OKOLICZNOŚCI POWSTANIA
Mimo bezsprzecznie dwóch wielkich nazwisk, o których słyszy się w kontekście
filmu "Synu, synu, cóżeś ty uczynił" tekst zacznę od zupełnie innego -
przyćmionego blaskiem Herzoga i Lyncha. Herbert Golder jest współscenarzystą
filmu reżyserowanego przez niemieckiego mistrza i specjalistą od kultury
antycznej zarazem. To właśnie on, w roku 1990, uczestniczył w konferencji, w
trakcie której dowiedział się o istnieniu Marka Yavorsky'ego - mężczyzny, który
pod wpływem mitycznej opowieści o Orestesie postanowił zabić swą matkę antycznym
ostrzem. Skopiował on tym samym akt uczyniony przez głównego bohatera historii
sprzed tysięcy lat, czy - jak kto woli - odegrał w rzeczywistości rolę, którą na
niedługo przed makabrycznym wydarzeniem zwykł odgrywać na deskach teatru. Jakby
na to nie spojrzeć, matka została znaleziona w kałuży krwi, przebita ostrzem
własnego dziecka. Podobno nie krzyczała, powiedziała jedynie - "Synu, zabijasz
własną matkę", by chwilę potem zamknąć oczy na zawsze.
Golder, może nieco zmęczony popkulturową dominacją postaci Edypa, postanowił
odnaleźć szalonego Orestesa, a że rok' "Dzikości serca" przypadał jeszcze na
czasy przed erą portali społecznościowych, komunikatorów, poczty elektronicznej
i innych gadżetów uniemożliwiających ukrycie się w domowym zaciszu, wynajął do
pomocy detektywa. Matkobójca się odnalazł - na mocy dziwnych postanowień
dotyczących jego stanu umysłu udało mu się uniknąć surowego wyroku, mieszkał w
San Diego. Golder zaczął spotykać się z Yavorskym w jego mieszkaniu. Do dziś
wspomina, że jego ściany poobklejane były rozmaitymi zdjęciami i tekstami - od
wizerunków Matki Boskiej, przez Oscara Wilde'a, po ostrą pornografię. W centrum
niecodziennej fototapety znajdowało się natomiast zdjęcie Klausa Kinsky'ego, czy
raczej Lope de Aguirry - głównego bohatera filmu Wernera Herzoga "Aguirre, gniew
boży". Golder chciał zrobić film, lecz jeszcze nie wiedział, że za kamerą stanie
właśnie Werner Herzog, kończący właśnie (moim zdaniem) swe ostatnie wielkie
arcydzieło - "Krzyk kamienia".
Lope de Aguirre
Gdy Yavorsky przeprowadził się do Riverside Golder zaaranżował spotkanie z
niemieckim reżyserem. Odbyło się ono w przyczepie kempingowej matkobójcy,
'udekorowanej' w identyczny sposób, co mieszkanie w San Diego. Otwierając drzwi
Herzog spojrzał jednocześnie w dwie pary szalonych oczu - te Kinskiego, i te
samozwańczego Orestesa. Po wyjściu wiedział dwie rzeczy - że chce zrobić film,
oraz że nigdy więcej nie chce wejść do domu, w którym ustawiono ołtarz na cześć
Aguirry, jednego z największych szaleńców w historii kina.
Scenariusz powstał w domu Herzoga w zaledwie cztery i pół dnia. Na realizację
czekał aż do momentu, kiedy David Lynch na dobre rozwinął swoją własną firmę
produkcyjną, czyli ponad piętnaście lat. Wcześniej, europejscy producenci nie
chcieli wyłożyć pieniędzy na film, który miał być realizowany na terenie Stanów
Zjednoczonych, a producenci z USA obawiali się wyłożenia dolarów na realizację
tak ryzykownego, dziwnego i zdecydowanie antyhollywoodzkiego scenariusza. Lynch
dał Herzogowi i Golderowi zielone światło już na czterdzieści osiem godzin po
złożeniu skryptu i, co należy wyraźnie zaznaczyć, w skrypt w żaden sposób nie
ingerował. Zarówno Golder, jak i Herzog zaznaczają, że David Lynch nie pojawił
się na planie filmu nawet raz, po przeczytaniu scenariusza 'dał im wolną rekę'.
