STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



"Hop"... BĘC!

Filmy kojarzące się ze świętami Bożego Narodzenia można by wymieniać do woli. Pomijając już klasyczne tytuły, właściwie co roku wchodzi na nasze ekrany co najmniej jedna świąteczna produkcja. O Wielkanocy nie da się tego powiedzieć. To święto, mniej radosne i mniej klimatyczne, raczej uchroniło się przed komercjalizacją. Co za tym idzie, nie zadomowiło się na filmowej taśmie. Nawet jeśli już jakiś tytuł przychodzi nam na myśl, zazwyczaj jest to "Pasja" Gibsona, "Jezus z Nazaretu" Zeffirelliego, ewentualnie "Żywot Briana" - filmy po prostu nawiązujące do biblijnej historii, której upamiętnieniem jest Wielkanoc. Zajączki, kurczaczki i pisanki pojawiły się co najwyżej jako demolowane ozdoby w drugiej części horroru "Critters". A tak... próżno szukać. Są filmy o Walentynkach, Halloween, niemal każdy popularny amerykański serial ma swój odcinek z okazji Święta Dziękczynienia... Wielkanoc była zaś pomijana. Do czasu.

Jako że Amerykanie kochają wszelkie "holidays", powstanie filmu o "magii świąt wielkanocnych" było tylko kwestią czasu. No i stało się - do kin wszedł "Hop". Tim Hill, reżyser "Alvina i wiewiórek" czy drugiej części "Garfielda", poszedł niestety po linii najmniejszego oporu. Po raz kolejny zabawił się w łączenie animacji z filmem aktorskim. Po raz kolejny zestawił ze sobą animowane zwierzątka z niezbyt rozgarniętym przedstawicielem naszego gatunku. Niestety po raz kolejny też stwierdził, że fabuła to sprawa drugorzędna. "Hop" opowiada o zającu z Wyspy Wielkanocnej, który niebawem ma przejąć po ojcu rodzinny interes. A na czym ów interes polega? A na produkcji słodyczy i rozwożeniu ich do dzieci z całego świata w poranek wielkanocny (do tej kwestii jeszcze wrócimy). W każdym razie, Zet (bo tak się zając nazywa), zamiast pilnować, czy wszystkie czekoladowe figurki smakują tak, jak powinny, wolałby grać na perkusji. Swoją postawą rozczarowuje oczywiście ojca, co prowadzi do konfliktu i ucieczki zająca do Hollywood, gdzie ma zamiar spełnić marzenia. Spotyka tam Freda - wciąż mieszkającego z rodzicami około trzydziestolatka, który z każdej pracy rezygnuje już po rozmowie kwalifikacyjnej. A potem... Potem jest złowrogi przerośnięty kurczak, chcący przeprowadzić zamach stanu w fabryce wielkanocnej. Są "różowe berety" - trzy niebezpieczne (i chyba nieme) zające wyruszające na poszukiwania Zeta. Jest siostra Freda, która użycza mu domu swojego szefa. No i jest David Hasselhoff. Ale, mimo wszechobecnego chaosu, tak naprawdę niewiele się w tym filmie dzieje. No, trochę wieje. Nudą.

Być może chodzi o to, że w dzisiejszych czasach Wielkanoc (odrzucając na bok cały jej religijny charakter) to właściwie przedłużony weekend z dobrym jedzeniem. Nie czekamy na nią z utęsknieniem, nie wspominamy świąt z poprzednich lat. Tradycje przestrzegane są coraz rzadziej, a jeśli - to na zasadzie "odhaczenia". Biorąc pod uwagę, że nastawienie rodziców przenosi się też na dzieci, film o zającu wielkanocnym jest po prostu filmem o niedużym, puchatym zwierzątku. Niczym więcej. Bo choć nasz sentyment (zwłaszcza, jeśli chodzi o produkcje animowane) może mieć olbrzymi wpływ na pozytywny odbiór filmu, w przypadku "Hop" raczej nie ma to miejsca. I to, co pozostaje, to po prostu kolejna bajeczka.

