dwuwymiarowa - w jednej obserwujemy losy Piłata i Jezusa, a w drugiej niecne poczynania Wolanda i Behemota. Film Wajdy skupia się na wątku pierwszym. Reżyser funduje współczesną historię procesu Jezusa włącznie z ukrzyżowaniem, które odbywa się na... śmietnisku (sic!), a sam Jezus ma na sobie niebieskie jeansy (sic!!). Padło pytanie jak daleko forma artystyczna może sięgać, czy dowolność interpretacyjna nie służy jedynie płytkiej, lecz szokującej analizie? Wydaje się jednak, że Wajda wybrnął z zadania znakomicie. Po pierwsze ekranizacja powieści Bułhakowa zyskała na znaczeniu poprzez ten swoisty formalny eksperyment, a po drugie reżyser dokonał świetnej analizy i interpretacji będącej zawoalowaną krytyką totalitaryzmu, myślowej pustki, braku godności, intymności i moralności. NARKOTYCZNA EWANGELIZACJA Wtórując hasłu rydzykowemu, że "wszelka zgnilizna pochodzi z Zachodu" przejdźmy teraz do analizy bluźnierstw w wydaniu kinematografii zachodnich, w szczególności amerykańskiej. Można powiedzieć, że filmowa herezja wyrosła na gruncie amerykańskim w 1973 roku wraz z pojawieniem się na ekranach kin "Jesus Christ Superstar" będącego ekranizacją scenicznego musicalu Andrew Lloyd Webera. Gigantyczny sukces filmu (nie mierzony jednakże w $) wiązał się z ideologią propagowaną przez ruchy kontrkulturowe będące wtedy u szczytu popularności.
Zaczęło się od starcia studentów paryskich z siłami porządkowymi (hasła "Zakazuje się zakazywać" i "Wyobraźnia dla władzy"), które zapoczątkowały kontestacyjną kulturę, którą związać można bezpośrednio z myślą popularyzowaną przez postmodernizm. Masowe protesty przeciwko stechnicyzowanemu społeczeństwu, wezwanie do większej sprawiedliwości i nawoływanie do demokracji połączone z powstawaniem sekt religijnych, nowych organizacji społecznych i kulturowych, subkultur, gdzie największą rolę odegrali hippisi. Nowa literatura (Pynchon, Salinger), sztuka (pop-art), teatr (happeningi), muzyka (rock, festiwal w Woodstock), styl życia (komuny, LSD). Na tym gruncie rodzi się legendarny musical opisujący kilkanaście dni z życia Jezusa, śpiewającego hippisa, wędrującego wespół z Apostołami. Nauczanie Jezusa to nieustanny śpiew, taniec, chwilami wręcz zbiorowe szaleństwo. Ukrzyżowanie w takt ostrych dźwięków gitary elektrycznej i ten niesamowity głos Teda Neeleya przebijający wręcz chmury i dążący wprost do samego Nieba! Narkotyczna ewangelizacja? Padały i takie głosy. Nie zmienia to jednak faktu, że film w reżyserii Normana Jewisona przepełniony jest duchem chrześcijańskim, miłością do Boga, a także wolnością i równością. Kościół grzmiał jednak, film był bojkotowany przez stowarzyszenia nie tylko katolickie (choć te zazwyczaj najbardziej są aktywne), ale i przez protestanckie. Jezus więc nie był hippisem, Jezus nie śpiewał piosenek rockowych, a Judaszem na pewno nie był Murzyn (głosy Południa?). Nie zmienia to jednak faktu, że "Jesus Christ Superstar" to do dzisiaj jeden z filmów kultowych (prawdziwie kultowych!) i porażających oryginalnością w formie, jak w i w przekazie (bo w pełni chrześcijański, mimo, że kontrkulturowy).Od zamachu bombowego na jedno z francuskich kin rozpoczyna się "kariera medialna" jednego z najbardziej bluźnierczych filmów, jakie powstały. "Ostatnie kuszenie Chrystusa" wchodzi do kin w aurze skandalu, wszechobecnych protestów, manifestacji, a nawet pogróżek skierowanych pod adresem twórców filmu! Obrońcy moralności, więc walczą dążąc nawet do takich skrajności jak groźba zabójstwa! Oczywiście nie chcę w tym miejscu generalizować, ale moje zdziwienie, myślę, jest na miejscu.
