[Tekst zdradza ważne elementy fabuły]


Kiedy kilka tygodni temu przypadkowo wpadłem na zdjęcie Cerro Torre, patagońskiej iglicy skalnej o wysokości ponad trzech tysięcy metrów, od razu pomyślałem o ostatniej scenie pewnego filmu Herzoga. Kluczowa dla jego odbioru postać szaleńca, opętanego niemal platonicznie czystą miłością do Mae West i Złodziejki Palców (Cerro Torre) wypowiada w nim zdanie, które po prostu rzuca na kolana: „Cerro Torre to nie jest góra, to krzyk kamienia”… Patrząc na te tony skał przypominające już raczej sen Caligariego, aniżeli coś przynależnego „naszemu światu”, ciężko się z tym nie zgodzić. Cerro Torre hipnotyzuje i przeraża swoimi ekspresjonistycznymi kształtami nawet na pocztówkowych zdjątkach wyłowionych przez wyszukiwarkę, a co dopiero czuć musi człowiek, który wbrew wszelkiemu rozsądkowi rzuci jej wyzwanie, poczuje pod ręką zimny kamień? Przecież to nic innego, jak wszczęcie ze Śmiercią pojedynku na kosy.


Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Gunther Messner


To irracjonalne rzucenie rękawicy jest czymś niezwykłym samym w sobie. Gdy patrzę na fotografie ludzi, którzy się na to odważyli, mam wrażenie, że widzę w ich oczach jakąś formę mądrości złączonej z szaleństwem . Od tego spostrzeżenia już tylko moment dzieli nas od zdań równie przejmujących, co konstatacja herzogowskiego szaleńca:

Jerzy Kukuczkajako drugi człowiek na Ziemi zdobył Koronę Himalajów i Karakorum (wszystkie czternaście szczytów o wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów)… Miejsce spoczynku: lodowa szczelina na Lhotse, lina zawiodła.

Wanda Rutkiewiczpierwsza kobieta na szczycie K2, pierwsza Europejka na Mount Everest… Zaginęła na wysokości ośmiu tysięcy dwustu metrów przy atakowaniu szczytu Kanczendzongi w Himalajach. Powód śmierci zna tylko góra będąca zarazem jej cichym świadkiem.

Günther Messner – trzecie w historii zdobycie szczytu Nanga Parbat, pierwsze z długimi elementami trawersowania (szczególnie niebezpieczne przemieszczanie się w poziomie)… Zginął w drodze powrotnej zmieciony przez lawinę. Jego szczątki znaleziono trzydzieści pięć lat później.

Na szczytach nie stają herosi, a ludzie z krwi i kości. Wielu zostaje poza granicą wiecznego lodu już na zawsze. I tu powstaje pytanie: skoro tam na górze śmierć ostrzy swoją kosę, to dlaczego tak wielu próbuje znaleźć się w jej zasięgu? Dla rzeszy ludzi odpowiedziami będą: szaleństwo, egoizm, chęć zaistnienia, udowodnienie swojej wyższości. Inaczej jest w „Krzyku kamienia”, w którym Herzog, w duchu Goethego i Wagnera odpowiada, że prawdziwego alpinistę ku szczytowi prowadzi najczystszy i najbardziej szalony ze wszystkich rodzajów miłości. Cerro Torre prócz krzyku kamienia jest również Izoldą, Duch natomiast trucizną o smaku ambrozji.


Natura jako Izolda - Leni Riefenstahl w "Świętej górze" Arnolda Fancka (1926)

Wysokość Cerro Torre zdaje się nie być zbyt imponująca: niewiele ponad 3100 metrów . Gdzież jej tam do azjatyckich olbrzymów pnących się w górę na ponad osiem tysięcy? Przy takim K2 to przecież ledwie pagórek. Cóż - pozory. Dlaczego? Śpieszę z wyjaśnieniami: dla alpinistów Cerro Torre jest górą mityczną, wiecznie trwającą legendą. Kiedy na Evereście wyrastają kilkugwiazdkowe hotele, Cerro Torre wciąż kusi i karci wielu śmiałków. Wśród niemal pionowych ścian szaleje patagoński wiatr częstokroć przekraczający prędkość 200 km/h, wiatr potrafiący zmieniać kierunek co kilka minut. Wraz z nim śnieg, grad i lód, spadające odłamki skalne, w końcu - lawiny . Skrajnie ekstremalne warunki pogodowe i konieczność perfekcyjnej technicznie wspinaczki czynią Cerro Torre jednym z najtrudniejszych szczytów na Ziemi – na jego wierzchołku stają tylko najlepsi.

