O tym, że klauni są bardziej przerażający, niż śmieszni, nikt mnie nigdy
przekonywać nie musiał. Gdyby ktoś powiadomił mnie, że podczas wieczornego
spaceru w ciemnej uliczce mogę napatoczyć się na jakiegoś faceta w trupio-bladym
makijażu urozmaiconym o wielki czerwony nos, zapewne założyłbym brązowe spodnie
– tak na wszelki wypadek, żeby nie było hecy. Właśnie dlatego już pierwsze kadry
nowego filmu Alexa de la Iglesii zaowocowały potrzebą natychmiastowego
opuszczenia kinowej sali. Widzę bowiem dwóch klaunów – jeden gorszy od drugiego,
materializacja dziecięcych koszmarów, które zawdzięczam Stephenowi Kingowi.
Pierwszy z nich rudy i uśmiechnięty, drugi biały i smutny (pokłosie komedii
dell’arte), obaj na równi przerażający – z czego śmieją się te dzieciaki?! Po
chwili słyszymy wybuchy, najmłodsi zaczynają płakać (w końcu…), a do
pomieszczenia wkraczają uzbrojeni po zęby mężczyźni. Ze względu na trwającą
wojnę domową (rok 1937) klauni zostają przymuszeni do walki. Smutny odmawia, by
zaraz potem paść na ziemię po uderzeniu zadanym przez dowódcę oddziału. Klaun
wesoły, nieco pozbawiony asertywności, staje do walki. Przed bezpośrednim
starciem z „czerwonymi chustami” pyta dowódcy, czy może zdjąć strój pajaca.
Odpowiedź wojskowego potwierdza moje stanowisko na temat postaci klauna – „nie
możesz, klaun z maczetą… – zesrają się ze strachu na twój widok”. I tak
rozpoczyna się makabryczna zgrywa Iglesii.

Akcja filmu toczy się w latach siedemdziesiątych. Syn wesołego klauna, będący
zresztą bezpośrednim świadkiem wydarzeń z roku 1937, dołącza do cyrkowej trupy z
zamiarem wcielenia się w postać smutnego pajaca. Wakat rudego, roześmianego
błazna jest już w tym czasie zajęty przez Sergio, czyli gościa, który ewidentnie
posiada problemy z kontrolowaniem agresji. Podczas pierwszej rozmowy ze smutnym
klaunem Sergio oznajmia, że postanowił zostać błaznem ponieważ jedynie w taki
sposób może uchronić się od wkroczenia na ścieżkę mordercy. Ku zdziwieniu tego
uśmiechniętego, motywacja smutnego okazuje się być identyczna. Nietrudno
domyśleć się dalszego rozwoju fabuły, jeśli wspomnę, że obu klaunów uwiedzie ta
sama kobieta. Tak, tak – krwawa jatka jest nieunikniona.
I w istocie, krew leje się strumieniami.
Oczywiście Iglesia już od samego początku nie pozostawia żadnych złudzeń
odnośnie tego, co czeka widza, który zakupił bilet na jego film. Już pierwsza
scena (klaun z maczetą nacierający na uzbrojonych żołnierzy) aż kipi od
campowego klimatu. Mamy kiczowaty aspekt sztuki cyrkowej i jej ikonę, klauna,
która zmienia się w maszynkę do zabijania. Krew tryska z każdej strony, a
maczeta przebija się przez ludzkie ciała z niezwykłą wręcz łatwością. Wszystko
okraszone kilkoma dosadnymi tekstami i ożywione dzięki intensywnemu montażowi.
Makabra zmienia się w komedię, leje się krew, a my się śmiejemy. To dziwne
zestawienie śmiechu i krwawej makabry oraz cyrkowej fikcji i historycznych
faktów zostaje dodatkowo podkreślone przez niezwykle ciekawe „napisy
początkowe”, w trakcie których obok archiwalnych zdjęć z czasów hiszpańskiej
wojny domowej oglądamy chociażby zdjęcia z „Cannibal Holocaust”, „Królowej
barbarzyńców” czy „Frankensteina”. Wszystko wzbogacone o fotosy Dalego, klaunów,
polityków, aktorów – jeden wielki miszmasz, który ma jednak (tak mi się wydaje)
pewien głębszy sens.
Doskonale zawiera się on w polskim tłumaczeniu (tak, sam nie wierzę).
„Hiszpański cyrk” można oczywiście rozumieć dosłownie, jako film o krwawej walce
pomiędzy dwoma zmasakrowanymi klaunami, którzy wpadli w sidła uwodzicielskiej
tancerki. I w takim ujęciu sprawdza się on doskonale, ponieważ mamy w nim
wszystko to, czego można wymagać od tego typu rozrywki: szybkie tempo akcji,
ciekawe tło (cała ta cyrkowa menażeria), kategorię wiekową zabraniającą wejścia
na salę dzieciakom, a co za tym idzie – krew, seks, dosłownie pokazaną przemoc,
duże pokłady czarnego humoru. W tym aspekcie najnowszy film Iglesii mógłbym
porównać chociażby do „Od zmierzchu do świtu” Rodrigueza (choć w filmie
hiszpańskim zdecydowanie więcej erotyzmu). Z drugiej strony, tytuł można
rozumieć nieco szerzej – cyrkiem będzie tu wtedy cała historia Hiszpanii.
Spływająca posoką opowieść o zajadłej walce dwóch błaznów byłaby wtedy
kontrowersyjnym i szalonym odwołaniem do konfrontacji pomiędzy nacjonalistami a
republikanami, czy też pomiędzy autorytarną Hiszpanią Franco a jej opozycją.
Taką interpretację usprawiedliwia zarówno prolog filmu (wesoły klaun z maczetą),
jego „napisy początkowe” zestawiające wydarzenia i postacie ważne dla polityki
kraju z potworami, klaunami i ekscentrykami, jak i jego dalsze partie, w których
jesteśmy dla przykładu świadkami zamachu ETA na Luisa Carrero Blanco (stanowi on
tło dla walki pomiędzy dwoma klaunami). Historia Hiszpanii staje się zatem
cyrkiem, czy też wielką estradą, na której nieustannie wystawia się nieco
zmodyfikowaną komedię dell’arte. Zawsze znajdzie się jakiś Dottore i Pantalone,
wesoły i smutny klaun, a wtedy rozpocznie się rzeź i świat będzie miał rozrywkę.

„Hiszpańskim cyrkiem” Iglesia
po raz kolejny udowadnia widzom, że jest jednym z najciekawszych twórców z kraju
corridy i flamenco. Oddaje do rąk widza film kompletny i przewrotny. Przypomina
on wielokrotnie już wspominanego klauna z maczetą. Wygląda na wpół komicznie, na
wpół makabrycznie, brak w nim dobrego smaku, zamierzony kicz aż razi w oczy, ale
jego maczeta jest ostra i trafia tam, gdzie jest skierowana. W tym przypadku
kierunkiem jest jej własna ojczyzna.
Moja ocena: 7/10