Martin Scorsese stworzył obraz na podstawie powieści Nikosa Kazantzakisa (tego od "Greka Zorby") pełen realizmu pozbawionego metafizyki charakterystycznej dla myśli chrześcijańskiej. Film może wydawać się obrazoburczy - Jezus przedstawiony jako cieśla robiący krzyże na zamówienie Rzymian; Jezus gniewny, chwilami nie panujący nad swymi emocjami; Jezus posiadający żonę (dziwkę Marię Magdalenę) i dzieci; w końcu Jezus, który jest Człowiekiem, a nie wyidealizowaną postacią biblijną, pełną przerysowań, wygładzeń i prostoty. Jezus boi się śmierci i bólu fizycznego, boi się poświęcenia - w końcu buntuje się, sprzeciwia się woli Boga, po czym wraca do Niego i umiera na krzyżu z uśmiechem na twarzy.
Taka historia burząca dotychczasowy ogląd na życie Chrystusa wzbudziła najpierw niesmak, potem kontrowersje, które trwają do dzisiaj. I to kompletnie nie słusznie! Książka i film zadają nietuzinkowe pytania o Jezusa - nie tylko Syna Bożego, ale i człowieka, który żył w konkretnym miejscu, konkretnym czasie, nigdy poza społeczeństwem! Autor mówi: "Dwojaka istota Chrystusa - tak ludzkie, tak nadludzkie pragnienie, dosięgnięcia Boga... zawsze było dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Moją największą udręką oraz źródłem wszystkich trosk i radości już od wczesnej młodości, była odwieczna, bezlitosna walka między duchem a ciałem. Moja dusza zaś, jest miejscem spotkania tych dwóch armii". Gdzie więc mamy tu herezję? Zwracając uwagę na ludzką stronę osobowości Chrystusa, czy burząc jedynie formalny, zewnętrzny wizerunek Chrystusa? Wydaje się, że protestujący nie zwrócili uwagi na problem, który film porusza, a jedynie zawczasu bojkotując utwór, którego ani nie widzieli (sic!), ani nie chcieli zobaczyć, tym bardziej zrozumieć! Czyżby film Scorsese był obrazem groźnym, burzącym dotychczasowe postawy, opinie i poglądy natchnione duchem chrześcijańskim wyniesionym z pism Nowego Testamentu? Jeśli ktoś film obejrzał i go zrozumiał może odpowiedzieć tylko w jeden sposób. CZY MESJASZ MOŻE MIEĆ UDANE ŻYCIE SEKSUALNE? "I dorzuć zawsze za darmo kilka zdjęć penisów, żeby wkurzyć cenzorów i wywołać choćby iskierkę kontrowersji." John Cleese
Przejdźmy teraz do lżejszych gatunkowo, acz tematycznie równie ciężkich filmów. Mógłbym powiedzieć dwa słowa: "Monty Python" i powinno być wszystko jasne! Humor absurdalny, operujący skrajną ironią i chwilami szyderstwem, jednakże nie pozbawiony sensu (w tym całym bezsensie). "Żywot Briana" to film niemalże wyklęty przez Kościół - jak zwykle absurdalny, ocierający się nie tyle o bluźnierstwo, co wykpiwający i szydzący z chrześcijaństwa. Grupa Monty Pythona to sztandarowy przykład brytyjskich ruchów kontrkulturowych ośmieszających europejską tradycję, historię, wartości, instytucje, a w końcu i religię. Pierwotny tytuł biblijnej farsy Pythonów nosił tytuł "Jezus Chrystus: Żądza chwały". Oczywiście nie przeszedł, bo nie mógł. Potem pojawiła się postać Briana, dzieło miało nosić nazwę "Ewangelii według Św. Briana". Pieniądze na realizację wyłożył George Harrison z zespołu The Beatles - tytuł zmieniono i film wszedł do masowej dystrybucji (bez licznych protestów oczywiście obejść się nie mogło). Czy, żeby zostać Mesjaszem wystarczy być porwanym przez kosmitów, a może przypadkowe zgubienie sandała będzie świadczyło o boskości? Czy Mesjasz może mieszkać z matką i mieć udane życie seksualne? Briana prześladuje pech już od chwili narodzin, kiedy to zostaje omyłkowo uznany za Mesjasza (a ten urodził się w stajence, tuż obok, bo Trzej Królowie pomylili stajenki...), aż do śmierci, czyli wesołego końca pechowego życia. Brian z towarzyszami wiszą sobie na krzyżach i śpiewają radosną piosenkę "Always look on the bright side of life". Znane z Nowego Testamentu kazanie na górze, ukamienowanie, cuda, cały mesjanizm jest przedstawiony w krzywym zwierciadle, choć - uwaga - to historia Briana, nie Jezusa! Taka przewrotna paralela. "Every sperm is sacred. Every sperm is good. Every sperm is needed In your neighbourhood." "Sens życia wg. Monty Pythona" to dzieło już wiekopomne, opus magnum rozmyślań filozoficzno-absurdalnych. Sens ludzkiej egzystencji z punktu widzenia ryby, czekającej na wyrok w akwarium ekskluzywnej restauracji. Tutaj Pythony drwią z lekcji wychowania seksualnego, zabijania, wojen, narodzin, śmierci, Nieba, Piekła i - nas najbardziej interesujące - z religii. I czyni to w sposób doskonały. Katolikom dostaje się porządnie. Drwina z kościelnych nakazów dotyczących antykoncepcji i pochwały wielodzietności ("Każda sperma jest święta") przedstawiona w konwencji hollywoodzkiego musicalu. Protestantom dostaje się za purytanizm i ukrywanie swej seksualności. Krytyka w wykonaniu Pytonów nie służy jedynie rozrywce; to celny i niejednokrotnie wartościowy komentarz do czasów nam współczesnych. Problemy i prowadzone dyskusje (na łonie politycznym, społecznym, religijnym) są przerysowane, ale prawdziwe. Absurdalne i zdawałoby się, idiotyczne, choć nie pozbawione gorzko-słodkiej refleksji podanej w sosie ironii i szyderstwa. BÓG TO WESOŁA PANIENKA W latach 90. XX wieku moralny relatywizm i dowolność w kreowaniu sztuki cenione są nie mniej niż w kontestacyjnych latach 60. i 70. Choć nieodparcie można mieć wrażenie, że herezja, kontrowersja traktowane są przedmiotowo, jako narzędzie tworzenia dzieł dla nich samych, dla rozgłosu, szoku, buntu i protestów. Specjalizują się w tym malarze, rzeźbiarze, performerzy. Dyskusje towarzyszące pokazom zwracają uwagę na pustkę dzieł, sztuka miast wzniecać liczne dyskusje nad istotą twórczości, poszukuje nowych form ekspresji nadając im powierzchowne jedynie znaczenie - znaczenie budowane tylko przez kontrowersję, a nie prowokujące do eksplikacji poruszonych problemów.
Filmy, które wzbudziły ostatnio kontrowersje idą niejako tym samym tropem. W 1996 roku pojawił się na ekranach kin "Ksiądz" w reżyserii Antonii Bird. Na zachodzie przyjęty umiarkowanie, w Polsce też nikt nie spodziewał się oszałamiającego sukcesu, co zrozumiałe, bo wybitny nie jest to film. Jednak za sprawą licznych protestów organizowanych przez kółka parafialno-różańcowe film zyskał rozgłos, na tyle duży, że do kin wybrało się ponad 100 tys. Polaków! Na nic zdały się pretensje Kościoła Katolickiego, który uważał film Bird za niemoralny i pokazujący nieprawdziwy obraz kapłanów. A cóż takiego tam było? Historia obyczajowa dotycząca moralnych rozterek księdza-homoseksualisty. I tylko tyle. Problemy wynikające z dysonansu: Kościół potępiający związki homoseksualne i bycie homoseksualistą. Natura ludzka kontra natura uświęcona. Czego więc protesty mogły dotyczyć tak naprawdę? Zamaskowaniu faktu, że wśród księży, jak i świeckich występuje zjawisko homoseksualizmu? Że niby to "diabelskie zjawisko" omija dalekim łukiem księży? W polskiej prasie przetoczyła się dyskusja o stosunku Kościoła do homoseksualizmu - stosunku, dodajmy, bardzo krytycznego, piętnującego "kochających inaczej". Ten ostracyzm wynika z przekonania o naturalnym przeznaczeniu dla siebie kobiety i mężczyzny jako istot, które, z racji swoich przeciwieństw, mogą (się) kochać, a co za tym idzie, mogą mieć dzieci. Geje i lesbijki nie mogą. Zapomina się jednak o tym, że homoseksualiści mogą kochać, tak po prostu. I "Ksiądz" o tym przypomina. To jest nie do przyjęcia dla hierarchów kościelnych. Stąd wynikają protesty i lamenty środowisk katolickich, które postanowiły zbojkotować omawiany obraz.
Nie mniejsze kontrowersje wzbudziła "Dogma" Kevina Smitha. Do polskich kin dotarła bodajże z rocznym opóźnieniem. Pierwotnie zamierzano film ten wprowadzić na ekrany niedługo po amerykańskiej premierze, jednakże protesty środowisk katolickich odniosły skutek i film mogliśmy obejrzeć po kilkunastu dopiero miesiącach.
Co więc takiego heretyckiego i bluźnierczego Kevin Smith powiedział, pokazał, sfilmował, że protestowano jeszcze przed (jak zwykle zresztą) obejrzeniem filmu? Otóż Smith mówi o kilku prostych prawdach: Bóg istnieje, kocha i przebacza. Być może przeraził protestujących obraz usypiających wiernych w czasie niedzielnej mszy? A może nowy wizerunek Jezusa wraz z hasłem "Catholicism? Wow!" który próbują rozreklamować biskupi? Może postać Boga jako wesołej panienki (w tej roli piosenkarka Alanis Morisette)? A może Aniołowie Zła, Bertleby i Loki, wędrujący wespół z 13 Apostołem (nie wymienionym w Biblii z powodów rasistowskich)? Traktując religię bardzo powierzchownie, zabobonnie być może "Dogma" wyda się bluźniercza. Ale czy taka jest w rzeczywistości? Czyżby desakralizacja idei Boga miała przebiegać poprzez artystyczne zabiegi formalne? Padały głosy, iż obraz Smitha jest niebezpieczny. Dla kogo, pytam? Jedynie chyba dla ludzi małej wiary i bez poczucia humoru, traktującej własną religię i wiarę dogmatycznie i bezrefleksyjnie. HIPOKRYZJA I HIPOKRYCI Brak spojrzenia krytycznego, brak refleksji, zepchnięcie dyskusji na drugi bądź trzeci plan charakteryzuje środowiska protestujące przeciwko wybranym filmom. Jest to doskonała pożywka dla wszelkich artystów, którzy swoją sztuką pragną zawojować świat, a najprościej przecież wywołać kontrowersje podburzając porządek społeczny, moralny i samo źródło - religię. Czy będzie można nazwać sztukę temu podobną bluźnierstwem bądź herezją? Decyzja jednak należy do widza, tym bardziej, że zbliżają się premiery dwóch bardzo, ale to bardzo kontrowersyjnych filmów. Pierwszy w reżyserii Costy-Gavrasa, "Amen", o podejrzanej bierności Watykanu wobec mordów dokonywanych przez hitlerowców na Żydach w czasie II wojny światowej. Głównym bohaterem obrazu jest oficer SS, zaopatrujący obozy koncentracyjne w zabójczy cyklon B i usiłujący ostrzec świat przed działaniami nazistów. Papież Pius XII, mimo, że o tragedii wie, ignoruje prośby o interwencję. Film jest ekranizacją głośnej sztuki "The Representative" Rolfa Hochutha. Najwięcej kontrowersji i powszechne oburzenie wzbudził plakat stworzony przez Oliviera Toscaniego znanego z bulwersujących kampanii reklamowych Benettona (np. ksiądz całujący się z zakonnicą). Drugi tytuł to "Corpus Christi". Obrazowi temu towarzyszą nie lada emocje gdyż są to dzieje Jezusa i Apostołów przedstawionych jako... homoseksualiści. Oburzenie tym faktem wywołane spowodowało lawinową liczbę głosów protestujących przeciwko takiemu stawianiu sprawy. ![]() Można zadać sobie pytanie, gdzie zaczyna się i kończy sztuka, a gdzie ma początek bluźnierstwo i herezja. Pytanie pozostawiam otwarte, niech każdy sam sobie na nie odpowie gdyż sztuki w kategoriach absolutnych odbierać nie można. Z inkwizycyjnym pozdrowieniem. AUTOR TEKSTU: Rafał Oświeciński - DESJUDI ![]() |