Przez długie lata Cerro Torre była uważana za górę niemożliwą do zdobycia. Sytuacja zmieniła się dopiero w roku 1959, kiedy to Cesare Maestri, Toni Egger i Cesarino Fava po raz pierwszy rzucili jej wyzwanie . Ostatni z nich w trakcie wyprawy zrezygnował z dalszej wspinaczki; Egger i Maestri mieli pójść dalej. Z góry zszedł już jednak jedynie Maestri, który ogłosił zdobycie szczytu i śmierć Eggera w drodze powrotnej. Jego ciało – wraz z aparatem, w którym znajdowała się klisza z fotografiami szczytu – porwała lawina. Szczątki Toniego odnaleziono dopiero po wielu latach. Szczątków aparatu, czy jakichkolwiek śladów Maestriego i Eggera w drodze na szczyt, nie odnaleziono nigdy.

Początkowo nikt nie kwestionował pokonania patagońskiej iglicy. Maestri stał się bohaterem środowiska alpinistycznego i punktem zapalnym do powstania legendy Cerro Torre. Z czasem u stóp masywu zaczęły pojawiać się jednak kolejne ekipy próbujące szturmu na szczyt drogą Maestriego i – mimo tego, że wiele z nich składało się ze światowej klasy zawodników – żadnej z nich nie udało się nawet zbliżyć do wierzchołka. Zaczęło pojawiać się coraz więcej głosów krytycznych odnośnie dokonań Włocha. Zirytowany oskarżeniami Maestri postanowił udowodnić opinii publicznej, że może wspiąć się na Cerro raz jeszcze. Był rok 1970, wszystkie ośmiotysięczniki zdobyto już lata temu.

Maestri wraz z pięcioma innymi alpinistami wyruszył do Patagonii z niecodziennym zaopatrzeniem. Prócz standardowego sprzętu alpinistycznego grupa zabrała ze sobą napędzany gazem kompresor zdolny do wywiercania dziur w skałach. Włoch wybrał nową trasę, jakby zupełnie zapominając o tej z roku 1959, i dotarł „niemal” na szczyt. Ostatnie kilkaset metrów (najtrudniejszy fragment wspinaczki – goła, skalna, pionowa i zupełnie nieosłoniona od wiatru ściana na wysokości ponad trzech tysięcy metrów) dotkliwie porył kompresorem umieszczając w ścianie tzw. „spity”, czyli metalowe śruby pozwalające na przewleczenie liny i stałą asekurację. Odmówił również wejścia na spiętrzony na wierzchołku Cerro Torre lodowy grzyb, ponieważ stwierdził, że nie jest on częścią góry. Alpiniści jednogłośnie potępili użycie kompresora uznając je za nieetyczne i niezgodne z zasadami alpinizmu. Co więcej, stwierdzono, że skoro lodowa formacja na szczycie liczy sobie grubo ponad kilkadziesiąt metrów będąc jednocześnie stałym elementem góry, to właśnie jej wierzchołek stanowić musi i szczyt samego Cerro Torre. Próba Maestriego ponownie nie została uznana.


Zdjęcie kompresora pozostawionego w skale przez Maestriego, Daniele Chiappa na szczycie Cerro Torre


Ostatecznie, w roku 1974, Daniele Chiappa, Mario Conti, Casimiro Ferrari i Pino Negri po dwóch miesiącach walki z górą stanęli na szczycie lodowej narośli i prawdopodobnie jako pierwsi pokonali Cerro Torre. Mimo niezliczonej ilości prób najlepszych alpinistów na świecie drogę Maestriego z roku 1959 udało się przejść dopiero 46 lat później, w 2005. Ekipa nie odnalazła na niej żadnych śladów obecności człowieka i uznała za niewyobrażalnie trudną nawet jak na dzisiejsze warunki (o niebo lepszy sprzęt, lepsze przygotowanie techniczne).

Legenda Cerro Torre opętała jednego z największych alpinistów XX wieku, Reinholda Messnera, czyli pierwszego człowieka, który stanął na szczytach wszystkich ośmiotysięczników. W trakcie swoich wojen z azjatyckimi kolosami Messner stracił brata (lawina na Nanga Parbat) i kilka palców (odmrożenia spowodowane odwodnieniem organizmu), co jest dla alpinisty właściwie wyrokiem śmierci. Messner wiedział, że wygrał z Himalajami, ale wiedział też, że z takimi kontuzjami nie wygra już z Cerro Torre, którą – jak się później okazało – uznał najwspanialszą i najcięższą do zdobycia górę świata. Wtedy na drodze Messnera stanął Werner Herzog.


W roku 1984 Werner Herzog wraz z ekipą filmową towarzyszyli Messnerowi i Kammerlanderowi przy historycznym ataku na Gaszerbrum I oraz Gaszerbrum II, przy czym oba ośmiotysięczne wierzchołki zostały zdobyte przy jednym podejściu. Dokument The Dark Glow of The Mountain (Gaszerbrum - lśniąca góra) to dzieło w stylu starego, dobrego Herzoga. Zachwyt naturą miesza się w nim z szacunkiem i przerażeniem, śmiech z płaczem. Herzog nie filmuje w Karakorum, aby pokazać światu dzielnych alpinistów, ale pyta o to, co czyni z człowieka alpinistę.


Na szczytach nie stają herosi - Messner o bracie zmarłym na Nanga Parbat (Dark Glow of the Mountains)


Znajomość rozpoczęta wśród wierzchołków świata owocuje po latach. Messner, nieszczęśliwie zakochany w Cerro Torre, nieustannie kwestionujący podejście Maestriego z 1959 i krytykujący stworzenie sztucznej drogi kompresora zaczyna snuć w swojej głowie historię o Patagonii. Ze swoim pomysłem zwraca się do Herzoga i jego wielokrotnego kierownika produkcji, Waltera Saxera. Reżyser odnajduje w historii to, coś, co od zawsze napędzało jego największe filmy – konflikt człowieka z naturą stojący na równi z jego konfliktem ze samym sobą. Saxer przygotowuje scenariusz, który w ogólnym zarysie podoba się Herzogowi. Jego głównym zastrzeżeniem są dialogi i sposób konstrukcji niektórych postaci. Licząc na to, że zmiany nie będą dużym problemem Niemiec zgadza się na stołek reżysera na planie „Krzyku kamienia”. Po czasie okazuje się, że zarówno Saxer, jak i Messner niechętnie odnoszą się do skryptowych rewolucji Herzoga, który ostatecznie znacznie zmienia jedynie jedną postać filmu. W trakcie oglądania gotowego materiału nietrudno zauważyć, że Herzog tchnął życie w figurę patagońskiego szaleńca.

Mówiąc szczerze, chyba mógłbym podjąć się dokładnego wskazania momentów, w które ingerował Herzog. Nie jest to sprawa analizy, a – jak wszystko u Herzoga – sprawa wiary . To właśnie postać szaleńca i ostatnie fragmenty filmu wraz z zakończeniem (ingerencja Herzoga) tworzą z „Krzyku Kamienia” dzieło wybitne. To właśnie wokół tych elementów romantyczny duch (der Geist) wprost roznosi ekran, szaleje, chce porwać i złożyć widza w ofierze u stóp Cerro Torre . Wydaje mi się, że Herzog mimo tego, że po latach nie jest zadowolony z „Krzyku kamienia” (głównie ze względu na zachowanie Saxera oraz Messnera i płynący z niego brak całkowitej wolności twórczej) uratował legendę Cerro Torre. Niemal przypłacając to życiem.