Przed rozpoczęciem zdjęć Golder chciał ponownie odnaleźć Marka Yavorsky'ego,
który swojego czasu wysłał mu kilka listów świadczących o tym, że jego choroba
psychiczna nabrała siły. Tym razem detektywa zastąpił internet, który oznajmił
Golderowi, że amerykański Orestes umarł w roku 2003. Współscenarzysta celowo nie
poinformował o tym ekipy filmowej, a wręcz przeciwnie - z pełną powagą oznajmił
im, że gdy zobaczą gdzieś w pobliżu faceta przypominającego Michaela Shannona,
lecz bardziej przerażającego (da się?), to żeby niezwłocznie go o tym
poinformować.
CIEŃ DAWNEGO HERZOGA
Gdy byłem kiedyś w Anglii, zobaczyłem "Stroszka" w telewizji. Przegapiłem
początek, więc myślałem, że to autentyczny dokument. Byłem zauroczony już po
pierwszych dwóch sekundach. Nigdy czegoś takiego nie widziałem
David Lynch
Całkowicie zgadzam się z Lynchem. Lata temu fabularne filmy Herzoga miały w
sobie coś takiego, co znaleźć możemy jedynie u największych mistrzów kina. Jakąś
niedefiniowalną wartość, o którą wzbogacaliśmy się po każdym seansie. W
częstokroć nieprawdopodobnych historiach, które w ręku kogoś innego mogłyby stać
się filmami słabymi, filmami jakich wiele umiał przekazać Herzog coś prostego, a
jednak i niezwykłego zarazem. To 'coś' zawsze było pewnym aspektem
człowieczeństwa, swoistego tematu-klucza kina niemieckiego mistrza. Niezależnie
od tego, czy oglądaliśmy film opowiadający od triumfie miłości do sztuki oraz
dziecięco naiwnej wiary, które przenoszą kilkutonowe statki, czy o przejmującej
alienacji i okrucieństwie amerykańskiego snu. Niezależnie od tego, czy bohaterem
był normalny człowiek, wiejski mag, czy demoniczny wampir. Niezależnie od tego
wszystkiego Herzog zawsze mówił o człowieczeństwie, na które składają się
zarówno negatywy, jak i pozytywy. Był, wcale bez przesady, jednym z największych
reżyserów duszy ludzkiej w historii kina.
Orestes i jego ukochana
Niemniej, po "Krzyku kamienia" (1991) wszystko uległo zmianie. Gdzieś zniknął
ten człowiek, który dał życie gloryfikowanemu przez Lyncha "Stroszkowi". W jego
kinie pozostał jedynie cień tego wielkiego niemieckiego romantyzmu, który tak
silnie poruszał widzów (warto wspomnieć, że po seansie "Stroszka" samobójstwo
popełnił wokalista Joy Division - wątpliwa sprawa, by tak silne emocje wywołała
na przykład "Operacja świt"). "Synu, synu, cóżeś ty uczynił" ma podobny problem
- nie można nazwać jej filmem złym, lecz i na pewno nie filmem Herzoga, tego
wielkiego Herzoga sprzed lat...
A wydawać by się mogło, że historia tracącego zmysły mężczyzny doskonale wpisze
się w typ wrażliwości niemieckiego reżysera. Ołtarzyk stworzony dla Aguirre w
domu Yavorsky'ego jedynie zaostrzał apetyt, a to przecież nie jedyny aspekt
łączący genialny film Herzoga z jego najmłodszym dzieckiem. Sceny, w których
główny bohater szykuje się do spływu rwącym potokiem kręcone były bowiem nad tą
samą peruwiańską rzeką, z której nurtem poruszała się niegdyś tratwa Kinsky'ego.
Niestety, mimo wyraźnych prób zrozumienia Yavrosky'ego Herzog poniósł porażkę.
