Dux
1. The True Story of Puss'N Boots
    (Prawdziwa historia Kota w Butach)
Mówi się, że w każdym filmie, nawet najgorszym, można znaleźć jedną dobrą scenę. Ten kto tak mówi, niech mi znajdzie taką scenę w "Prawdziwej historii kota w butach". W tym filmie wszystkie elementy osiągają dno. Mamy paskudne postaci, animację jak z dobranocki na TVP1, żenujące dialogi, żenujące piosenki (fragment: "mam ADHD i jestem Szycem" w tym przoduje) , megażenujące sceny tańca (nawet praca kamery irytuje!) i wciskane gdzie się da nawiązania do współczesności i polskich realiów. Do tego dodano PRO-STA-CKIE teksty w stylu "Wezme se" i "wyjde z nerw" - żeby dzieciaki uczyły się "poprawnej" polszczyzny. Czy naprawdę taki Borys Szyc (dubbingujący kota) nie widział / słyszał, co też autorzy listy dialogowej każą mu czytać i w jakim koszmarnym przedsięwzięciu bierze udział? To samo Cezary Pazura, Tomasz Karolak, Piotr Fronczewski i inni wielcy nieprzytomni, którzy dali się wciągnąć w to animowane błoto i którym dobro kultury jest obojętne - za kasę zdubbingowaliby chyba nawet film porno. Oglądając "Kota w butach" nie wiedziałem wręcz co ze sobą zrobić. Chciałem wejść pod fotel kinowy, modliłem się żeby taśma w projektorze pękła albo żebym stracił przytomność, żeby już tego czegoś nie musieć oglądać ani słuchać. Na sali kinowej zostałem tylko dla "dobra nauki", żeby to nieprzyzwoicie beznadziejne COŚ obejrzeć do końca i z czystym sumieniem postawić jako numero uno w moim Bottom 5 za rok 2009 i ostrzec ludzkość przed tym tworem. Osobami odpowiedzialnymi za wprowadzenie "Prawdziwej historii kota w butach" do polskich kin, w dodatku reklamującymi go hasłem "śmieszniejszy od Osła" (bullshit!), powinna się zainteresować prokuratura, bo ten film mniej zahartowanym, młodszym kinomanom może wypalić dziurę w mózgu.
2. Fighting
Pierwszy raz ktoś przedstawił historię "od zera do bohatera" w tak pozbawiony emocji sposób. Brak iskry między postaciami, zerową ilość ciekawych dialogów i nudę między pojedynkami można byłoby jeszcze jakoś wybaczyć, gdyby owe pojedynki były widowiskowe, a nie są. Kilka szybko zmontowanych ujęć bezładnej szarpaniny i turlania się po podłożu to nie obraz walki, tylko nędzy i rozpaczy.
3. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Pamiętacie z dzieciństwa naukę jazdy na rowerze? Dopóki ktoś trzymał rower na kiju, jechało się prosto jak po sznurku. Było tak dopóki za naszymi plecami biegł nauczyciel jazdy na rowerze... Frank Miller to taki dzieciak na rowerze, który na planie "Sin City" trzymany był na kiju przez Roberta Rodrigueza. Biorąc się za samodzielną reżyserię "Spirita", Miller postanowił pojechać na rowerze samodzielnie i wyłożył się na glebę, ścierając boleśnie łokcie i kolana. "Spirit" wygląda jak parodia "Sin City", a wszystko to co w filmie Rodrigueza / Millera było najwyższej jakości i świeżości, w "Spiricie" ociera się o bruk.
4. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Gdzieś w Internecie widziałem tandetnie wykonany filmik, który miał pokazywać fabułę "Zemsty Upadłych" w 3-minutowym skrócie. Na tym filmiku przez 3 minuty obserwowaliśmy tandetną amatorską animację w pętli, na której dwa Transformery kotłowały się w piasku na tle piramid. I nic więcej, tylko powtarzana przez 3 minuty kilkusekundowa bijatyka bez emocji, sensu, ładu i składu. I chyba żadne słowa nie oddadzą nudy i toporności emanującej z drugiej odsłony "Transformers", jak właśnie rzeczony filmik, którego autor znakomicie uchwycił charakter filmu Baya.
5. Horsemen
    (Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy)
Żeby robić film na kopyto "Se7en" trzeba mieć ogromny talent i naprawdę dobry pomysł, bo w temacie seryjnych zabójców łatwo przekombinować i popaść w śmieszność. Wymyślić porządnego zabójcę, z porządnym, sensownym motywem, mordującego we "wzniosłej sprawie", jest niezwykle trudno. Autorom "Horsemana" się to nie udało.
Tuż za podium:
"Blindness" ("Miasto ślepców")
"Paranormal Activity"
"Crank: High Voltage" ("Adrenalina 2. Pod napięciem")


Dejna
1. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Bolesny przykład, jak w filmie może leżeć absolutnie wszystko. Scenariusz leży i pokwikuje. Aktorzy grają jakby z lekkim zażenowaniem, za to swoje skrajnie kretyńskie kwestie wypowiadają z pełną powagą, wywołując u widza paroksyzmy śmiechu. Przez łzy. Wyjątkiem jest John Turturro, który gra bez zażenowania, co jest jeszcze gorsze. Jeśli to miała być autoparodia, to postuluję zaprzestanie podobnych aktorskich eksperymentów. Ogólnie: żenada roku.
2. The Final Destination
    (Oszukać przeznaczenie 4)
Wszystkie filmy z cyklu "Oszukać przeznaczenie" są zbudowane wedle tego samego schematu. Pierwszy był fajny, bo był pierwszy. Drugi miał elegancką rozpierduchę na autostradzie. Trzeci... zapomnijmy o trzecim, chociaż w obliczu czwartego i tak jawi się nienajgorzej. Czwarty kręci się w kółko: zapobiegliśmy, a może nie zapobiegliśmy, a zapobiegliśmy, a jednak wcale nie. Główny bohater, biedaczek, ma katastroficzne wizje co chwila, a każda z nich niebywale wręcz tandetna. Nawet pomysłów na oryginalne uśmiercanie bohaterów i ciągi przyczynowo-skutkowe już nie ma, zastępuje je skrajna obrzydliwość. Mam wrażenie, że ten samograj zdecydowanie już się wyczerpał. Naprawdę, wystarczy tego dobrego...
3. My Bloody Valentine
    (Krwawe walentynki)
Slasher, jaki jest, każdy widzi. Blondynki biegają z krzykiem, opętany psychopata podąża za nimi krokiem miarowym, dzierżąc w dłoni piłę/maczetę/nóż rzeźnicki/tasak/cokolwiek. Trup ściele się gęsto, posoka bryzga. Wszyscy zadowoleni, the end. Natomiast kiedy ekipa aktorska i scenarzysta zaczynają być przekonani, że tworzą nowatorski film psychologiczny z głębią i drugim dnem, robi się niefajnie. Bohaterowie są szarpani przez dramatyczne konflikty wewnętrzne (wyjechać z miasta czy nie, puścić męża w trąbę czy nie, żona czy kochanka bla bla bla). Żeby widzom te wewnętrzne dramaty unaocznić, uciekają się do wysublimowanych środków aktorskich (groźny mars na czole, spojrzenie w dal, przebieranie nogami). W ramach bonusu dostajemy bohaterkę przez 80% swojego czasu ekranowego golutką jak noworodek (bowiem twórcy przypomnieli sobie, że nagie ciało przyciąga widzów do kin) oraz kretyńskie zakończenie. Szczególnie do gustu przypadła mi szafa pełna bombonierek - kto widział, ten wie.
4. The Unborn
    (Nienarodzony)
A teraz wszyscy zastanówmy się wspólnie, co skłoniło Gary'ego Oldmana, żeby w tym filmie zagrać. Zawsze chciał wcielić się w postać rabina? Przegrał zakład? Ma głupiego agenta? Postanowił udowodnić, że i dobry aktor może zagrać naprawdę kiepsko? Jakby nie patrzeć, też jest to jakieś wyzwanie aktorskie... w każdym razie scena egzorcyzmów w jego wykonaniu niezapomniana. Niezapomniana inaczej.
5. Push
Push - Umyka mi sens stworzenia filmu, który z powodzeniem można określić mianem X-menów dla ubogich. Najbardziej nie chciałabym chyba być wąchaczem, bo co to za życie, chodzić i węszyć w kółko jak idiota.