A śmierć bez żadnej przesady kończyła już ostrzenie swej kosy. W trakcie przygotowań do zdjęć na szczycie Cerro Torre ekipa filmowa przebywała w obozie u stóp masywu górskiego. Mijały kolejne dni, w trakcie których pogoda nie pozwalała na lądowanie śmigłowcem w okolicach szczytu lub na samym wierzchołku. Po dziesięciu dobach oczekiwań wiatr ucichł, a Herzog wraz z operatorem (alpinista) i Stefanem Głowaczem (odtwórca jednej z głównych ról, mistrz alpinizmu) zostali pozostawieni przez śmigłowiec na grzbiecie znajdującym się nieopodal samego Cerro. Po dosłownie kilkudziesięciu sekundach Herzog zauważył chmury, które pojawiły się znikąd i – jak sam wspomina – zaczęły eksplodować dookoła szczytu niczym małe bomby atomowe. Prędkość wiatru przekroczyła 200 km/h, temperatura spadła o przeszło 20 stopni, śnieg nie przestawał padać. Nie było mowy o lądowaniu helikoptera. Po kilkunastu godzinach zdecydowano się na wysłanie grup ratunkowych złożonych z zatrudnionych w ekipie alpinistów. Mieliby sforsować szczyt i pomóc przetrwać trójce uwięzionej bez zapasów i sprzętu. W trakcie drogi na wierzchołek jeden z alpinistów (przewodnik grupy) doznał poważnego ataku paniki. Odrzucił gogle i zaczął zachowywać się tak, jakby siedział w kawiarni i czekał na nadejście kelnera (halucynacje są częstym powodem śmierci wspinaczy). Ekipa musiała powrócić do obozu. Ostatecznie po niemal pięćdziesięciu godzinach helikopter zdołał dotrzeć do Herzoga i jego towarzyszy. Reżyser wspomina, że trzymał się metalowych brzegów kosza przymocowanego do śmigłowca tak mocno, że ręka przymarzła mu do jego krawędzi. Cerro Torre o mały włos nie stało się grobem Herzoga .


Główny nurt opowieści, choć o wiele ciekawsze okazują się być jej meandry, konstruowany jest w oparciu o spór powstały pomiędzy światowej klasy alpinistą, zdobywcą wszystkich ośmiotysięczników, dojrzałym Innerkoflerem, oraz młodym, piekielnie ambitnym i niemniej zarozumiałym Martinem, który nie wpisuje do swojego CV kolejnych wielkich szczytów, a coraz trudniejsze technicznie sztuczne ścianki wspinaczkowe. Roccia, mimo uznania dla akrobatycznych możliwości młodego kolegi, nie ukrywa przed opinią publiczną pogardliwego stosunku do wspinaczki w sztucznych warunkach. Do starcia pomiędzy dwiema szkołami alpinizmu dochodzi podczas zawodów wspinaczkowych, w trakcie których Innerkofler pełni rolę gościa honorowego. Właśnie wtedy, od słowa do słowa, dochodzi do spięcia (wydaje się, że nie bez przypadku sprowokowanego przez dziennikarza) i rzucenia wyzwania. Roccia, już wcześniej pokonany przez Cerro Torre, wyzywa Seldmaiera na pojedynek na granitowej ścianie w Patagonii. Młodzieniec, z charakterystyczną nutą lekceważenia i samouwielbienia, przyjmuje wyzwanie i stwierdza, że Cerro Torre to tylko nieco wyższa ścianka, że mistrz jego pokroju nie może zostać przecież pokonany.