Co więcej, w trakcie realizacji filmu sam dał ponieść się twórczemu szaleństwu,
przez co opowieść o matkobójcy po prostu wymknęła mu się spod kontroli. Zamiast
Aguirre, dostaliśmy bełkot - pełen interesujących elementów wprawdzie, lecz
wciąż bełkot.
Przysłowiowy gol do własnej bramki wbija sobie Herzog już na samym początku
przedsięwzięcia. Zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie wysyłanie ekipy filmowej
do Peru, jeśli prawdziwy Yavorsky takiej wyprawy nigdy w swym życiu nie odbył.
Jego obłęd zrodził się w otoczeniu „pięknych amerykańskich domków”, których
skrywane oblicza odsłonił Lynch w swoim genialnym „Blue velvet”. Partie filmu
przedstawiające mordercę przebywającego nad peruwiańską rzeką wyraźnie sugerują
natomiast, że przemiana bohatera odbyła się poza jego naturalnym otoczeniem.
Odrywamy zatem szaleńca od środowiska, które doprowadziło go (lub znacznie
przyczyniło się) do jego obłędu. Co więcej, Herzog w pewien niewyraźny sposób
sugeruje widzowi, że w Ameryce Południowej mógł zostać Yavorsky zainfekowany
przez pewien niematerialny byt, który miałby być bezpośrednią przyczyną jego
ekscentrycznego zachowania. Herzog robi zatem coś, co nie bez racji można
uplasować gdzieś w okolicach filmu grozy. Do opowieści o ludzkim obłędzie dość
niefortunnie wkrada się ścieżka interpretacyjna pozwalająca pójść widzowi na
łatwiznę – ot, wszystko wina peruwiańskiego demona i tyle, kolejna Emily Rose.
Zabieg celowy? Nie wydaje mi się…
Idee szalonego umysłu
Po zakończeniu retrospekcji przedstawiających pobyt Yavorsky’ego w Peru film
staje się znacznie wierniejszy faktom z życia mordercy. W chaotycznie
zmontowanych scenach przedstawiających życie bohatera przed popełnieniem
zabójstwa dostrzegamy portret człowieka, który w zastraszającym tempie traci
kontrolę nad własną osobą, a nawet więcej – świadomość bycia sobą. Pojawiają się
sceny, w których Yavorsky przygotowuje się do roli Orestesa oraz sceny
jednoznacznie wskazujące na jego ambiwalentny stosunek do matki. Właśnie na tym
etapie morderca powinien stać się postacią z krwi i kości. Niestety, scenariusz
"Synu, synu, cóżeś ty uczynił" nie przewiduje tego typu sytuacji…
Poprzez dużą chaotyczność, a czasem zdaję się nawet ‘przypadkowość’ montażu scen
nie otrzymujemy od Herzoga postaci, wobec której nie moglibyśmy pozostać
obojętnymi. Yavorsky rozmywa się nam gdzieś pomiędzy kolejnymi cięciami. Mimo
symptomów wyraźnego obłędu (hodowla flamingów, czy też wiara w to, że twarz
człowieka wydrukowana na puszce z żywnością jest twarzą Boga) pozostaje
szaleńcem plastikowym, bo czy plastikowym nie jest schemat: zaczynam słyszeć
głosy w głowie, głosy ratują mi życie, zaczynam postępować zgodnie z ich
instrukcjami, zabijam najbliższych? Tego typu łańcuch przyczyn i skutków bez
trudu mógłby posłużyć, jako fabuła dla podrzędnego slashera. Herzog, na
szczęście, ucieka od takiej stylistyki, lecz ta cała galopada pomiędzy kolejnymi
retrospekcjami, ekscentryzmami i wypowiedziami zszokowanych zachowaniem
Yavorsky’ego najbliższych wpędza mistrza w ślepy zaułek. Współczesny Orestes
mniej ma w sobie prawdziwego człowieka, niż lata temu miał go trupioblady
Nosferatu. Czy Herzog zapomniał, jak patrzy się w ludzką duszę, czy może dusza
amerykańskiego matkobójcy okazała się zbyt ciemna, aby mógł cokolwiek w niej
dostrzec?
