Wydaje się, że thriller policyjny z zacięciem filmu kryminalnego został w dużej części zawłaszczony przez telewizję. Seriale prześcigają się w tworzeniu coraz to nowszych postaci genialnych detektywów i seryjnych morderców, którzy każdego dnia przyciągają tłumy przed odbiorniki. Przyznać trzeba, że owe produkcje przeznaczone na srebrny ekran prezentują poziom, którego pozazdrościć im może wiele filmów kinowych. Poza tym, jak tu zaspokoić oczekiwania widza w dwie godziny, kiedy ma się za przeciwnika pełne pomysłów i liczące dziesiątki odcinków serie, za którymi stoi sztab pomysłowych scenarzystów? Walkę zdecydował się podjąć znany skądinąd producent Michael Bay i jego wytwórnia Platinum Dunes, specjalizująca się głównie w remake'ach znanych horrorów, odpowiedzialna między innymi za odświeżenie takich tytułów jak "Teksańska masakra piłą mechaniczną", "Autostopowicz", "Amityville" czy ostatnio "Piątek 13-go".
Zgodnie z zapowiedziami prasowymi, "Horsemen" miał podążać śladami wielkiego poprzednika, filmu "Siedem" Davida Finchera. Obraz okazał się podobno zbyt brutalny dla wrażliwego widza amerykańskiego, co przysporzyło dystrybutorowi zza oceanu nie lada problemów z wypuszczeniem dzieła Jonasa Akerlunda na tamtejszy rynek. Najwyraźniej w Polsce, statystyczny konsument thrillerów i sensacji jest w stanie wytrzymać więcej, gdyż nasz rodzimy Best Film zdecydował się wprowadzić "Horsemen" do kin kosztem nowej produkcji Sama Raimiego "Wrota do piekieł". Niestety, decyzja daleka jest od trafnej, a zapewnienia speców od marketingu co do wartości filmu okazały się przesadzone.
Pomimo, że Akerlund, do tej pory twórca klipów muzycznych, stara się jak może, jego film ani na chwilę nie opuszcza świata sztampy. Historia taka, jakich tysiące, czyli policjant po przejściach ścigający seryjnego mordercę, tym razem w liczbie czterech. Do tego pomysłowy scenarzysta zdecydował się dorzucić motywy biblijne, tym razem padło na apokalipsę według świętego Jana, i na spółkę z resztą ekipy stworzył kompletny miszmasz, niemal arcydzieło wśród marnych fabuł, bajkę dla naiwnych, z morałem prowokującym do uderzenia się w twarz otwartą dłonią. A zapowiadało się nieźle.
Zabawa Akerlunda w profesjonalnego filmowca jest momentami przekonująca, w przebłyskach świadomości twórczej potrafi on dobrze ustawić kamerę i pokazać pokryte śniegiem kanadyjskie plenery w sposób niemal urzekający, a zarazem złowieszczy. Wreszcie następuje pierwszy mord. Zanim się obejrzymy - kolejny. Mrugnięcie okiem - trzeci! Od przybytku głowa jednak boli i trudno jest wciągnąć się w dochodzenie, gdyż trupów, śladów i świadków przybywa z każdą minutą! Ponadto stale obserwujemy rodzinne życie, a właściwie jego brak, głównego bohatera odgrywanego przez Dennisa Quaida. Natłok wydarzeń przedstawionych w filmie daje poczucie pozornej dynamiki, gdyż akcja jest szarpana, chaotyczna i, co najbardziej boli, przewidywalna. Nie trzeba Sherlocka Holmesa, by rozwikłać zagadkę wcześniej niż detektyw Aidan Breslin. Być może to świadome działanie twórców. Przecież nic nie cieszy bardziej niż widz zadowolony sam z siebie, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wychodzący z kina. Jednak ten bardziej wymagający miłośnik spraw kryminalnych będzie rozczarowany i pewnie poczuje się nieco oszukany. Pomijając jednak sam naznaczony zwłokami szlak i skupiając się na motywach działań przestępców, można bez wyrzutów sumienia stwierdzić, że cała otoczka związana z jeźdźcami apokalipsy jest jedynie pretekstowa. Trudno, nawet przez półprzymknięte powieki, uwierzyć w to wszystko, nawet twist fabularny w finale nie przynosi wiarygodnego wyjaśnienia.
Postawiony w jednym szeregu z czołowymi serialami amerykańskimi o podobnej tematyce, "Horsemen" nie wytrzymuje konkurencji. Nawet osławiona brutalność tego obrazu, która może być dla niektórych zachętą, by jednak wybrać się do kina, jest wydumana i niemal ostentacyjna, chciałoby się zapytać: "o co ten szum?". W letnim sezonie ogórkowym może nieco łatwiej jest złowić przypadkowego widza i namówić na wieczór pełen obiecywanego napięcia. Na to właśnie liczył dystrybutor. Nie przewidział jednak, że w tym konkretnym przypadku, lepiej będzie zostać w domu i włączyć telewizor. Koniecznie w porze serialowej.
Horsemen - jeźdźcy Apokalipsy
The Horsemen
reżyseria - Jonas Akerlund
scenariusz - Dave Callaham
zdjęcia - Eric Broms
muzyka - Jan A.P. Kaczmarek
montaż - Jim May
czas projekcji - 110 minut
wystąpili:
Dennis Quaid (Breslin)
Ziyi Zhang (Kristen)
Paul Dooley (Ojciec Whiteleather)
Chelcie Ross (Krupa)
Peter Stormare (Pan Spitz)
Patrick Fugit (Cory)
Eric Balfour (Taylor)
Liam James (Sean Breslin)
Manfred Maretzki (Bob)
Autor recenzji: Bartosz Czartoryski - KEDDIE | Klub Miłośników Filmu, 10 lipca 2009