Kierownikiem wyprawy do Parku Narodowego Los Glaciares zostaje Innerkofler. Całą sprawą żywo interesują się również media, choć na prawdziwe medialne szaleństwo nadejdzie jeszcze czas. Początkowo tony drogiego sprzętu zostają zastąpione przez człowieka. Akcja ma przebiec w sposób klasyczny, chciałoby się rzec: „elegancki”. Z ekipą wyrusza bowiem jedynie jeden dziennikarz (Ivan vel Donald Sutherland), będący jednocześnie wieloletnim przyjacielem Roccii. Ma on za zadanie obserwować zmagania alpinistów z bliska, uczestniczyć w etapach poprzedzających zdobywanie góry i rzetelnie opisać samą rywalizację . Nie trudno domyślić się, że najważniejsze dla mediów będzie jednoznaczne ustalenie pierwszego zdobywcy Cerro Torre. Kto wygra? Zahartowany przez zmagania z naturą alpinista, czy perfekcyjny technicznie sportowiec, który do tej pory nigdy nie słyszał przeraźliwego „krzyku kamienia”? Z perspektywy medialnego show pytanie niezwykle atrakcyjne. Prócz Innerkoflera, Seldmaiera i Ivana w obozie przebywają jeszcze dwie osoby. Alpinista, który ma uczestniczyć w ataku na górę wraz z głównymi bohaterami (w tej roli Kammerlander, czyli towarzysz Messnera w zdobywaniu Gaszerbrumów) oraz Katharina, przyjaciółka Innerkoflera…

Kolejne tygodnie mijają, morale w obozie sięgają dna, a Innerkofler wciąż zabrania rozpoczęcia ataku na Cerro. Zirytowani zachowaniem weterana młodsi wspinacze decydują się na atak za jego plecami, wykorzystując do tego moment, w którym wyruszył wraz z Ivanem po uzupełnienie mocno uszczuplonych zapasów. Po powrocie z miasteczka rozwścieczony Innerkofler niemal natychmiast wyrusza w kierunku góry. U jej stóp znajduje ledwo żywego Martina, drugi ze wspinaczy nie żyje. Po odzyskaniu przytomności Seldmaier powiadamia wszystkich o tym, że stanął na szczycie Cerro Torre wespół z przyjacielem, który zginął zabrany przez lawinę w trakcie schodzenia. Śnieg skradł również wszelkie namacalne dowody na pokonanie góry.

Innerkofler wpada w szał. Stan ten nie przejawia się jednak u niego wybuchami agresji, a wręcz przeciwnie – zamknięciem w sobie, ucieczką od medialnego szumu związanego ze stwierdzeniem Martina, który zaczyna przeżywać wewnętrzną przemianę. Jego oczy dość jednoznacznie komunikują widzowi, że nigdy nie widziały szczytu Cerro Torre. Widać w nich za to coś zupełnie innego – strach wymieszany ze świadomością błędu, jaki popełnił. Kłamstwa na taką skalę nie da się już cofnąć. Po coraz mocniejszych atakach ze strony środowisk alpinistycznych Martin pod wpływem gwałtownego impulsu oznajmia, że stanie na szczycie patagońskiej góry raz jeszcze. W tym samym momencie strach w jego oczach zmienia się w przerażenie.

Innerkofler, zupełnie nieświadomy całej sytuacji, mieszka w chacie znajdującej się nieopodal granitowego masywu. Seldmaier odebrał mu laur pierwszeństwa oraz Katharinę, która przestała tolerować ekscentryczne zachowania doświadczonego alpinisty. Wkrótce u stóp Cerro zjawiają się ekipy telewizyjne dowodzone przez hollywoodzkiego producenta, który z kolejnego podejścia Martina uczynić ma nadający się na kinowe afisze dreszczowiec. Zorientowawszy się w sytuacji, do śmiertelnie niebezpiecznej gry wkracza również Innerkofler. Rozpoczyna się ostateczny bój o Cerro Torre…


Po krótkim streszczeniu i nieco dłuższym wprowadzeniu historycznym nietrudno zauważyć, że fabuła „Krzyku kamienia” jest w zasadzie niczym innym, jak wariacją na temat legendarnego „wejścia” z roku 1959. Martin jest oczywiście odpowiednikiem Maestriego, a zmarły w trakcie zejścia alpinista ma na celu przywołanie postaci Toniego Eggera. Relacja wygląda identycznie – dwóch alpinistów rzekomo zdobywa szczyt Cerro Torre, jedynie jeden z nich ma aparat fotograficzny, lawina zabiera w trakcie zejścia właśnie wspinacza z aparatem, a jego szczątki nie zostają odnalezione, koniec końców – wspinacz, który przeżył zostaje znaleziony ledwie żywy, przymarznięty do granitowej ściany u stóp góry. Po całym zajściu moment zachwytu nad zdolnościami sportowca, a następnie medialna nagonka i powrót do Patagonii w celu udowodnienia swych racji. Szkielet scenariusza, można zatem rzec, napisany został przez życie.