A na tej płaszczyźnie "Hop" sprawdza się co najwyżej średnio. Wątek syna niespełniającego oczekiwań ojca był już wałkowany po tysiąckroć. Tutaj w dodatku został potraktowany bardzo powierzchownie. Później też nie jest lepiej - ucieczka Zeta i jego znajomość z Fredem to właściwie zlepek pojedynczych scen. Poza tym, tak naprawdę ani jeden, ani drugi, nie wzbudza wielkiej sympatii. Niestety, jest to po części wina polskiego dubbingu. W oryginale James Marsden i zając mówiący charakterystycznym głosem Russela Branda mieli być dwójką luzackich kumpli, buntujących się przeciwko życiu, jakie narzucają im inni. Choć zmienione zostało jedynie tłumaczenie i aktorzy podkładający głos pod postaci, zrobiło to ogromną różnicę. W naszej wersji "Hop" to po prostu familijna rozrywka. Z części ostrzejszych żartów zrozumiałych jedynie dla dorosłych zrezygnowano (jak np. ten z wibratorem-królikiem). Polskie wykonanie "I want candy", czyli "Chcęęęę cukieeerki" zamiast wywoływać uśmiech, wprowadza w lekkie zażenowanie. A dwie główne postaci po prostu nie przekonują do siebie. W przypadku filmu animowanego, w którym wszystko powinno być proste i klarowne, a emocje silne i oczywiste, to właściwie strzał w kolano.

Jest jednak coś, co sprawia, że można spojrzeć na "Hop" nieco łaskawszym okiem. Animacja. Wykonano ją prawdopodobnie na najwyższym z możliwych poziomów. Wszystkie króliki i kurczaczki wyglądają tak, że chciałoby się podejść do ekranu i je przytulić. Poza tym, gdy Zet jedzie do Hollywood i porusza się po "naszym" świecie, w ogóle nie czuć dysonansu między filmem aktorskim, a animowanym. Wszystko wygląda bardzo realistycznie. W niektórych scenach można nawet pomyśleć, że Zet to prawdziwy zając ubrany w flanelową koszulę. Pięknie wygląda też fabryka słodyczy wielkanocnych. Ale, jeśli już o tym mowa, dla mnie cały pomysł z przedstawieniem zająca jako wiosennej wersji Mikołaja, to lekka przesada. Jasne, są domy, w których tradycją jest poranne poszukiwanie słodyczy ukrytych gdzieś w ogrodzie czy parku. Moi starsi bracia mieli nawet organizowane w tym celu leśne podchody. Ale czy którekolwiek z tych dzieciaków wierzy, że słodycze schował im zając wielkanocny? Wątpliwe. I choć można wszystko zwalić na różnice kulturowe, choć można powiedzieć, że w innych zakątkach świata wygląda to inaczej, jest w "Hop" jedna rzecz, która po prostu razi. Chodzi tu o wątek Freda, który jako dziecko widział zająca zostawiającego mu przed domem podarunek. Czekoladową figurkę, którą wtedy dostał, przechowuje na pamiątkę do dziś. A całe to zdarzenie ogromnie wpłynęło na jego osobowość i dorosłe życie. Jak już mówiłem - przesada. Dla dzieci do strawienia, dla dorosłych - niekoniecznie.

Film, prócz przepięknych animowanych postaci, ratuje dynamiczna końcówka z kurczakowym czarnym charakterem w roli głównej. Fajnie było też zobaczyć w epizodzie Davida Hasselhoffa, który udowadnia, że ma sporo dystansu do własnej osoby. Ale to właściwie byłoby na tyle. "Hop" jest miejscami lekki, przyjemny, kolorowy, w jednej ze scen naprawdę słodki (Zet udający pluszową zabawkę), w dwóch lub trzech innych śmieszny. To jednak trochę za mało. Przez większą część filmu jest po prostu nudno. Szkoda, że nie postarano się o lepszą fabułę, ciekawszych bohaterów. Szkoda, że nie spróbowano tchnąć w tę historię życia. Twórcy stwierdzili chyba, że plakat ze spoglądającym na nas zajączkiem i hasłem "Easter movie" wystarczy. No i w zasadzie wystarczył. Film w pierwszy weekend wyświetlania w samych Stanach zarobił ponad 38 milionów dolarów. Niezła sumka - produkcja zwróci się z nawiązką. Ale czy telewizja będzie pokazywać "Hop" w okresie świąt wielkanocnych tak, jak robi to kilka miesięcy wcześniej w przypadku "Kevina samego w domu"? Chyba tylko z braku innych pomysłów.

5/10

Hop

Tytuł polski: Hop
Czas trwania: 95 minut
Rok produkcji: 2011, USA

Reżyseria: Tim Hill
Scenariusz: Cinco Paul, Ken Daurio, Brian Lynch
Montaż: Peter S. Elliot, Gregory Perler
Muzyka: Christopher Lennertz

Wystąpili:
James Marsden Fred O'Hare
Russell Brand E.B.
Kaley Cuoco Sam O'Hare
Hank Azaria Carlos / Phil
Gary Cole Henry O'Hare
Elizabeth Perkins Bonnie O'Hare


Autor recenzji: Karol Barzowski
Oprawa HTML: Maciek Poleszak - CIUNIEK
Klub Miłośników Filmu, 21 kwietnia 2011
Podziel się

STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE