Rzadko w kinie polskim zdarzają się tak dobrane duety jak Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz. Byli nierozłączni jak wódka i kac. Kiedy pojawiał się jeden z nich, było oczywiste, że gdzieś w pobliżu musi być ten drugi. Przyjaźń, która narodziła się w filmie, przeniosła się na ich życie prywatne. Pierwszy raz spotkali się na planie zdjęciowym filmu "Rejs" w reżyserii Marka Piwowskiego w 1970 roku. Dla Jana Himilsbacha był to debiut aktorski. Natomiast Zdzisław Maklakiewicz miał już na swoim koncie pewien dorobek filmowy i teatralny, jednak zauważony miał być dopiero dzięki wspólnym występom z Himilsbachem. Tak jak w "Rejsie" ich duet polegał na relacji inteligent (inżynier Mamoń) oraz prostaczek Sidorowski (grany przez Himilsbacha), tak w późniejszych filmach ich role były już odzwierciedleniem przyjacielskich stosunków z życia prywatnego. Obaj niedoceniani za życia (na pewno nie w takim stopniu jak na to zasługiwali), występując w "Rejsie" stworzyli parę, która zaistniała jeszcze w kilku filmach i zapisała się na trwałe w pamięci widzów w następnych pokoleniach. Żeby wyjaśnić magnetyzm jaki przyciągnął do siebie obu aktorów, a na długie lata również widzów do ich twórczości, trzeba zacząć od początku.
Starszy o cztery lata Zdzisław Maklakiewicz (urodzony 9 lipca
1927 roku w Warszawie), w czasie II wojny światowej służył
w Armii Krajowej i brał udział w powstaniu warszawskim.
W 1945 roku rozpoczął studia aktorskie w Krakowie, potem
PWST w Warszawie - dyplom w 1950 roku. Próbował
też reżyserii, ale studiów nie ukończył. Był aktorem
wielu teatrów w kraju. Był wielkim wielbicielem talentu
i osobowości Zbyszka Cybulskiego, co często jest widoczne
w jego rolach i sposobie bycia, polegającym na improwizacji
i dystansie do siebie i otaczającej rzeczywistości.
Maklakiewicz wraz z rozwojem swojej kariery coraz bardziej
uciekał od własnego środowiska. Częściej wybierał role
cwaniaków, obiboków, ludzi z półświatka. Bez wątpienia
wpływ na to miała jego przyjaźń z Himilsbachem.
Zupełnie inaczej przedstawiają się losy Jana Himilsbacha,
którego życie pełne jest zagadek, niespójności i tajemnic,
które zresztą sam Himilsbach tworzył na potrzeby wywiadów
i opowieści przy wódce. Twierdził, że "nie można
w kółko pierdolić tego samego". Sama data urodzenia
aktora budzi wiele kontrowersji (31 listopada 1931 roku),
bo podobno jest pomyłką urzędniczki lub ojca,
który po wcześniejszym świętowaniu narodzin syna
zapomniał właściwą datę. "Najbardziej prawdopodobne
fakty z życia Jana Himilsbacha można wyłowić z jego
własnych opowiadań. Urodził się on w biednej rodzinie
i dorastał w otoczeniu ludzi z marginesu - ich właśnie
utrwalał później w swych opowiadaniach i takie role
zazwyczaj przyznawano mu w filmach. W 1947 roku, mając
16 lat, trafił do więzienia. Odzyskawszy wolność zaczął
przyuczać się do zawodu kamieniarza w Strzegomiu. Jako
kamieniarz pracował na Powązkach i w owym czasie wykuł
napis na płycie nagrobnej Marka Hłaski (był również
inicjatorem sprowadzenia zwłok pisarza do Polski),
twórczości którego był entuzjastą. W ciągu swojego życia,
zanim rozpoczął karierę literacką, pracował jeszcze jako
górnik, piekarz, ślusarz i palacz na statkach. W międzyczasie
uczył się na Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym.
Później w Wojewódzkim Uniwersytecie Marksizmu - Leninizmu.