Postacią, która do historii zostaje wtłoczona zupełnie sztucznie jest sam wielki mistrz – Roccia Innerkofler. Zastanawiającym wydaje się być fakt, że w trakcie zdobywania Torre ma on już za sobą wszystkie ośmiotysięczniki. Równie interesujące wydają się być również: jego wiek (około pięćdziesiątego roku życia), purystyczny stosunek do alpinizmu, zajadłe negowanie dokonania Martina, ambiwalentny stosunek do wspinaczki po sztucznych powierzchniach jako celu samego w sobie oraz fascynacja patagońskim wierzchołkiem. Jakby na Innerkoflera nie spojrzeć, to refleksja i tak zawsze będzie ta sama – ten człowiek to Reinhold Messner.

Przyjmując taką perspektywę, i wciąż pamiętając o czynnym udziale Messnera przy pracy nad scenariuszem, szybko zauważymy, że filmowi Herzoga niewiele zabrakło do stania się niezbyt mocno zamaskowanym paszkwilem na historię Cesare Maestriego. Całość wzbogacałby wprawdzie do dziś aktualny wątek ideologicznej walki pomiędzy wspinaczką górską, a jej sztucznym odpowiednikiem, niemniej ponad to nie pozostałoby w warstwie opowieści niemal zupełnie nic.

Innerkofler i Seldmaier aż do sceny finałowej (celowo jedynie napomkniętej w streszczeniu ) stanowią skrajne przeciwieństwa. Pierwszy z nich gra rolę górskiego geniusza – nieco ekscentrycznego, ale wciąż bezapelacyjnego herosa, który potrafi uszanować i zrozumieć potęgę natury. Drugi to młody pyszałek przekonany o własnej wielkości. Typ nieprzyjemny na tyle, by po pobraniu od losu karcącej lekcji nie wyciągnąć z niej żadnych wniosków. O ile z Innerkoflerem ciężko się w trakcie filmu „zaprzyjaźnić”, to poczucie respektu wobec jego osoby pojawia się niemal automatycznie. Martin natomiast z minuty na minutę denerwuje coraz bardziej… Właściwie jedynie jego pełne strachu oczy ratują postać przez piętnem bohatera skrojonego jedynie po to, aby w trakcie filmu rzucać w niego popcornem.

Innerkofler-Messner jest zatem tym prawdziwym alpinistą, który ma za zadanie przytrzeć nosa kłamliwemu Seldmaierowi-Maestriemu i stanąć na czubku Cerro Torre, jako pierwszy człowiek na Ziemi. No i faktycznie – w trakcie ponownej próby wejścia (scena finałowa ) młody wspinacz wyczynowy niefortunnie uderza czekanem w zwały śniegu zgromadzone przy samym szczycie lodowej czapy wiecznie okrywającej granit patagońskiej legendy, by chwilę potem zawisnąć ponad trzy kilometry nad ziemią na linie bezpieczeństwa przymocowanej kilka metrów od szczytu. Cerro Torre bezlitośnie karze uzurpatora pozwalając mu na niemal fizyczne doświadczenia wierzchołka (mentalnie na pewno stał już na górze podziwiając krajobraz parku los Glaciares), które gwałtownie przerywa lawiną. A co się dzieje z Innerkoflerem-Messnerem? Odpowiedź wydaje się być oczywista – zdobywa szczyt. Maestri upokorzony, Messner górą – w świecie fikcji osiąga to, czego tak bardzo pragnąłby w rzeczywistości! Ale czy na pewno?