Kelley
1. Zamiana
Za wstyd jaki musi odczuwać każdy widz uświadamiając sobie, że ten twór firmowany jest przez filmowców z Polski.
2. Friday the 13th
    (Piątek 13-go)
Za zarżnięcie kultowego slashera.
3. Chi Bi (Red Cliff)
    (Trzy królestwa)
Za zgubienie podręcznika montażu.
4. The Twilight Saga: New Moon
    (Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu)
Za stworzenie produktu idealnie stargetowanego na dziewczęta w wieku dojrzewania.
5. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Za to, że Frank Miller zamiast tworzyć komiksy zabrał się za zabawę kamerą.


Alieen
1. Dragonball Evolution
    (Dragonball: Ewolucja)
Kompletne zbeszczeszczenie legendy tego jakże znanego i cenionego anime (a także mangi). Casting prowadzono chyba po ciemku i z korkami w uszach, a scenariusz zaadoptował z oryginału średnio inteligentny szympans. Nie ma w tym filmie niczego, dosłownie niczego co stanowiło o sile i jakości serii "Dragon Ball". Reżyser, James Wong, splunął w twarz fanom Smoczych Kul, stworzył parodię i pośmiewisko. Kijem nie tykać tego filmowego ochłapu, nawet złamanym.
2. The Final Destination
    (Oszukać przeznaczenie 4)
Świetna i oryginalna część pierwsza, słabszy sequel, następnie lekki powrót do korzeni przy trzeciej odsłonie i... tragiczna część czwarta. Beznadziejne sceny śmierci i jeszcze bardziej beznadziejni bohaterowie. Miałem nadzieję, że Śmierć wykończy feralną grupkę w ciągu kilku minut. Niestety, musiałem się męczyć przez niemal półtorej godziny...
3. Open Season 2
    (Sezon na misia 2)
Na pewno jeden z najsłabszych filmów animowanych jakie widziałem. Po przyjemnej części pierwszej otrzymujemy sequel pozbawiony iskry, z kompletnie niewciągającą historią, drażniącymi postaciami i z humorem, który nie potrafił mnie rozbawić choćby przez chwilę. Idealny przyład kontynuacji stworzonej na siłę.
4. 30 Days of Night
    (30 dni mroku)
Pomysł kapitalny, początek filmu i miejsce akcji bardzo klimatyczne, a wszystko doskonale zepsute przez nieudolną reżyserię i mało ciekawe postacie. Generalnie im dalej - tym gorzej, łącznie z końcówką bedącą gwoździem do trumny tego "dziełka". Amen.
5. 2012
Nie tyle słaby, co bardzo przeciętny. Co z tego, że mega-widowiskowy, skoro wyprany z emocji - bo ileż można oglądać grupkę bohaterów, którym non-stop udaje się wyjść cało z jakiejkolwiek opresji...? Poza tym wszystko to już było, w mniejszej bądź większej skali. Panie Emmerich - robisz Pan niesamowicie efektowne kino, ale daj Pan już spokój, bo patrząc na postęp filmografii reżyserskiej to niedługo będziemy oglądać destrukcję Wszechświata...


Mati
1. Knowing
    (Zapowiedź)
To kolejny film z Nickiem Cage'em, który potwierdza fakt, że jeśli gra ten aktor to nie należy tego "dzieła" oglądać.
2. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Wielkie, wielkie nadzieje i ogromne rozczarowanie. Typowa wydmuszka. Piekne opakowanie i nic poza tym.
3. Confessions of a Shopaholic
    (Wyznania zakupoholiczki)
Jedna z najgorszych komedii romantycznych ostatnich lat. Film o niczym. Zły scenariusz, a raczej jego brak, zła reżyseria i totalny brak aktorstwa.
4. Transporter 3
Czyli tak naprawdę trzeci raz ten sam film i ta sama historia.
5. Twilight
    (Zmierzch)
Słaba książka i słaby film. Za to zdanie zniewidzi mnie cały nastoletni świat...


Karol
1. Miss March
    (Miss Marca)
Lubię od czasu do czasu głupie amerykańskie komedie młodzieżowe, a przy odpowiednim nastawieniu potrafię bez większego bólu obejrzeć jakiś kiepski film - a wierzcie mi, było tego trochę. Jednak "Miss Marca" to film tak zły, że nawet moje neutralne podejście do najgłupszych komedii musiało w końcu ulec wobec beznadziejności tego tworu. Żenujące żarty (żarty?!), idiotyczny pomysł wyjściowy, ale co najgorsze: dwójka najbardziej żałosnych, niezabawnych, irytujących głównych bohaterów jakich widziałem w kinie od lat. Ich popisy nie tylko nie wzbudzają śmiechu ale autentyczną złość, że ktokolwiek mógłby uwierzyć w zabawność ich żartów. Podsumowując: dawno nie widziałem komedii aż tak pozbawionej humoru - zeszłoroczne "Cztery Gwiazdki" to przy tym Bracia Marx.
2. Saw VI
    (Piła VI)
Kolejna część corocznej dawki tortur zwieńczonej naciąganym niby-twistem. A poza tym? To, co zwykle: szokujące (i szokująco głupie) sceny tortur wciąż wzbudzają zażenowanie, a moralnie wątpliwa postawa Jigsawa (i Spółki) i próba jej usprawiedliwienia wciąż szokuje i przeraża.
3. The Twilight Saga: New Moon
    (Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu)
Chris Weitz - twórca kapitalnego "Był sobie chłopiec", ale zarazem kat "Złotego Kompasu" - powinien zapaść się pod ziemię ze wstydu. O ile część pierwsza jest po prostu filmem przeciętnym do bólu, o tyle druga to po prostu śmiech na sali (dosłownie). Bohaterka wyjąca nocami w łóżku, jej przyjaciel zdejmujący koszulę żeby wytrzeć jej kilka kropel krwi, ostrzegający bohaterkę duch (z którym bez żenady rozmawia nawet przy znajomych) czy bieg Belli przez plac, żeby ocalić ukochanego przed wykryciem przez ludzi (bo przecież on ŚWIECI!) - te obrazy na długo wytyczyły (przynajmniej dla mnie) szczyt żenady we współczesnych blockbusterach. A przecież widziałem w tym roku w kinie żyrafy transportowane helikopterami!
4. The Final Destination
    (Oszukać przeznaczenie 4)
Kolejny niepotrzebny sequel, ale tym razem w 3D, żebyśmy mogli podziwiać łamiące się pod kołami ciężarówki kości... w trójwymiarze! Durny film, będący ciągiem bezsensownych zgonów bohaterów, na których i tak widzowi w ogóle nie zależy. To niesamowite, ale przy tej część poprzednia to arcydzieło subtelności i dobrego smaku.
5. The Day the Earth Stood Still
    (Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia)
Nie ma nic gorszego, jak blockbuster, który nie budzi ŻADNYCH emocji. A przecież w tym gra Jennifer Connelly!
Największe rozczarowanie:
"Paranormal Activity" (bo trzeba czegoś więcej niż pary średnich aktorów i kamery na statywie żeby przestraszyć: choćby odrobiny talentu) oraz "Antychryst" (bo trzeba czegoś więcej niż pary dobrych aktorów i pięknych zdjęć żeby przestraszyć: choćby odrobiny samokrytyki.)


Phonik
1. Kochaj i tańcz
Trudno oceniać to w kategorii filmu, wygląda raczej na reklamówkę telewizyjną, tyle że jest o jakieś 120 minut za długie...
2. Złoty środek
Podobno komedia, podobno... Ogólnie nieznośny bałagan i fatalna realizacja (kolejna reklamówka).
3. The Pink Panther 2
    (Różowa Pantera 2)
Widok wygłupiającego się Steve'a Martina wywołuje zażenowanie, dziury w scenariuszu przyprawiają o ból głowy, a Peter Sellers przewraca się w grobie.
4. 12 Rounds
    (12 Rund)
Dalekie echo "Szklanej pułapki 3" z drewnianym Johnem Ceną - to nie miało prawa się udać.
5. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Ten koszmarek w bezpośrednim kontakcie wywołuje znużenie. Frank Miller powinien był pozostać przy komiksach.


Beowulf
W minionym roku jakimś cudem udało mi się trzymać z dala od najbardziej beznadziejnych filmów, które powodowały u znajomych ataki apopleksji lub szaleńcze napady śmiechu, jakich sam Joker by się nie powstydził. Stąd na dwóch ostatnich miejscach mojego Bottom 5 znalazły się filmy "jedynie" boleśnie słabe, które w innych latach uniknęłyby tego smutnego losu.
1. Crank: High Voltage
    (Adrenalina 2. Pod napięciem)
Bardzo lubię odjazdową, przegiętą, zdawałoby się, że fabularnie zamkniętą część pierwszą. Opowieść o zmaganiach przebiegłego, napalonego jak nastolatka na Pattinsona, szyderczego Cheva Cheliosa, który próbuje dosłownie wszystkiego, żeby utrzymać się przy życiu i dopaść złych ludzi, którzy zrobili mu bubu, miała w sobie jakiś dziwny, wariacki urok. I w miarę umiejętnie balansowała na granicy złego smaku. W sequelu Neveldine i Taylor przebiegli ją sprintem, pozostawiając mnie w skrajnej konsternacji, nadając swoim dziełem nowej definicji wyrażeniu "zabili go i uciekł". Super-hiper-ultra-cool oczojebny odlot ze scenariuszem, którego sam wielki Uwe Boll by się nie powstydził. Dziękuję, postoję. Zdecydowanie najgorszy film roku!
2. Generał. Zamach na Gibraltarze
Pal licho rewelacje historyczne, które jak się później okazało mijały się znacznie z prawdą. Olać też wszelkie niedociągnięcia scenariuszowe. Ten film jest tak spektakularnie spartolony od strony realizacyjnej, że po jego seansie człowiek zaczyna rozumieć zasadność życiowej postawy Adasia Miauczyńskiego. Na szczególną naganę moim zdaniem zasługują:
a.) obszar twórczy zwany montażem, czyli 100 sposobów na to, żeby widz nie wiedział, co się dzieje;
b.) perwersyjne ciągoty reżyserki do bawienia się narracją i udowadniania biednemu widzowi, że jako reżyserka wie, co robi.
Podsumowując, klapa, obciach, porażka, fiasko, obsuwa i jeszcze kilka innych synonimów, ale szkoda mi czasu na ich wymyślanie. O, blamaż - to chyba najlepsze określenie!
3. Zamiana
No i doczekałem się. Jednak zrobienie komediowego ekwiwalentu maksymalnie koszmarnej "Pory mroku" było w Polsce możliwe! "Zamiana", film tak bzdurny, że aż nieśmieszny, to kolejny krok rodzimych twórców w kierunku zniechęcenia widzów do polskiej komedii. Co ciekawe - był tu potencjał na przyjemną dla oka i ucha komedię; na zabawę polityką, kulturą, ograniczeniami polskiego społeczeństwa. Twórcy wybrali jednak inną ścieżkę - pełną banału, obrzydliwości, pseudo-odwagi obyczajowej i rażącego bezsensu. W efekcie "Zamiana" równa poziomem do "Super Expressu" i znanego na całym świecie autorskiego programu Jerry'ego Springera. Ciekawe, czy obecny rok udowodni mi, że można spaść jeszcze niżej?
4. Transporter 3
Ciekawe, czy Frank Martin doczeka się kolejnych pięciu sequeli, w których dojdzie do tego, że będzie musiał ścigać się z własnym klonem, a uratowana przez niego kobieta okaże się jego nieślubnym dzieckiem? Myślę, że jest to bardzo możliwe, łącznie z rozwiązaniem dramaturgicznym, które obejmowałoby ucieczkę głównego bohatera na odrzutowej deskorolce. W każdym bądź razie trzecia część przygód wydatnie umięśnionego szofera do zadań specjalnych jest przysłowiową kroplą przelewającą kielich. Bo ileż można oglądać jedno i to samo? Ktoś powie, że można, gdyż jest wielu gorszych przedstawicieli kina akcji. A ja na to, że równać jednak trzeba do tych lepszych.
5. Knowing
    (Zapowiedź)
Szkoda mi Nicolasa Cage'a. To znaczy tego, jak od kilku lat rozmienia się na drobne, grając coraz bardziej absurdalne role. Akurat postać Johna Koestlera nie jest jeszcze taka najgorsza, ale Cage i tak prezentuje swój standardowy wachlarz aktorskich trików, z miną zmęczonego życiem buldoga na czele. Szkoda mi również Alexa Proyasa, reżysera, który zapisał się dwoma znakomitymi filmami w historii kina, a od przejścia na hollywoodzką stronę mocy wydaje się, iż stracił twórcze cojones. W przypadku "Zapowiedzi" szkoda mi jednak przede wszystkim straconego potencjału na mocne, brutalne kino science fiction. Albowiem efekt końcowy można opisać na wiele różnych sposobów - że mdły, że naiwny, że nudny, że scenariusz dziurawy i nielogiczny, ale za najlepsze podsumowanie tegoż obrazu powinien posłużyć fakt, że jego najciekawszym elementem jest kompletnie idiotyczna, nachalnie patetyczna, przeestetyzowana końcówka.


Bocian
1. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Już pierwsza część była sygnałem tego, że Michael Bay kieruje swoje filmy do coraz mniej wymagającego widza. Jednak sequel znacznie przewyższa oryginał pod względem głupoty i aż strach pomyśleć jak będzie wyglądać trzecia część tej żenującej ekranizacji serii zabawek. Wzorcowy przykład amerykańskiego, wysokobudżetowego filmu, kierowanego do głupawych amerykańskich nastolatków.
2. My Bloody Valentine
    (Krwawe walentynki)
Na fali popularności tzw. slasherów powstaje coraz mniej filmów pomysłowych, ciekawych, mnożą się natomiast coraz bardziej kuriozalne produkcje, wśród których prym wiodą właśnie "Krwawe walentynki" - film zrobiony wyłącznie po to, aby również miłośnicy krwawej masakry na ekranie wypełnili salę kinową 14 lutego.
3. Bruno
Tym razem Sacha Baron Cohen przesadził - o ile Borata można było postrzegać jako ciekawą satyrę (mimo często klozetowego humoru), o tyle Bruno jest bardzo niską zgrywą, w dodatku reżyserowaną, ustawianą, choć pozuje na naturalność. Największą jego wadą jest to, że nie śmieszy, wywołuje za to silne poczucie zażenowania.
4. Push
Film zawiera co prawda sporo ciekawych pomysłów, niestety niewykorzystanych, bądź wykorzystanych bardzo źle, zwłaszcza pojawiający się tu i ówdzie "krzykacze" z wytrzeszczem oczu. Nawet dobrzy aktorzy (Djimon Hounsou, Dakota Fanning) wypadają tu słabo, a całość sprawia wrażenie kiepskiej podróbki X-menów z fabryki na Tajwanie.
5. Horsemen
    (Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy)
Mroczny thriller, który ma przykuwać uwagę serią zbrodni nawiązujących do biblijnego końca świata - szkoda tylko, że skala nieprawdopodobieństwa psychologicznego postaci jest na tyle duża, że nawet bardzo przymykając oczy nie da się brać tego filmu na poważnie. Generalnie "Horseman" przypomina sytuację, w której otrzymujemy bardzo tajemniczo i zachęcająco zapakowany prezent, w którego wnętrzu czai się... kolejna woda po goleniu, w dodatku używana.


Dirk
1. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Frank Miller jest obecnie jednym z najbardziej uznanych twórców dzieł spod znaku X muzy na świecie. Co więcej, jego produkcje doskonale przenoszą się na ekran kinowy i widz może napawać się interesującymi historiami podanymi w ciekawy sposób. Niestety, Miller za bardzo uwierzył w swoje umiejętności i postanowił zasiąść (po raz pierwszy samodzielnie) na stołku reżysera. Materiał wyjściowy stanowił komiks "Spirit". Przed kamerą pojawili się między innymi Samuel L. Jackson i Scarlett Johansson. Spodziewałem się wciągającej fabuły doprawionej klimatycznymi sekwencjami akcji i mocnymi dialogami (czyli czegoś na kształt "Sin City"). Zamiast tego dostałem niestrawny bełkot, bezsensowne wątki splecione w idiotyczny sposób i kompletnie przeszarżowanego Samuela L. Jacksona. Z ogromnym trudem dotrwałem do końca tego czegoś i żałowałem, iż tym razem wewnętrzny głos nie pozwolił mi posłuchać niemalże jednomyślnej fali krytyki (zarówno wśród profesjonalistów, jak i pasjonatów kina). Na domiar złego końcówka zapowiada kontynuowanie tego nędznego wytworu (bez)myśli Millera. Mam nadzieję, że klapa finansowa skutecznie zablokuje dążenia do powstania sequela.
2. What Just Happened
    (Co jest grane?)
Do sięgnięcia po ten tytuł zachęcił mnie krótki opis fabuły, a także rzut oka na obsadę. Wprawdzie Robert De Niro z zaskakującą regularnością wybiera ostatnio role w gniotach, łudziłem się jednak, że tym razem będzie inaczej. Takie coś nazywa się tryumfem nadziei nad doświadczeniem. To, co ujrzałem na ekranie, to stuczterominutowa tortura. Tak nudnego i bezpłciowego filmu nie pamiętam już od dawna (nie licząc zajmującego w tym małym rankingu pierwszego miejsca). Obraz Barry'ego Levinsona (skądinąd niezłego reżysera) nie wzbudza kompletnie żadnych emocji (no chyba, że te negatywne). Jako komedia za mało śmieszny, jako dramat/obyczajowy zupełnie nieciekawy, jako satyra absolutnie nietrafiony. Nie wiem, może Hollywood od kuchni naprawdę tak wygląda, ale nawet jeśli, to wcale nie chcę tego wiedzieć. Robert De Niro stracił w moich oczach i nie dam się więcej nabrać na jego nazwisko w obsadzie. Po seansie bardzo adekwatny zdaje się natomiast tytuł (o ile nie jest to okrutny żart reżysera), choć wypada go sparafrazować na "What the fuck just happened?"
3. The Pink Panther 2
    (Różowa Pantera 2)
Steve Martin, przy okazji realizacji pierwszej części, mierzył się z legendą, i w moim mniemaniu udało mu się wyjść z tej batalii z podniesionym czołem. Dlatego też oczekiwałem na sequel z pewną niecierpliwością, licząc na śmieszną, bezpretensjonalną komedię. Gdy już przez ekran przemknęły napisy końcowe, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W filmie znalazły się DWIE zabawne sceny. Cała reszta to jakiś bełkot, stek bzdurnych ujęć mających w zamierzeniu posuwać akcję do przodu. Martin (również współscenarzysta) zapomniał chyba, że Clouseau ma być idiotą, który tylko przypadkiem rozwiązuje zagadkę. Co gorsza sam pomysł wyjściowy brzmi całkiem nieźle - wyścig detektywów z całego świata w celu wtrącenia nieuchwytnego przestępcy w ramiona wymiaru sprawiedliwości. Scenariusz powstał chyba na kolanie, po pijanemu i jeszcze w pośpiechu (aby nie przegapić następnej kolejki). Oby w trzeciej części (jeśli kiedykolwiek powstanie, w co osobiście wątpię) Martin przypomniał sobie o co chodzi w tym cyklu.
4. Transporter 3
Pierwszy "Transporter" stanowił bardzo miłą niespodziankę. Oglądało się go bardzo przyjemnie, choreografia scen walk wbijała w fotel dynamiką i pomysłowością. W drugiej części pomysły scenarzystów sięgnęły absurdu, ale obejrzałem ją mimo wszystko bezboleśnie. Liczyłem, że w trzecim ogniwie serii Besson i Kamen wrócą do korzeni. Tym razem jednak przegięli w drugą stronę. Otóż "Transporter 3" jest jednym z najnudniejszych filmów akcji jakie widziałem. Przez większość czasu kompletnie nic się nie dzieje. Bohaterowie jadą i jadą, i jadą, i jadą i dojechać nie mogą. Rozmowy i "przygody", które ich po drodze spotykają stanowią beznadziejną mieszankę nudnych i po prostu głupich pomysłów twórców. A absolutnym gwoździem do trumny została odtwórczyni głównej roli kobiecej - Natalya Rudakova. Tak denerwującej i nie posiadającej za grosz talentu "aktorki" nie widziałem od dawien dawna. Już nawet średnio rozgarnięty rzeczny kamień zagrałby tę rolę lepiej. Lubię Jasona Stathama, ale jak dalej będzie wybierał role w takich gniotach, to wielkiej kariery mu nie wróżę. A szkoda, bo ma i głos i charyzmę ekranową i mógłby wskoczyć w buty Schwarzeneggera i Stallone'a (choć ten ostatni trzyma się nadspodziewanie dobrze i raczej nie zamierza na razie swoich butów oddawać).
5. The Curious Case of Benjamin Button
    (Ciekawy przypadek Benjamina Buttona)
David Ficher to dobry, a przede wszystkim oryginalny reżyser. Jego filmy zawierają ciekawą historię, pełnokrwistych bohaterów i nigdy nie są nudne. To znaczy nie były - "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" łamie tę regułę. Za największy zarzut uważam kompletnie niewykorzystany pomysł wyjściowy, a przecież koncept to niezwykle oryginalny i stanowiący pole do popisu dla zdolnego scenarzysty. Niestety, Eric Roth postanowił sklonować swój wcześniejszy tekst - skrypt do "Forresta Gumpa", zmieniając tylko gdzieniegdzie szczegóły, aby całość trzymała się jako tako kupy. W efekcie otrzymałem jedno z największych rozczarowań zeszłego roku. Nie mogłem wprost uwierzyć, że tak dobra idea została tak zaprzepaszczona. I właśnie za to wielkie rozczarowanie umieszczam "Benjamina Buttona" w tym rankingu, choć "wygrał" tylko minimalnie z wychwalanym (z absolutnie niezrozumiałej dla mnie przyczyny) "Zapaśnikiem".


Piwon
1. 12 Rounds
    (12 Rund)
Doskonały przykład na to, jak sie filmów robić nie powinno. Najgorszy film 2009 roku i jeden z najgorszych jakie widziałem.
2. I Love You, Beth Cooper
    (Kocham cię, Beth Cooper)
Dawno nie widziałem tak głupiej i nieprawdziwej wizji relacji damsko-męskich.
3. The Final Destination
    (Oszukać przeznaczenie 4)
Bo w 3D? Nie nabiorę się na to!
4. Friday the 13th
    (Piątek 13-go)
Niepotrzebny remake, niepotrzebny film.
5. The Unborn
    (Nienarodzony)
Wszystko, co ten film ma do zaoferowania, znajduje sie na jego plakacie. Szkoda tylko Oldmana.


