Strona główna KMF

  Łajdacy i święci czyli rzecz o honorze

    "Pojęcie honoru wydaje się stare jak cywilizacja. Honor to poczucie godności osobistej, dobre imię, cześć" pisze Jacek Sobczak we wstępie do przedwojennego "Polskiego Kodeksu Honorowego" Władysława Boziewicza. Niech zdanie to stanie się pretekstem do krótkiego i bardzo subiektywnego spojrzenia na zagadnienie honoru i ludzi honoru w kinie. Głównie w kinie amerykańskim dodajmy, choć nie wyłącznie. Kinematografia zza Wielkiej Wody jest szczególnie wdzięcznym obiektem obserwacji, ma bowiem sięgającą korzeni Hollywood tradycję pokazywania bohaterów bez skazy i zmazy. Nie o obrońców czci wdów, sierot i niezamężnych panien tym razem jednak chodzi.

Przytoczone na początku poprzedniego akapitu zdanie jest tylko jedną z wielu możliwych definicji często trudno przekładalnych na filmowy język. Honor można zdeptać, zszargać, można dorobić się plamy na honorze i przysięgać się na honor, zaciągnąć honorowy dług i wycofać się z bitwy też można honorowo. Można unieść się honorem i oddać honory. Czy to wbrew pozorom tak często używane słowo ma jeszcze w ustach nam współczesnych jakąkolwiek wartość? Czy ktoś jeszcze pamięta co oznacza pojęcie honorowego długu? Czy może jak wiele niegdyś znaczących słów takich jak z lekkością dziś używane słowo "przyjaciel" czy "miłość" zdewaluowało się bezpowrotnie? Czy o honorze jako wartości w ogóle powinno się mówić? Wszak nauczyć go nie można. Dziś, w dobie wszechobecnego relatywizmu pewnie należałoby uznać, że również ta cecha ma charakter indywidualny i każdy kształtuje ją i "używa" według własnego uznania, przesuwając jej granice w sposób, na jaki pozwala nam to, czego nauczyliśmy się w trakcie naszego krótkiego życia. Czy da się go ująć w ramy tak, jak próbował zrobić to Boziewicz powołując do życia Kodeks, który kojarzymy przecież ze zbiorem praw?

Czy wiedział o tym bohater obrazu Jarmuscha "Ghost Dog. The Way of The Samurai"? Ghost Dog to przecież zabójca. Czy płatny zabójca może być człowiekiem honoru? Według Boziewicza, nie. A jednak oglądając czarnego samuraja w wykonaniu doskonałego Foresta Whitakera nie mamy co do tego wątpliwości. Dog, podobnie jak jego pierwowzór Leon z obrazu Luca Bessona, podobnie jak japońscy samuraje kieruje się zbiorem zasad, ściśle określonych, skwantyfikowanych niemal. Nadrzędna zasada to służba swojemu suwerenowi, służba ślepa i bezwarunkowa. Samurajowi, który tracił swojego Pana pozostawały dwa wyjścia: mógł popełnić rytualne samobójstwo lub zostać roninem - wojownikiem bez Pana, płatnym zbirem. Tylko jedno z nich pozwalało mu wyjść z honorem. "Lojalność do samego końca" - tak chyba można ująć postawę Ghost Doga, nawet kosztem własnego życia, nawet gdy jej obiekt na to nie zasługuje, wierność aż po grób. Dziś taka postawa budzi już tylko śmiech.

Do końca swojemu Panu służy również, z pozoru znajdujący się hen daleko od samurajskiego sposobu pojmowania świata, Maximus z "Gladiatora" Ridleya Scotta. Maximus - wódz rzymskich legionów to z jednej strony ucieleśnienie starej hollywoodzkiej tradycji bohaterów większych niż życie, a z drugiej człowiek honoru w najbardziej romantycznym i wydawałoby się naiwnym wydaniu, jakie znamy. To z pewnością najłatwiej przyswajalny dla przeciętnego widza portret honoru znajdujący swoje odzwierciedlenie w niezłomnej wierności, przyjaźni i przywiązaniu do Ojczyzny (choć używanie tego określenia w stosunku do Cesarstwa Rzymskiego nie jest do końca uprawnione). Brzmi banalnie i na milę zalatuje tak charakterystycznym dla amerykańskich superprodukcji patosem. Zapewne takim by pozostało gdyby nie jeden drobny element tego obrazka - Russel Crowe. Jego charyzmie zawdzięczamy, że postać ta wymyka się banałowi, że staje się ucieleśnieniem nieugiętej postawy człowieka, którego można pokonać, ale nie można złamać.