W 1956 roku ponownie podjął pracę jako kamieniarz,
na warszawskich Powązkach, gdzie pracował do roku 1968." [1]
Maklakiewicz i Himilsbach robili i mówili rzeczy, na które przeciętny człowiek nie mógł sobie pozwolić. Żyli w ciężkich czasach, które nie nastrajały optymistycznie. Szara rzeczywistość PRL-u działała zabójczo na marzenia. Oni natomiast dzięki talentowi, silnej woli, inteligencji, poczuciu humoru oraz morzu alkoholu potrafili wznieść się ponad przeciętność i nudę. Życie było dla nich ciągłą kreacją, starali cieszyć się każdą chwilą, sposób w jaki to robili nie każdemu oczywiście przypadł do gustu. Przez środowisko aktorskie i artystyczne uważani byli często za margines. W rzeczywistości byli outsiderami, którzy z ironią i dystansem patrzyli na napuszony, oficjalny świat. Często prowokowali pewne sytuacje, aby ujawnić ludzką obłudę i hipokryzję. Łączyli w sobie wiele sprzeczności, potrafili wykazać się wielką erudycją na temat filmu i literatury, a za moment opowiedzieć wulgarny dowcip i obrazić słuchających ich osób. Widzowie kochali parę Maklakiewicz- Himilsbach, ale była to miłość ambiwalentna. Z jednej strony cieszyli się obaj wielką popularnością, stanowili duet, który był rozpoznawalny i budził zainteresowanie. Z drugiej strony kochano ich, ponieważ im nie zazdroszczono. Widzowie mieli poczucie wyższości nad nimi, ponieważ mimo iż większość społeczeństwa nie odniosła sukcesu, to i tak żyła podobnie jak oni. Widząc kariery obu z nich, ludzie uświadamiali sobie, że i tak nic z tej sławy nie wynika. Podobnie jak większość musieli oni pożyczać pieniądze, żeby przeżyć do następnej wypłaty. Nosili na swoich barkach takie same kłopoty, nałogi jak większość ludzi, którym przyszło żyć w PRL-u.
Ich talent komediowy dostrzegli tylko Marek Piwowski i bracia Andrzej i Janusz Kondratiukowie. Jak już wspomniałem wszystko rozpoczęło się od "Rejsu", który to był odbierany jako parodia systemu komunistycznego w Polsce. Jest to utrzymana w groteskowym tonie historia opowiadająca losy pasażerów wiślanego statku "F. Dzierżyński". Na wycieczkowym statku omyłkowo pojawił się gapowicz wzięty za kapitana. Zaczyna on wywierać coraz większy wpływ na załogę i pasażerów. Jesteśmy świadkami organizowania kolejno: święta kapitana, balu maskowego, quizu na inteligencję, zbiorowej gimnastyki, gry w salonowca - robi się coraz głupiej i bezsensowniej, ale "władze" rejsu ogarnia coraz większy entuzjazm i zadowolenie. Pasażerami owego statku są między innymi postacie odgrywane przez Maklakiewicza i Himilsbacha. Film odniósł sukces jakiego reżyser nie spodziewał się właśnie dzięki duetowi Himilsbach-Maklakiewicz i roli instruktora kulturalno-oświatowego, w którą wcielił się Stanisław Tym. Wszyscy oni w bardzo dużym stopniu są na pewno współtwórcami tej komedii. Większość dialogów i żartów sytuacyjnych była wymyślana właśnie przez nich. Wiele z zagranych wspólnie scen nie znalazła się niestety w filmie. Całość przypominała bardziej spontaniczny happening, niż realizację filmu, ale właśnie ta spontaniczność i improwizacja przyczyniły się do sukcesu filmu. W filmie brała udział duża liczba aktorów amatorów, tzw. naturszczyków, dlatego główny obowiązek i ciężar budowania i rozwoju akcji spoczywał na aktorach zawodowych, w tym również na Maklakiewiczu. Do jednych z najlepszych scen w tym filmie należy z pewnością scena rozmowy (w gruncie rzeczy jest to monolog) na temat kondycji polskiego kina, jaki wygłasza właśnie inżynier Mamoń w obecności Sidorowskiego i ich żon. Obaj aktorzy w czasie kręcenia tej sceny (jak i większości filmu) byli pijani, podobno ten dubel sceny, który widzimy w filmie, w najmniejszym stopniu na to wskazuje. Scena jednak wypadła tak dobrze, że nikt nie zwrócił na to uwagi, a krytycy uznali zgodnie kac Himilsbacha za dowód aktorskiego kunsztu.