Fidel
1. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Właściwie nie wiem, co napisać o tym filmie. Każde słowo boli mnie tak samo, jak kolejna minuta tego bezsensownego bełkotu zatopionego w klimacie mającym przypominać "Sin City". Ja rozumiem, że Miller pomyślał, że skoro świetnie rysuje, to i pewnie reżyserka mu wyjdzie. Nie rozumiem jednak, dlaczego po obejrzeniu ukończonej wersji filmu nie spalił wszystkich taśm i nie przeprosił ekipy za czas zmarnowany na kręceniu jednego z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek oglądałem.
2. Dragonball Evolution
    (Dragonball: Ewolucja)
Przez długi czas fascynowałem się magicznym światem stworzonym przez japońskiego rysownika i z niemałą obawą oczekiwałem na premierę filmu fabularnego, który miał zostać oparty na jego twórczości. Obok obaw była i nadzieja, jak się okazuje - nadzieja matką głupich. Z historii o wielkim potencjale nie wykrzesano nic ponad kolejny plastikowy film dla średnio rozgarniętych dzieciaków. Z niesamowicie spójnego i oryginalnego świata zrobiono sobie po prostu jeden wielki żart. Wielkie rozczarowanie...
3. 2012
Film utwierdza mnie w przekonaniu, że Roland Emmerich jest niedorozwinięty. Przepraszam Roland, ale po raz kolejny robisz ten sam film i po raz kolejny zapominasz napisać do niego scenariusza. Rozpieprzające się budynki to nie wszystko. Proponuję zmianę profesji z reżysera, na operatora ciężkich maszyn służących do rozbiórki obiektów budowlanych.
4. My Bloody Valentine
    (Krwawe walentynki)
Widziałem w wersji 3D, która opierała się na tym, aby raz na jakiś czas powiększyć przedmiot do wysokości kilku metrów, co - oczywiście - miało doprowadzić widza do stracenia kontroli nad pęcherzem. Niestety - zamiast śmiertelnie się bać, na przemian: spałem, śmiałem się i myślałem, co mógłbym kupić za pieniądze, które zmarnowałem na bilet na tego "potworka".
5. Dorothy Mills
    (Egzorcyzmy Dorothy Mills)
O ile temat egzorcyzmów to moja pięta achillesowa (jeśli chodzi o odporność na wszelakiego rodzaju przerażanie), to na tym filmie po prostu umierałem z nudów. Zupełnie bezpłciowy, nieprzekonywujący aktorsko, pozbawiony jakiegokolwiek klimatu. No i nie było tam żadnych egzorcyzmów, ale sugestia, że takowe mają się pojawić to wina polskich tłumaczy, którzy po raz kolejny dali popis swego (tzw.) twórczego tłumaczenia.


Hitch
1. Dragonball Evolution
    (Dragonball: Ewolucja)
Będąc chłopczykiem w podstawówce bardzo lubiłem spędzać czas w towarzystwie Goku i jego przyjaciół. Przygoda, humor, a także przemoc i walka o życie czyniły serial bardzo emocjonującym oraz dającym możliwość poznania galerii arcyciekawych postaci. Jak nietrudno sie domyślić amerykańska adaptacja pomija całą zawartość serialu i tworzy swoje własne uniwersum, które... nadaje sie tylko do spuszczenia w ubikacji. "Dragon Ball: Ewolucja" to nie tylko zła ekranizacja, ale i koszmarny, nieoglądalny film, którego nijak nie da sie obejrzeć do końca.
2. Terminator Salvation
    (Terminator: Ocalenie)
Kolejna odsłona serii Hollywood: "Weźmy Kultowy Tytuł i Zmieńmy Go Na Dobranockę". Czwarta część przygód elektronicznych morderców (miano wiążące sie z krwią i brutalnością) jest kompletnie bezjajecznym tworem opartym na charczącym Christianie Bale'u i CGI. Nie ma tu nic z poprzednich epizodów (nawet słabiutkiej trójeczki), oprócz masy nieprzemyślanych i wsadzonych na siłę nawiązań. Wojna bez ofiar, mordercze maszyny nie robiące nikomu krzywdy, rany bez posoki, film bez scenariusza i aktorstwa.
3. G.I. Joe: The Rise of Cobra
    (G.I. Joe: Czas Kobry)
Rok temu miałem nadzieję, że to Stephen Sommer wyreżyseruje trzecią "Mumię", zamiast Roba Cohena. Jednak po seansie z plastikowymi żołnierzykami, stwierdzam, że i ten reżyser popadł w manię CGI i kretyńskich historyjek. Trudno pośród zwałów sztuczności i tandety znaleźć przygodę i emocjonować się nią.
4. Angels & Demons
    (Anioły i Demony)
Ciąg dalszy grafomańskiego dzieła Dana Browna spłodził kolejny denny, nudny, wymuszony i arcydebilny film. Kradzież antymaterii? Ludzie, fajność adaptacji polega na tym, że można wziąć kretyński motyw z pierwowzoru i zmienić go na coś, choćby odrobinkę lepszego, poważniejszego. Ron Howard jednak postanowił zatrzymać całą absurdalność książki. No cóż, mojej przychylności sobie tym nie zaskarbił.
5. Generał. Zamach na Gibraltarze
Teatrzyk telewizji wyprodukowany za grosze, które poszły pewnie na luksusowy hotel dla aktorów. Twórcy nie dysponowali nawet środkami żeby sprowadzić na plan SAMOLOT. Także nie uświadczymy w tym filmie niczego poza przesadnym, gromkopierdnym aktorstwem, biedną realizacją oraz ogólną fuszerką. Polskie kino pełną gębą.