Postawienie obok siebie płatnego zabójcy i niezłomnego wodza może być odczytane jako cokolwiek kontrowersyjne, świetnie oddaje natomiast jak bardzo różne może być spojrzenie na zagadnienie honoru. Jeszcze doskonalszym obrazem różnicy w postrzeganiu tej tak trudno uchwytnej i opisywalnej cechy jest inny, znacznie wcześniejszy, bo debiutancki tym razem, film Ridleya Scotta " The Duellists", u nas znany raczej pod polskim tytułem "Pojedynek". Ten oparty na opowiadaniu Josepha Conrada film to epicki fresk obejmujący większość okresu napoleońskiego. Jest to historia kilkunastoletniego sporu dwóch żołnierzy napoleońskiej armii na tle jednego z najciekawszych okresów w historii Europy. A więc spór, u którego podstaw legł honor może trwać nawet dziesięciolecia. Nieistotnym jest, że w gruncie rzeczy po latach sens pierwszego starcia zatarł się w pamięci, uległ zapomnieniu. Liczy się wyłącznie sam fakt walki. Tak naprawę niewiadomo kiedy ujma, której przed laty doznał jeden z bohaterów przestaje być motorem postępowania, a staje się jego usprawiedliwieniem. Inną sprawą jest kontekst historyczny opowieści. Wszak Scott jako rodowity Anglik, a więc z urodzenia domniemany przeciwnik władcy ówczesnej Europy: Napoleona Bonapartego (wiadomo, że w czasach napoleońskich to właśnie Anglicy byli najzacieklejszymi wrogami Korsykanina), wydaje się nie bez kozery obdarzać prowokatora wieloletnich zajść między bohaterami (zagranego przez świetnego Harveya Keitela), buńczucznością, jaką Wyspiarze przełomu XVIII i XIX wieku musieli widzieć w Napoleonie. Ta nie narzucająca się przy pierwszym zetknięciu z obrazem Scotta paralela nie pozostanie bez wpływu na interpretację filmu. W jednej z ostatnich kwestii Keith Carradine wypowiada znaczące słowa, w których buntuje się przeciw sposobowi narzucania swojego pojęcia honoru przez przeciwnika. Trudno się w tym nie dopatrzyć politycznej zgoła aluzji do wojennych zapędów Cesarza. Abstrahując jednak od obecnego lub nie politycznego podtekstu, Scott przedstawia nam różnicę w postrzeganiu honoru, który tam, gdzie dla jednego jest pretekstem, dla drugiego staje się sensem życia.

Twórcy amerykańscy pokroju Martina Scorsese z uporem powracają swoich filmach do malowniczych wykolejeńców, przestępców, morderców i różnej maści kryminalistów. Nie odbierają im jednak prawa do posługiwania się swego rodzaju kodeksem, niepisanym prawem ulicy, którego przestrzeganie jest dla nich równie ważne, jak dla międzywojennych dżentelmenów stosowanie Kodeksu Honorowego Boziewicza. Bill Butcher z "Gangów Nowego Jorku" w doskonałej kreacji Daniela Day-Lewisa to przywódca taki, jakim musi być człowiek ulicy: bezlitosny, twardy jak skala, z pozoru szalony, ale nie pozbawiony pewnego rodzaju wielkoduszności. Czy możnaby powiedzieć o nim bez wahania, że był człowiekiem honoru? Nie mam co do tego wątpliwości. Będąc bezlitosnym zabójcą, kierował się niezłomnym kodeksem, w przeciwieństwie do tzw. szacownych członków otaczającej go społeczności był nieprzekupny, nieprzejednany, bezkompromisowy i do końca wierny swoim zasadom. Nie można mu odmówić również szacunku do przeciwnika. To cechy, których próżno szukać u tak modnych ostatnio bohaterów współczesnych: nihilistów, cyników i degeneratów strzelających do przeciwnika zza rogu.

To przydługie rozważanie o pryncypiach chciałbym zakończyć przykładem nietypowym, filmem z racji gatunku, jaki prezentuje nie kojarzonym bynajmniej z zagadnieniem będącym tematem tego tekstu. Sekwencja pojedynku i śmierci Roya Batty'ego (genialny Rutger Hauer) z kolejnego filmu Ridleya Scotta "Blade Runner" odczytywana jest najczęściej jako swego rodzaju manifest człowieczeństwa maszyny postawiony w opozycji do bezduszności "prawdziwego" człowieka. Ja pozwoliłbym sobie odczytać tę jedną z najpiękniejszych i najbardziej nasyconych emocjonalnie scen w historii kina na jeszcze inny sposób. Deckard - łowca androidów w interpretacji Harrisona Forda to właśnie zmęczony życiem cynik, futurystyczne wcielenie bohatera rodem z film noir, znajdujące swój pierwowzór w postaciach Philipa Marlowa i Sama Spade'a. Jego życie to polowanie - poszukiwanie i eliminacja; miotacz przeciwko pięściom, strzał w plecy, mężczyzna, kobieta, android. To zaprzeczenie honoru, to zaprzeczenie moralności w ogóle. Jednak gdy los stawia naprzeciw siebie Batty'ego - doskonałą biomaszynę i Deckarda - człowieka w pojedynku, którego ten drugi wygrać już nie może, litość, umiłowanie życia, a może właśnie zwiastujący narodziny pierwiastka jeszcze bardziej złożonego odruch, każe androidowi uratować życie człowieka.

    Z tych bardziej lub mniej składnych zdań, które wytrwale czytaliście do tej pory jasno wynika tylko jedno. Honor to coś, czego opisać ani napisać nie sposób, to cień, który zaledwie unosił się będzie nad nawet najlepiej sformułowanymi myślami próbującymi sięgnąć jego istoty. Nie sposób ująć w szereg zasad, zapisać i skwantyfikować czegoś tak ulotnego, jak pojęcie honoru. Zaprezentowana powyżej galeria osobników, którzy do stworzonego przez Boziewicza schematu nijak nie pasują świadczy o tym najdobitniej. Czy zatem jest to coś więcej niż cześć, dobre imię i poczucie osobistej godności? Czy to może raczej coś, co pozwala ci lub nie, codzień rano spojrzeć w lustro bez obrzydzenia? Niestety odpowiedzi na te pytania z pewnością nie znajdziecie ani w kinie, ani tym bardziej w tym tekście.




AUTOR TEKSTU:
Edward Kelley - KELLEY
      kelley@priv3.onet.pl