W momencie kiedy film Herzoga pozbawiony jest Człowieka, a jego bohaterem stają
się jedynie ‘postacie’ wyłowione z popkulturowej masy, nie możemy mówić o niczym
innym, jak o porażce. W przypadku, gdyby „Synu, synu, cóżeś ty uczynił"
wydostało się spod ręki młodego reżysera lub doświadczonego „wyrobnika” byłbym
nawet skłonny pogratulować, ponieważ nie jest to film zły. Zawiera wiele
ciekawych pomysłów, gromadzi na planie wielką trójcę amerykańskich
aktorów-szaleńców (Grace Zabriskie, Willem Dafoe, Michael Shannon), którzy nie
dostają jednak szansy na pełne rozwinięcie skrzydeł, eksperymentuje z formą i
porusza temat bezapelacyjnie fascynujący. Niemniej, w przypadku mistrza, jakim
niewątpliwie jest (a może niestety ‘niewątpliwie był’?) Herzog poprzeczka musi
zostać ustawiona znacznie wyżej – zdecydowanie poza zasięgiem filmu o szalonym
Orestesie.
Człowiek i postać, dusza i popkultura
„Synu, synu, cóżeś ty uczynił" można by przyrównać do krzyku kamienia. Nie
chodzi tu bynajmniej o porównanie z ostatnim wielkim filmem Herzoga, a o
zestawienie z dosłowną interpretacją tego zlepku słów. Film o Yavorskim w całym
swym chaosie chce coś nam przekazać, krzyczy, ale jego krzyk – jak krzyk
kamienia – jest niemożliwy do usłyszenia. W rezultacie zamiast głębokich, jak
studnia oczu Stroszka, przepełnionego poczuciem tragiczności własnego losu
spojrzenia Nosferatu, zamiast przejmującego wzroku Woyzecka, czy opętanej twarzy
Aguirry otrzymujemy od Herzoga posąg. Może i nieźle wyrzeźbiony, ale wciąż
ślepy, niemy i zimny, wciąż jedynie naśladujący Człowieka, którego niegdyś tak
doskonale rozumiał obiektyw niemieckiego mistrza. Wielka szkoda…
SŁOWO NA TEMAT LYNCHA
Jak wspominałem we wcześniejszej części tekstu: „Zarówno Golder, jak i Herzog
zaznaczają, że David Lynch nie pojawił się na planie filmu nawet raz, po
przeczytaniu scenariusza 'dał im wolną rękę'. Wydaje mi się, że w stwierdzeniu
tym nie ukrywa się ani wrodzona skromność Lyncha, ani jakiś niezdrowy odchył w
kierunku megalomanii ze strony Goldera, czy Herzoga…
"Zatrzymanie" w świecie Herzoga i w świecie Lyncha
Należy pamiętać, że wcześniejsze filmy Herzoga nie zawsze stroniły od
surrealnego, zniekształconego i enigmatycznego spojrzenia na świat. Wystarczy
przywołać chociażby „Nawet karły były kiedyś małe” z ich demoniczną
rzeczywistością, w której zamiast Chrystusa do krzyża przybija się małpę, czy
„Szklane serce”, w którym aktorzy odgrywali ponoć swe role w stanie hipnozy. To,
że po latach, nazwijmy to, ‘klasycznego filmowania’ Herzog powrócił do
odmiennej, lecz nieobcej mu stylistyki błędnie przypisywane jest wpływowi Lyncha.
Nazwisko tego ostatniego służyć ma moim zdaniem jedynie za dodatkowy atut w
kampanii promującej film. Wszelkie ewentualne podobieństwa "Synu, synu, cóżeś ty
uczynił" do kina Davida Lyncha są zatem według mnie co najwyżej ukłonem Herzoga
w kierunku innego wielkiego filmowca, a za najbardziej czytelny (a może nawet
jedyny prawdziwy) z nich uznałbym dwie sceny, w których bohaterowie zamierają
niczym na kolorowej fotografii (zabieg charakterystyczny dla stylistyki
Amerykanina).
| |
Autor tekstu: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 17 sierpnia 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA KMF
|