Strona główna KMF



Z dniem 30 grudnia kolejny wirtualny bohater zmienił miejsce zamieszkania. Przeprowadzki z monitora na srebrny ekran dokonał "Agent 47", główny bohater bijącego rekordy popularności "Hitmana". Szczęśliwie dla niego, w przenosinach nie dopomagał mu znany z adaptacji gier komputerowych Niemiec Uwe Boll, a francuski nowicjusz Xavier Gens.


Pisząc ten tekst czuję się, delikatnie mówiąc, osobą mało kompetentną. Przyznam się bowiem do tego, że w "Hitmana" nigdy nie grałem. Z jednej strony grzech to nie do wybaczenia - recenzować adaptację nie znając jej pierwowzoru, z drugiej ma to swoją pozytywna stronę - w końcu nie darzę serii sentymentem i nie potraktuję filmu jako kolejnego "świecidełka" w "hitmanowej" kolekcji.




Rekompensując moją znikomą znajomość sagi, przewertowałem kilka serwisów fanowskich zapoznając się tym samym ze zdaniem samych graczy. W gronie entuzjastów hitu firmy "IO Interactive" zdania są podzielone. Można by rzec, iż utworzyli ugrupowania buffonistów i antybuffonistów. Ci pierwsi podchodzą do ekranizacji z przymrużeniem oka. Z uśmiechem na twarzy przyjmują elementy humorystyczne wprowadzone przez twórców do filmowej fabuły. Opozycja z uporem maniaka twierdzi, że jedyną furtką pozwalającą na poprawną ekranizację gry jest gatunek zwany dramatem psychologicznym, bo tylko on może oddać skomplikowaną naturę tytułowego mordercy. Kolejnym podłożem do sporów okazuje się być kreacja stworzona przez Timothy'ego Olyphanta. Część fanów przyjmuje jego wizję płatnego mordercy z zadowoleniem, inni zarzucają mu nieumiejętność oddania charakteru zabójcy. Zapalnikiem w sporze o rolę Hawajczyka jest jego chód. Tak, tak... Część "hitmanowych" maniaków zarzuca mu, że porusza się "jak panienka", w przeciwieństwie do energicznie zarzucającego barkami, męskiego Agenta 47, znanego z komputerowych monitorów. W końcu znakomita część z nich podważa autentyczność samej fabuły, zarzucając jej, iż z grą łączy ją jedynie czerwony krawat i ciemny garnitur głównego bohatera.


Okiem bezstronnego obserwatora, który na "Hitmana" patrzy jak na kolejny film akcji, niemający nic wspólnego z wirtualną rzeczywistością, stwierdzam, że jest on kolejnym komercyjnym przeciętniakiem o budowie sinusoidalnej. Znaczy to mniej więcej tyle, że momentami wzbija się na całkiem przyzwoity poziom tylko po to, by za moment z kretesem upaść na samo dno. Od dość klimatycznych scen przypominających dynamiką świat zbudowany z pikseli, przechodzimy do mocno naciąganych "matrixowych" walk na katany, do bijatyk, które do fabuły nie wnoszą zupełnie nic, no ale jak miło podziwiać szermiercze umiejętności płatnych zabójców...




Niemniej jednak zauważyłem kilka mikroskopijnej wielkości "plusików". "Ave Maria" w ścieżce dźwiękowej znakomicie nawiązuje do historii Agenta 47 i z pewnością nadaje pierwszym minutom filmu ciężki, ale i intrygujący klimat. Ciekawą okazuje się być konfrontacja maszyny do zabijania ze zmysłową kobietą graną przez byłą modelkę, Olgę Kurylenko (jak bezradnym staje się morderca wobec olśniewającej przedstawicielki płci pięknej - zadziwiające). Sama kompozycja filmu też do najgorszych nie należy, burząc liniowość wzbogaca osobowość bohatera wiodącego.


"Hitmana" nie mam zamiaru oceniać jednoznacznie. Przywilej ten pozostawiam osobom, które na jego temat wiedzą nieco więcej niż ja, czyli tym, którzy wiedzą nieco więcej niż nic. Pod kątem translacji języka wirtualnego na filmowy - zmilczę, pod kątem autonomicznej produkcji raczej odradzam, a może inaczej - polecam jedynie entuzjastom serii.






Rok produkcji: 2007
Kraj: Francja, USA
Czas trwania: 100 minut

Reżyseria: Xavier Gens
Scenariusz: Skip Woods
Zdjęcia: Laurent Bares
Muzyka: Geoff Zanelli

Obsada:
Timothy Olyphant   .....Agent 47
Dougray Scott   .....Mike Whittier
Olga Kurylenko   .....Nika Boronina
Robert Knepper   .....Yuri Marklov
Ulrich Thomsen   .....Mikhail Belicoff
Henry Ian Cusick   .....Udre Belicoff


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Filip Jalowski - FIDEL
Klub Miłośników Filmu
04.12.2007