Po "Rejsie" wystąpili razem w "Wniebowziętych" w reżyserii Andrzeja Kondratiuka (1973). Film ten stanowi najlepszą metaforę ich losów. Jest to historia przyjaciół (Lutek Narożniak - Jan Himilsbach i Arkaszka Kozłowski - Zdzisław Maklakiewicz), którzy za wygraną w totalizatorze sportowym (dokładnie 17500 złotych - tyle wynosiła wygrana za 5 poprawnych skreśleń) postanawiają zrealizować swoje marzenie. Wybierają się w swoja pierwszą w życiu podróż samolotem (rzeczywiście dla Himilsbacha był to pierwszy lot samolotem), podrywają dziewczyny, upijają się. Starają się żyć i cieszyć chwilą. Każdy dzień jest dla nich niekończącą się fiestą. Przez moment mogą stać się kimś innym niż są na co dzień. W "Wniebowziętych" obserwujemy już losy przyjaciół, a nie osób, które dopiero się poznają na naszych oczach. Lutek i Arkaszka to para cwaniaków, którzy mówią tak jak żyją - bezpośrednio i nie zważając na konwenanse. Posługujący się gwarowym językiem bohaterowie filmu od razu manifestują swoją niezależność. Dają też do zrozumienia, że żyją w innym "świecie" niż ten oficjalny, w którym obowiązuje nowomowa. Podobnie jak w "Rejsie" tutaj również fikcja filmowa przenika się z prawdą, zostaje zatarta granica pomiędzy światem wymyślonym a rzeczywistością. Widzimy na ekranie ludzi, którzy zachowują się tak samo jak poza nim, ponieważ oprócz Maklakiewicza wystąpili tam sami amatorzy. Przed kamerą nie udają kogoś, kim nie są naprawdę, lecz starają pokazać się samych siebie. Jest to dość nietypowa komedia, ponieważ oprócz autentycznego humoru mamy tu wiele nostalgii. Zakończenie filmu jest refleksyjne lub wręcz romantyczne i sugeruje, że to nie koniec losów dwojga przyjaciół. Film Kondratiuka pokazuje przewrotnie, że czasami spełnione wielkie marzenia nie zawsze czynią nas szczęśliwszymi ani lepszymi. Dlatego lepiej pogodzić się i zaakceptować własny los, nie udając kogoś, kimś się nie jest. Lutek i Arkaszka zdają sobie doskonale sprawę, że wygrane pieniądze nie zmienią ich życia na zawsze. Pozwolą im tylko na chwilowe oderwanie się od ziemi, krótkie wniebowzięcie.
Kolejnym filmem tego duetu był obraz "Jak to się robi" z 1974 roku, również w reżyserii Kondratiuka. Tym razem Maklakiewicz i Himilsbach wcielają się w nowe role. Pierwszy z nich podaje się za reżysera (Araszka Kozłowski), a drugi za pisarza, scenarzystę (Jan Narożniak). Spotykają się w pociągu jadącym do Zakopanego i zaprzyjaźniają. Szybko dochodzą do wniosku, że chcieliby zrealizować wspólny film. Na miejscu meldują się w domu pracy twórczej "Muza", gdzie przez kierowniczkę przyjmowani są z należnymi artystom honorami. Następnego dnia wybierają się na narty, co kończy się w szpitalu, w którym nieustannie dopracowują scenariusz. Po leczeniu zaczynają poszukiwania odtwórczyni głównej roli do swojego filmu o muzyku i mulatce. Szukanie odpowiedniej "aktorki" okazuje się sposobem na podrywanie dziewczyn. Po pewnym czasie fałszywi artyści zostają zdemaskowani. W początkowym scenariuszu Maklakiewicz i Himilsbach mieli grać rolę prawdziwych, a nie udawanych artystów. Film miał być satyrą na kabotynizm, autokrytyką środowiska filmowego. Jednak na taki sposób przedstawienia artystów i sztuki w Polsce Ludowej nie zgodzono się. Tym bardziej iż zdawano sobie sprawę, że znany duet potrafi ośmieszyć wszystkich bohaterów, których zagrają. Dlatego też wiele doskonałych scen musiano z filmu usunąć. "Jak to się robi" nie ma już niestety takiej świeżości i polotu jak dwa wcześniejsze filmy. Reżyser nie potrafił ukierunkować odpowiednio gry aktorów i pewnie sam był już wyczerpany ekscesami alkoholowymi Himilsbacha i Maklakiewicza, którzy potrafili zawalić w ten sposób kilka dni zdjęciowych. Był to ostatni film, w jakim wystąpili jako para głównych bohaterów.
Po wielu latach od śmierci obu artystów wiadomo już, że ich talent nie został w pełni wykorzystany. Zarówno przez reżyserów, którzy poza wspomnianymi wyjątkami rzadko obsadzali ich w rolach głównych, jak i przez nich samych. Wiele osób im bliskich uważa, że najlepsze rolę odegrali poza kadrem kamery, w czasie spotkań z przyjaciółmi zakrapianych mocno alkoholem. Wtedy potrafili i pewnie chcieli dać z siebie więcej. Szczególnie ta opinia dotyczy Zdzisława Maklakiewicza, którego talent aktorski był porównywany do umiejętności jego idola, czyli Zbigniewa Cybulskiego. Na temat ich życia krąży wiele anegdot, mniej lub bardziej wiarygodnych, które dowodzą, że trudno było im cokolwiek narzucić lub do czegoś zmusić. Prowadzili burzliwe życie, które nie każdemu się podobało, które większość z nas wolałaby oglądać w kinie niż brać w nim w jakikolwiek sposób udział. Tym, co wybija się na pierwszy plan w tych licznych opowieściach i historiach to męska przyjaźń, jaka łączyła ich obu. Znali się zaledwie lub aż osiem lat. Od momentu realizacji "Rejsu" do tragicznej śmierci Maklakiewicza w 1978 roku. Zawsze lojalni i uczciwi wobec siebie, starali się demaskować obłudę, kabotyństwo, pozerstwo społeczeństwa, w jakim żyli. Robili to za pomocą prostego, dla wielu prostackiego, języka, który osiągał jednak zamierzony cel.
Często kłócili się ze sobą, by za moment pogodzić się przy "kielichu". Zapewne rzeczą, która działała na nich najbardziej destrukcyjnie był właśnie alkohol. Wpływało to na jakość ich pracy i na relacje z innymi ludźmi. Myślę jednak, że byli świadomi, do czego może ich to doprowadzić. Nie wyobrażali sobie pewnie siebie jako sławnych, bogatych artystów, siedzących przy telewizorze i popijających ziółka. W ten sposób straciliby całą swoją wiarygodność outsiderów. Tak się nie stało, dlatego ich życie poza filmem jest równie ciekawe lub ciekawsze od tego, co widzimy na ekranie.
Sposób w jaki Maklakiewicz i Himilsbach rozstali się z życiem jest najlepszą puentą ich losów. Umarli tak jak żyli, czyli będąc pod wpływem "elementu baśniowego", jak to często mawiali gdy byli pijani. Zdzisio wracał pewnego ranka do domu po całonocnej imprezie, po drodze spotkał dwie znajome prostytutki. Został przez nie poproszony o pomoc w dostaniu się do hotelu Bristol. Przy wejściu wywiązała się awantura i wezwano milicję, która poturbowała dotkliwie Maklakiewicza. Ten ponoć leżał przez jakiś czas nieprzytomny na Krakowskim Przedmieściu i dopiero po chwili dotarł do domu, do matki. Wkrótce potem zmarł, było to 9 października 1978 roku. Jak nie trudno sobie wyobrazić śmierć przyjaciela była ciosem dla Himilsbacha, który na pogrzebie przyjaciela osobiście "zamurowywał" Maklakiewicza, a zamiast kwiatów na jego grobie złożył pudełko czekoladek. Ciało aktora spoczęło w rodzinnej krypcie położonej na warszawskich Powązkach. Jan Himilsbach z kolei zmarł 11 listopada 1988 roku, jak mówi wielu jego znajomych "na posterunku", czyli w czasie libacji na jednej z melin. Na pogrzebie Himilsbacha ksiądz z żalem wyznał, "Żegnaj Janku, już nigdy nie usłyszymy twojego ciepłego, aksamitnego głosu" co na wspomnienie ochrypłego głosu Janka wywołało oczywiście śmiech wśród obecnych na pogrzebie. Przyjaciele pisarza załatwili mu piękne miejsce na cmentarzu w Wólce Węglowej, gdzie swój warsztat miał syn Cybulskiego, u którego pracował kiedyś Himilsbach.
Uważam, że dzisiaj, w czasach telenowel, telewizyjnych pokazów próżności, gdzie każdy próbuje za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę, w czasach, gdy politycy przypominają bardziej cyrkowych klaunów niż mędrców, a o wartości człowieka ma świadczyć ilość posiadanych przez niego telefonów komórkowych, taki duet jak Himilsbach i Maklakiewicz miałby duże pole do popisu. Jednak dla nich pewnie i tak najważniejsza byłaby w tym wszystkim ich przyjaźń. Najlepiej relacje jakie ich łączyły oddaje fragment rozmowy telefonicznej między Himilsbachem a matką Maklakiewicza w kilka dni po pogrzebie.
Jan Himilsbach: Jest Zdzisiek?
Czesława Maklakiewicz: Ależ panie Janku, przecież umarł! Był pan przecież na pogrzebie...
Jan Himilsbach: Wiem, kurwa... ale nie mogę się z tym pogodzić...
Przypisy:
[1] http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Himilsbach
Autor artykułu: Witold Paczkowski - SYZYF | Klub Miłośników Filmu, 12 grudnia 2009
Obróbka: Piotr Żymełka - DIRK