Ciuniek
1. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Temu filmowi poświęciłem swego czasu recenzję i to wyczerpało moje siły na tyle, że nie jestem w stanie napisać o nim nic więcej. Jednakże, jako niepoprawny optymista staram się zawsze szukać plusów, nawet jesli mam do czynienia z największym ścierwem i w "dziełku" Franka millera też udało mi się jeden dostrzec: skoro film widziałem w styczniu, przez cały rok mogłem powtarzać po niektórych wyjściach z kina, że obejrzany przed chwilą gniot może i jest zły, ale przynajmniej nie jest tak koszmarny jak "Spirit".
2. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
No cóż... w zasadzie tu też nie muszę pisać wiele, ponieważ ten film widział chyba każdy, niezależnie czy tego chciał, czy nie... Dla mnie jest to największy zawód roku - w jakiś irracjonalny, niezrozumiały dla mnie sposób zwyczajnie uwielbiam pierwszą część i mógłbym oglądać ją regularnie co jakiś czas, za każdym razem ciesząc się jak dziecko podczas tych samych scen. "Jedynka" zarobiła sporo, więc Michael Bay z werwą wziął się za sequel i zgodnie z zasadą "więcej, szybciej, mocniej" przystąpił do pracy. Szkoda tylko, że postanowił wziąć z pierwowzoru to co najgorsze (czyli mocno niewyszukany humor obecny w kilku scenach) i dorzucić mało emocjonujące sceny akcji, w których roboty stoją, strzelają, a następnie dalej strzelają i stoją. Jak by jednak nie patrzeć scena walki w lesie jest niezła, a sam film przynajmniej nie jest tak koszmarny jak "Spirit".
3. Horsemen
    (Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy)
Z takim scenariuszem nawet prawdziwy tytan ekranu miałby trudności, a co dopiero biedny Dennis Quaid, który przez ponad 90 minut nie wie co zrobić z filmową zagadką, oddalającym się od niego synem i młodą panienką rodem z Hong Kongu, której zachciało się być drugim Hannibalem Lecterem. Jeśli chce się oglądać tanie podróbki "Siedem", lepiej zainteresować się "Odkupieniem" z Christopherem Lambertem, które przynajmniej nie nudzi. Całe szczęście "Horsemen" nie jest aż tak koszmarny jak "Spirit".
4. Dragonball Evolution
    (Dragonball: Ewolucja)
Całe szczęście nigdy nie miałem RTL7, na którym emitowane było anime "Dragon Ball", bo ten film zniszczyłby moje dzieciństwo. Twórcy postanowili zmienić "animowanego" Goku - nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie dziwaka, który miał sobie to za nic, w typowego, zakompleksionego nastolatka z kolejnej amerykańskiej młodzieżowej komedii. Dodajmy do tego słabe aktorstwo i pojedynki, które wygladają jak parodia sztuk walki i mamy zagwarantowaną porażkę. Nie zmienia to jednak faktu, że film nie jest ani trochę tak koszmarny jak "Spirit".
5. X-Men Origins: Wolverine
    (X-Men Geneza: Wolverine)
Fajowa postać, aktor, który już sprawdził się w tej roli i scenariusz, który nie mógł zawieść. Szkoda, że w tej wyliczance tylko dwa pierwsze fakty są prawdziwe. Film Gavina Hooda (choć pewnie bardziej trafnym stwierdzeniem byłoby: "film wytwórni Fox") powiela błędy "Ostatniego bastionu" zupełnie olewając "szczególik", jakim jest ekspozycja i rozwój postaci - mutanci pojawiają się tylko po to, zeby zginąć albo zniknąć, ewentualnie zrobić coś głupiego i przeczacego wszelkiej logice. Mimo wszystko film przynajmniej nie jest tak koszmarny jak "Spirit".
Wyróżnienie (nie)honorowe: Spriggan
Wyróżnienie trochę problematyczne, ponieważ "Spriggan" ma już ładnych parę lat na karku, ale dowiedziałem się o nim dopiero dzięki wydaniu go na DVD przez IDG. Nie będę kręcić - dałem się złapać w najbardziej oklepany slogan reklamowy pod tytułem "film twórców czegośtam", a tym "czymśtam" był uwielbiany przeze mnie "Akira" Katsuhiro Otomo. Po wnikliwej analizie tylnej okładki dowiedziałem się jednak, że reżyserem filmu jest człowiek, który przy tworzeniu mojego ulubionego anime odpowiadał za animację, a pan Otomo projekt jedynie "pobłogosławił". Dziś wydaje mi sie, że musiał byc albo bardzo roztrzepany, pijany lub pod wpływem środków odurzających (ewentualnie "błogosławieństwo" mogło zostać wyłudzone w jakiś przebiegły i podstępny sposób np. poprzez podsunięcie jakiegoś niepozornie wyglądającego papierka do podpisu). O czym jest film? O poszukiwaniu przez Bardzo Tajną Organizację biblijnych artefaktów z Arką Noego na czele. Arka oczywiście okazuje się pozostawionym miliony lat temu na Ziemi statkiem kosmicznym, kolebką życia, komputerem sterującym klimatem planety i nie wiadomo czym jeszcze. Samo w sobie nie byłoby to jeszcze takie złe, ale scenarzysta postanowił włożyć w usta bohaterów takie ilości pseudofilozoficznego, prawie-jak-intelektualistycznego bełkotu, od którego normalnemu widzowi włosy stają dęba na głowie, a wszystkie mięśnie w tym samym czasie mają ochotę udać się gdziekolwiek, byle dalej od telewizora. Moja ulubiona perełka: "Drzwi do Arki wykonane sa z materiału ultratemporalnego: istnieją poza czasem, więc nie da się ich poruszyć". Moja ulubiona scena: główny bohater za pomocą wyrzutni rakiet wyrywa dziurę w czasoprzestrzeni przedostając się w ten sposób na mostek statku. I tak - w tym wypadku ten film jest tak samo koszmarny jak "Spirit".


Pati
1. The True Story of Puss'N Boots
    (Prawdziwa historia Kota w Butach)
Żenujące, zupełnie nieśmieszne dialogi, jakich nie spotkałam dotychczas w żadnej animacji. I całe szczęście...
2. Fighting
Aby obejrzeć ten film, musiałam rozłożyć go na 20 rat. To chyba mówi samo za siebie.
3. Arn: The Knight Templar
    (Templariusze. Miłość i krew)
Irytująca uroda lekko upośledzonego chłopka-roztropka nie dała mi w spokoju delektować się "genialnymi scenami walki, egzotycznymi plenerami i bogatą scenografią", przez co nie doceniłam widocznie imponującego rozmachu tej superprodukcji...
4. Spread
    (Amerykańskie ciacho)
Ani zabawny, ani romantyczny... Ashton Kutcher wyżyłował swoją plastikowość do granic możliwości.
5. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Pot, łzy i zgrzytanie zębów - tak wyglądał nasz rodzinny seans filmowy. Pierwsza część zupełnie nie przypadła mi do gustu, więc nawet nie wiem co mogłabym napisać o drugiej...
Tuż za podium:
"The Spirit" ("Spirit: Duch Miasta")
"Horsemen" ("Horsemen: Jeźdźcy Apokalipsy")
"Blindness" ("Miasto Ślepców")


Don Vito
1. Dragonball Evolution
    (Dragonball: Ewolucja)
Rzadko zdarza mi się obejrzeć film, który jest całkowicie pozbawiony zalet. W "Dragon Ballu" nie ma żadnej z zalet legendarnego Anime. Nie uświadczymy tu ciekawych postaci, czy epickich, dynamicznych bitew. Jest za to głupi scenariusz, marne aktorstwo, kiepska scenografia i najgorszy czarny charakter roku w postaci zgniłozielonego Piccolo.
2. Transporter 3
Pierwszy "Transporter" był szybkim, bezmózgim kinem akcji. Drugiego nie widziałem, trzeci natomiast jest jeszcze szybszy i jeszcze bardziej bezmózgi niż "jedynka". Dodatkowo Statham dostał irytującą partnerkę, która tak się zna na aktorstwie, jak Pudzianowski na balecie.
3. Punisher: War Zone
    (Punisher: Strefa wojny)
W 2008 roku jeden z horrorów raczył nas tagline'm "to nie jest film dla normalnych ludzi". To samo można napisać na plakacie dzieła Lexi Alexander (autorki całkiem niezłego "Hooligans". Na ekranie co chwila latają flaki i leje się krew. Główny bohater ma wątpliwości natury moralnej, a na dodatek musi walczyć z totalnie przerysowanym przeciwnikiem, który wygląda jak końskie... cztery litery.
4. 2012
W tego typu filmach nie liczy się scenariusz, tylko efekty. Jednak jeśli nawet CGI zawodzi, to już nic filmu nie uratuje. Taki los spotkał "dzieło" Rolanda Emmericha. Scenariusza tu brak, a najlepsze sceny pokazywał zwiastun, cała reszta to było średnie CGI.
5. Paranormal Activity
Raczej nie chodzę na horrory do kina, bo nie ma na co. Niestety "Paranormal Activity" nie zmienia tej posuchy. Twórcy mieli świetny pomysł, żeby nagrać "nawiedzenie" przez demona, ale w ogóle go nie rozwinęli. Tu coś tupnie, tam drzwi się poruszą, jeszcze gdzie indziej poruszą się drzwi. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Na dodatek mamy tu koszmarne aktorstwo z irytującym facetem na czele tego całego cyrku.


Pegaz
1. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Pierwsze co przyszło mi po tym filmie do głowy to żeby Frank Miller natychmiast porzucił stołek reżyserski i wrócił do rysowania komiksów, co wychodzi mu o wiele lepiej. Jego debiut reżyserski jest absolutnie niezdatny do oglądania. Zawodzi dosłownie wszystko: od stylistyki żywcem zerżniętej z "Sin City" (ale wykonanej o wiele gorzej) po katastrofalne aktorstwo (Samuel L. Jackson już chyba z takiego dna się nie wygrzebie). Absolutnie najgorszy film roku 2009.
2. Fighting
Aktorskie drewno nad drewnami Channing Tatum wkracza w świat nielegalnych walk. A dalej akcja filmu już tylko gna od schematu do schematu nie oferując sobą nic ciekawego. Zamiast filmu, który powinien powodować wzrost ilości adrenaliny, otrzymujemy produkt,` przy którym z trudem można wysiedzieć do końca seansu.
3. Kochaj i tańcz
Jak wskazuje tytuł, film o miłości. Tylko, że gdy zakochanych gra najbardziej nieprzekonująca para sezonu, a taniec w tym filmie w ogóle żadnego tańca nie przypomina, trudno oczekiwać dobrej produkcji.
4. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Pierwsza część była niezłym filmem rozrywkowym, ale z jej plusów w sequelu pozostały już tylko wybuchowe efekty specjalne. Poza tym scenariusz, którego chyba w ogóle nie było, humor opierający się na niewybrednych seksualnych aluzjach, aktorzy, którzy nie mają co grać... no i pewnie będzie kolejna cześć.
5. X-Men Origins: Wolverine
    (X-Men Geneza: Wolverine)
Parę lat temu Gavin Hood zniszczył moją ukochaną książkę dzieciństwa - "W pustyni i w puszczy". Teraz zniszczył najlepszą filmową serię opartą o komiks. Z tego co składało się na sukces poprzednich części nie pozostało nic. Aktorstwo, humor, sceny akcji - to wszystko było lepiej wykonane w pierwszej części cyklu. Najbardziej zmarnowany potencjał roku.


Keddie
1. Paranormal Activity
Dowód na to, że za pomocą kampanii reklamowej można wypromować tytuł, który eksploruje nowe mielizny sztuki filmowej. Przy realizacji "Paranormal Activity" zapomniano o ponad stuletnich dokonaniach kina i nie chodzi mi o współczesne techniki realizatorskie, lecz o wypracowany przez miniony wiek potencjał rozrywkowy i intelektualny.. Pewnie znajdzie się niejeden ze stwierdzeniem "taka konwencja" na ustach. Zgoda, lecz w "takiej konwencji" nakręcono też "[REC]" czy "Cannibal Holocaust", ze zgoła lepszym efektem. Aż chce się w trakcie seansu zanucić Komety i ich utwór "Nuda".
2. Twilight
    (Zmierzch)
Nieco modne stało się deptanie po "Zmierzchu" i zapewne mają rację fani tej produkcji, że większość z negatywnych wypowiedzi na jej temat jest bez pokrycia. Nie da się jednak ukryć, że film pani Hardwicke to nie kino pełną gębą, lecz jeden z produktów reklamujących książki Stephanie Meyer. Celuloidowa historia Edwarda i Belli ma ten sam status co kubek, kalendarz czy album z nadrukiem "Twilight".
3. The Final Destination
    (Oszukać przeznaczenie)
Mój dziewiczy rejs po trójwymiarowych wodach obył się bez sztormu, seans z "Oszukać przeznaczenie 4" porównałbym raczej do dryfowania po spokojnym jeziorze. "Rozwój" serii to swoista dewolucja, z sequelu na sequel nurkuje głębiej w morzu nonsensów i debilizmu. Wydaje się, że twórcy zadają kłam powiedzeniu, że człowiek uczy się na błędach. Pomimo wykorzystania technologii 3-D, "Oszukać przeznaczenie 4" jest płaskie jak Keira Knightley.
4. The Uninvited
    (Nieproszeni Goście)
Gdy już wyssano do sucha japońskie duchy (sic!), Stany Zjednoczone wyciągnęły łapy po diabły i demony z innych krajów azjatyckich. Koreańska "Opowieść o dwóch siostrach" podana "po amerykańsku", drwi sobie z intelektu widza sądząc, że ten nie jest w stanie poukładać fabularnych puzzli samemu i trzeba mu łopatologicznie wyłożyć "co artysta miał na myśli". Prawdopodobnie pierwszym filmem grozy, który widzieli bracia Guard, twórcy "Nieproszonych gości", było ich własne dzieło. Inaczej nie serwowaliby nam zlepku sztampowych, tanich chwytów sprzed lat.
5. The Day the Earth Stood Still
    (Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia)
Aż chciałoby się powiedzieć: Keanu Reeves. Niespodziewanie jednak, nie jest on jedynym czynnikiem wpływającym na względną porażkę tego filmu, przypominającego lekcję ekologii w szkole zakonnej. Ani film akcji, ani obraz społecznie zaangażowany, "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" to obojnak, który sam nie jest pewien własnej tożsamości. Na ekranie raz po raz drewno ociera się o drewno, a iskry jak nie było, tak nie ma.


Syzyf
1. Saw VI
    (Piła VI)
Jeśli uważam, że jakiś film sięgnął dna to zawsze porównuję go do kolejnej części "Piły" i już wiem, że się myliłem. Kolejne odsłony cyklu nie wnoszą niczego nowego, reżyser epatuje coraz większą dawką przemocy fizycznej i psychicznej. Powtarza te same wątki, używa podobnych środków wyrazu. Po co to wszystko... nad tym zastanawiam się od drugiej części "Piły".
2. Nigdy nie mów nigdy
Film żenujący pod każdym względem: aktorstwo na poziomie telenoweli, fabuła przypomina dobranockę dla grzecznych dzieci, przesłanie filmu zgodne poprawnością polityczną - kobieta staje się w pełni kobietą dopiero, gdy urodzi dziecko. Odnalezienie chociaż cienia oryginalności w filmie graniczy z cudem. Idealny dla nastolatek.
3. Night at the Museum: Battle of the Smithsonian
    (Noc w muzeum 2)
Typowy skok na kasę, w czasie którego nikt nawet nie sili się na udawanie, że jest inaczej - i to jest chyba jedyna zaleta filmu.
4. Kochaj i tańcz
Po "sukcesie" programu "Taniec z gwiazdami" czy "You can dance", powstanie takiego filmu było niestety kwestią czasu. Zamiast oglądać mizerne naśladownictwo, wolę osobiście kolejny raz zobaczyć "Fame" (oryginalny!).
5. Złoty środek
Olaf Lubaszenko nie sprawdza się jako reżyser, ciekawe ile jeszcze "filmów" nakręci zanim to zrozumie.


Haneska
1. Miss March
    (Miss Marca)
Młodzieżowa komedia, w której jeden bohater budzi drugiego ze śpiączki uderzając go w głowę kijem bejsbolowym. W efekcie oszołomiony pacjent dostaje rozwolnienia i załatwia się na szpitalną posadzkę, co możemy podziwiać w całej okazałości. Myślę, że więcej pisać nie trzeba, bo ta scena doskonale nakreśla finezyjność całego filmu.
2. 12 Rounds
    (12 Rund)
Film nakręcony w myśl zasady: im głośniej, szybciej i głupiej, tym lepiej. Jeśli dodamy do tego koszmarny montaż i fatalne aktorstwo, otrzymamy ani chybi "12 rund" - dzieło, które ulatuje z pamięci w kilka sekund po obejrzeniu, co jest jego jedyną zaletą.
3. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Michael Bay musiał się bardzo starać, żeby nakręcić film głupszy od "Transformers". Ale jako, że jest "utalentowanym" twórcą, dokonał tego iście karkołomnego wyczynu. Kontynuacja opowieści o rozumnych autobotach to kompletnie pozbawiony logiki, istny koszmar pod względem fabularnym, aktorskim i wizualnym. Podczas oglądania zastanawiałam się tylko nad jednym: co w takiej szmirze robi John Turturro.
4. The Twilight Saga: New Moon
    (Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu)
Niby opowieść o wampirach, ale zamiast tajemnicy i grozy reżyser Chris Weitz serwuje widzom okropnie kiczowate i co gorsza pozbawione emocji, love story o naiwnej fabule, nieznośnie pompatycznych dialogach i z mdłymi "kukiełkami" zamiast autentycznych postaci.
5. Obsessed
    (Obsesja)
Jeśli macie ochotę popatrzeć na Beyonce włączcie sobie lepiej jakiś jej teledysk, bo każdy jest lepszy od tej mizernej wariacji na temat "Fatalnego zauroczenia".


Mefisto
1. Twilight
    (Zmierzch)
Białe wampiry-licealiści, które świecą gołymi kaloryferami i rzucają się po lasach bez ładu i składu; zakochane w nich nastolatki o wyglądzie niedopchniętych narkomanek, mdłe romanse, plastikowo-drewniane postaci, które po prostu muszą coś cały czas popalać w przerwach między ujęciami; banalne rozterki dot. miłości, alienacji i długowieczności i kto wie co jeszcze. Harry Potter to przy tym arcydzieło. Eh, gdzie się podziali "Straceni chłopcy"?
2. Beverly Hills Chihuahua
    (Cziłała z Beverly Hills)
Sam tytuł mówi wszystko. Scenariusz to chyba najgorszy pomysł wszechczasów na film, ale gorsze od niego jest to, że ktoś jednak dał na to pieniądze i całość doczekała się realizacji. Hau, Hau!
3. Surrogates
    (Surogaci)
Najnudniejszy film akcji wszechczasów, bo akcji tu tyle co kot napłakał, a każda scena i moment filmu jest albo obłędnie głupia, albo niesamowicie żenująca, albo też tak nijaka, że do dziś się zastanawiam jakim cudem nie usnąłem na kinowej sali. O niewykorzystanym potencjale nawet nie ma co wspominać.
4. 2012
Miałem dać tutaj "Piłę VI", ale stwierdziłem, że już bardziej spływać po mnie ta seria nie może (choć wciąż mam głupią nadzieję, że umrze wcześniej niż ja). Koniec końców uczepiłem się więc nowego Emmericha, bo już po samym trailerze można powiedzieć, że widziało się film i jest on nad wyraz idiotyczny. Filmy Rolanda co prawda nigdy mądrością nie grzeszyły, ale jest jednak różnica pomiędzy fantastyczną, spektakularną rozwałką naszej planety przez obcych w "ID4", a samorozwalającym się CGI światem bez fabuły w "2012". Oby mistrzostwa Polska-Ukraina wypadły lepiej.
5. Bumaznyj Soldat
    (Papierowy żołnierz)
Z całą pewnością nie jest to jeden z najgorszych filmów zeszłego roku, ale już dawno żadna produkcja mnie tak nie wymęczyła i nie wynudziła, jak właśnie ten rosyjski pseudofilozoficzny twór (w.w. Surrogates pomijając). Omijać szerokim łukiem.


Military
1. Surrogates
    (Surogaci)
To nie film, tylko surogat filmu; zbiór scen, których spoiwem jest główny bohater. Pełnoprawne produkcje cechuje ciąg przyczynowo-skutkowy, łączący pokazywane wydarzenia. Tutaj fabuła nie ma najmniejszego sensu, a na dodatek pojedyncze scenki są niespójne same w sobie.
2. Terminator Salvation
    (Terminator: Ocalenie)
Ten film również jest straszliwie durny i nielogiczny, ale wygrywa z "Surogatami" tym, że u jego założeń leży prosta, trudna do całkowitego zepsucia fabuła. Można ją streścić krótko: Connor ratuje sprzymierzeńca. To ma sens, prawda? "Surogatów" tak sensownie streścić się nie da.
3. Harry Potter and the Half-Blood Prince
    (Harry Potter i Książę Półkrwi)
Najnudniejszy film roku. Zawodzi głównie reżyser, który zostawia mnóstwo scen niepotrzebnych, a żałuje przydatnych. Poza tym scenariusz też jest większych rozmiarów słabizną, o czym świadczy choćby fakt, że tytułowy wątek jest w filmie praktycznie nieobecny.
4. Blindness
    (Miasto ślepców)
Aż szkoda było patrzeć, jak ciekawie zaczynający się film stopniowo przeradza się w kiczowatą bzdurę. Ciekawe zabiegi formalne poległy - znowu - pod scenariuszem, który był największą wadą 99% złych filmów roku 2009.
5. 30 Days of Night
    (30 dni mroku)
Nikogo nie zaskoczę pisząc, że scenariusz nie ma najmniejszego sensu. Poza tym są tu wampiry stylizowane na rosyjską mafię i aktorzy, którzy chyba nie mogą powstrzymać uśmiechu na myśl, że grają w filmie o wampirzej rosyjskiej mafii... Nie dziwię się, że nikt nie chciał wcześniej sprowadzić "30 dni mroku" do Polski.


Tony Clifton
1. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Modelowy przykład wszystkiego co najgorsze we współczesnym kinie rozrywkowym dla masowej widowni, sklecone w bezsensowny, kolorowy, pełny wybuchów, gwałcący gałki oczne "spektakl". Dzięki takim filmom upewniam się w przekonaniu, że nadejście "Idiokracji" jest nieuniknione, o ile już nie jest za późno. A najbardziej dobijające w tym całym zamieszaniu są zalecenia fanów aby po prostu: "wyłączyć mózg", "nie spodziewać się Bergmana", "dobrze się bawić". Jak widać używanie mózgu obecnie wyszło z mody, a umiejętność krytycznego myślenia stała się przeszkodą w odbiorze rozrywki.
2. 2012
Kolejne wielkie głupie widowisko katastroficzne, które popełnia największy grzech jaki jest możliwy w tej konwencji: 2012 jest po prostu koszmarnie nudne. Ileż można patrzeć jak wszystko wybucha, rozwala się na strzępy, tonie, płonie...
3. Diary of a Sex Addict
    (Dziennik nimfomanki)
Soft porno z żenującą dramaturgią służącą jako wypełniacz pomiędzy kolejnymi scenami seksu, z nieciekawymi postaciami w rolach głównych i pobocznych. Zero pikanterii, zmysłowości i finezji.
4. Palermo Shooting
    (Spotkanie w Palermo)
Wim Wenders chcąc złożyć hołd jednocześnie Bergmanowi i Antonioniemu, mógł po prostu napisać mowę pożegnalną. Zamiast tego stworzył jeden z najbardziej pretensjonalnych, artystowskich, nadętych filmów, który, gdyby nie nazwisko prestiżowego reżysera mógłby spokojnie funkcjonować jako najbardziej złośliwa parodia europejskiego kina artystycznego. Widzowie skręcają się w fotelach z zażenowania, strach myśleć jak zareagowaliby adresaci tegoż "hołdu".
5. Terminator Salvation
    (Terminator: Ocalenie)
Nikt zapewne nie spodziewał się niczego dobrego po reżyserze o wymownej ksywce McG. Jednak najbardziej irytująca jest tutaj zamarkowana powaga, mrok i natrętna chęć zadowolenia wszystkich, włącznie z samym Cameronem. Nie do końca okropny film, ale raczej przykład kolejnej nieciekawej tendencji.


Maciek 1984
1. Transformers: Revenge of the Fallen
    (Transformers: Zemsta upadłych)
Najgorszy film jaki widziałem w tym roku. Długi, bezsensowny, nieśmieszny i totalnie głupi, nawet biorąc pod uwagę, że to tylko film o wielkich robotach. Michael Bay albo postawił sobie za cel obrazić inteligencję widza, albo sam po prostu jest kompletnym kretynem. Mam nadzieję, że trzecia część będzie chociaż odrobinę lepsza.
2. The Spirit
    (Spirit: Duch Miasta)
Frank Miller zupełnie się pogubił. Film do tego stopnia zły, że jego negatywny blask obniżył u mnie ocenę "Sin City". Niech Miller nie próbuje już więcej sam reżyserować filmów.
3. X-Men Origins: Wolverine
    (X-Men Geneza: Wolverine)
Wolverine wykastrowany. A wszystko to w imię PG-13.
4. G.I. Joe: The Rise of Cobra
    (G.I. Joe: Czas Kobry)
Ta sama liga co "Transformers 2", z tym, że film dużo krótszy, więc jego oglądanie aż tak nie bolało. Na samą myśl o kontynuacji włosy stają mi dęba.
5. The Curious Case of Benjamin Button
    (Ciekawy przypadek Benjamina Buttona)
To na pewno nie jest aż tak zły film jak pozostałe, ale to jak dla mnie jedno z największych rozczarowań roku. Fincherowi zamarzył się film skrojony pod Oscary. Wyszła pusta wydmuszka, udająca ambitne kino z kilkoma poziomami interpretacji. Dobrze, że "Slumdog" utarł Buttonowi nosa.



POWRÓT DO WYNIKÓW
PLEBISCYTY KMF

e-mailOpinie Klubowiczów zebrała: HANESKA
Klub Miłośników Filmu, 20 stycznia 2010