Słowa te, jak sygnalizowałem na samym początku tekstu, padają z ust miejscowego szaleńca bezgranicznie zakochanego w Mae West, wielkiej aktorce przełomu kina niemego i dźwiękowego. Jak wielkie musiało być zaskoczenie Innerkoflera, kiedy na wietrznym, dziewiczym szczycie Cerro Torre ujrzał prymitywny czekan i zdjęcie dawnej gwiazdy Paramountu?

Wielki finał „Krzyku kamienia” to duże zbliżenie na zszokowaną twarz Innerkoflera, takie same kadrowanie starannie przymocowanej do czekana fotografii Mae West i coraz dalszy odjazd kamery, aż do planu ogólnego, na którym widzimy skołowaną postać zdobywcy szczytu, wiszące na linie ciało Martina i widok z jednego z najbardziej niedostępnych dla człowieka miejsc świata. W tle prawdopodobnie najbardziej poruszające minuty w historii muzyki – zakończenie Wagnerowskiego „Tristana i Izoldy”…

Ostatnia scena wraz z wielkim finałem to właśnie taki Herzog, w którym się zakochałem. Herzog z czasów „Stroszka”, „Fitzcarraldo”, „Aguirre”, czy „Nosferatu”. Na te kilka minut niemal mityczny, zupełnie w dzisiejszych czasach wypaczony niemiecki Romantyzm odnajduje medium, przez które może przemówić. To właśnie taka mieszanka przerażenia i miłości, pasji i przekleństwa towarzyszyła kiedyś Schillerowi, Goethemu, Wagnerowi. Odnaleziony w tamtych czasach duch (der Geist) mimo pozornej śmierci pojawiał się na przestrzeni kolejnych lat wiele razy. Tchnął życie w myśl Freuda (powodując kolejny wielki przełom), stanowił kamień węgielny dla fundamentów Metropolis, czy drapieżnie pokrzywionego gabinetu Doktora Caligariego, towarzyszył najpiękniejszym momentom filmów Bunuela i Herzoga. Ot, kilka przykładów…


Innerkofler i Mae West na szczycie Cerro Torre


Tym razem pomógł również uczynić z „Krzyku kamienia” film o czymś więcej, aniżeli o wielkim przedstawicielu starej gwardii alpinistów, który miażdży legendę Maestriego i zapędy młodych wyczynowców jednym uderzeniem czekana. Przede wszystkim, finałowa scena filmu diametralnie zmienia sposób odbioru postaci Innerkoflera, który z piedestałów – skrzętnie wznoszonych przez cały film – spada właściwie do poziomu pyszałkowatego żółtodzioba, jakim jawi się widzowi Martin. Cała „czysta relacja” Innerkoflera z patagońską naturą (kultywowana poprzez quasi pustelniczą egzystencję w pobliżu Cerro Torre) okazuje się być jedynie medialnym chwytem mającym na celu jeszcze silniejsze zaznaczenie kontrastu Martin-Roccia. W czasie, kiedy młodzieniec udziela wywiadów i przyjmuje na swe barki coraz poważniejsze zarzuty, legenda Innerkoflera rośnie – „on przecież nie uciekł od Patagonii, on ją oswaja”. Na nic zdaje się tu heroiczny atak na górę w tym samym momencie, w którym pierwsze kroki ku szczytowi stawia również Seldmaier. W kontekście wielkiego finału i reakcji Innerkoflera zdajemy sobie sprawę z faktu, że w relacji „mistrza” z górą na próżno szukać ducha prawdziwego alpinizmu. Łączą Innerkoflera z Cerro Torre te same uczucia, które łączyły z nią Martina – chęć pokazania swej wielkości, pogoń za sławą, niezdrowa rywalizacja.

Paradoksalnie mit prawdziwego alpinisty jest w stanie udźwignąć jedynie „Człowiek bez palców”, czyli Herzogowski szaleniec, który pokonał naturę w imię miłości do kobiety. Nie wydaje mi się jednak, aby była to klasycznie rozumiana miłość do wybranki, łącząca w sobie fascynację duszą i ciałem. Chodzi tu chyba raczej o niewyczerpane uczucie do samej idei miłości, której Mae West staje się personifikacją. Pewien pan z brodą powiedział kiedyś, że idee są piękne, lecz i przeraźliwie zimne, ale wtedy jeszcze nikt nie słyszał o Mae West. Szalona, lecz piękna miłość poprowadziła „Człowieka bez palców” na szczyt patagońskiej iglicy, która jest dla niego zresztą niczym innym, jak kolejną życiową partnerką – „Złodziejką palców”.

I tu kusi najpłycej rozumiany freudyzm: zdobywanie góry jako symbol zdobywania kobiety. „Złodziejka palców” jako sublimacja popędu do Mae West . Tyle że taka interpretacja byłaby dokładnie tym samym błędem, który popełnia Innerkofler, wikłając się w kogucią walkę z imponującym młodzieńcem . Szaleniec nigdy nie „zdobywał” Cerro Torre, tak samo jak nigdy nie chciałby „zdobyć” Mae West. Jego relacja z górą nie przebiega wzdłuż prostej linii podboju , a bezpośrednio łączy się z sygnalizowaną przez nuty Wagnera sytuacją, w jakiej znajdowali się Tristan i Izolda . Najsłodsza trucizna z hipnotyczną siłą przyciąga go do granitowych ścian „Złodziejki palców”. W trakcie wspinania miłość łączy się z groźbą śmierci, często samą śmiercią i nienawiścią (nieprzypadkowo muzyczny fragment akompaniujący zakończeniu nosi nazwę „Liebestod”, gdzie „Liebe” znaczy „miłość”, a „Tod” - „śmierć”) . Każdy prawdziwy alpinista musi mieć w sercu szaleńca. Najlepiej podsumowują to krótkie słowa Wandy Rutkiewicz wypowiedziane u podnóża Kanczendzongi, jej ostatniej góry:

Dla mnie umrzeć tam na górze nie byłoby niczym niezwykłym. To byłoby całkiem proste. Ostatecznie większość moich przyjaciół czeka na mnie tam, wysoko.

A dlaczego góra odwzajemnia uczucie i pozwala podziwiać świat ze swego szczytu? Pewnie dlatego, że dzięki uwielbieniu człowieka staje się Górą, Everestem, Cerro Torre, Legendą… Bez niego byłaby jedynie większym kawałkiem kamienia, nie mogłaby krzyczeć…

Postać szaleńca jest również rehabilitacją legendy Cerro Torre, jej filmowym urzeczywistnieniem, które w rzeczywistości prawdopodobnie nigdy nie będzie miało miejsca. Właśnie w tym aspekcie przejawia się wątek poruszony w „Krzyku kamienia” niezwykle delikatnie, jakby mimochodem. Chodzi tu oczywiście o hołd złożony samemu kinu. Trudno nie zauważyć niezwykłej roli, jaką przypisano Mae West… Dużo łatwiej pominąć już fakt, że „Człowiek bez palców” to przecież Maestri pokazany z zupełnie innej strony niż w przypadku dużo silniej eksponowanego porównania do Martina. Jeszcze ciężej zauważyć, że Szaleniec w trakcie walki z górą stracił palce zupełnie, jak Messner w starciu z ośmiotysięcznikami. A już zupełnie umyka fakt, że „Liebestod” Wagnera towarzyszyło najbardziej przejmującym momentom filmów Luisa Bunuela. Film czyni zatem możliwym uścisk ręki Maestriego i Messnera, czyni zadość racjonalnym przesłankom i pięknej legendzie, umożliwia Herzogowi uczynienie ukłonu w stronę Bunuela. Dzięki filmowi wiele historii może trwać dalej bez walki, a wręcz przeciwnie – w idealnej symbiozie. I właśnie w tym tkwi magia kina.


Pies andaluzysjki, Złoty wiek, Wzgórza wichrów - przykłady "Liebestod" u Bunuela

 
Autor tekstu: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 2 luty 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF