Sumienie Zachodu, czyli "Hotel Ruanda"
Kiedy kilka lat temu oglądałem
znakomity kanadyjski dokument "Ostatni sprawiedliwy", opowiadający
historię Romeo Dallaire'a, wojskowego dowodzącego siłami ONZ w Ruandzie
ogarniętej krwawym terrorem, miałem poczucie, że śledzę historię
niesłychanie istotną. Rzeź dokonana przez Hutu na zamieszkujących ten
sam kraj Tutsi stanowi kolejną czarną kartę w XX -wiecznej historii.
Ludobójstwo, jakiego dokonano w Afryce w 1994 roku, powinno było choćby
częściowo uświadomić ludziom Zachodu to, co dzieje się na Czarnym
Lądzie. Tymczasem syty Zachód po prostu zamknął oczy, zbył milczeniem
problemy narosłe przez lata kolonizacji i zrzekł się wszelkiej za nie
odpowiedzialności. Kiedy biali turyści opuścili luksusowe hotele,
eleganckie posiadłości, porzucili w popłochu kije golfowe i czym prędzej
wsiedli do samolotów, które zabrały ich w bezpieczne części świata,
wszyscy o sprawie zapomnieli. Wszyscy poza kanadyjskim dowódcą
starającym się w miarę możliwości nieść pomoc wspólnie ze swoim
niewielkim oddziałem. Dallaire nie jest jednak zadowolonym z siebie
bohaterem – to człowiek całkowicie załamany tym, że nie udało mu się
uratować wszystkich tych, których uratować należało. W niczym nie
zmniejsza jego bólu świadomość, iż po prostu nie był w stanie tego
dokonać w sytuacji, gdy ONZ nie zdecydowało się na zbrojną interwencję.
Postać kanadyjskiego wojskowego to jednakże jedynie jedna strona tej
opowieści. Jest jeszcze Paul Rusesabagina, pracownik ekskluzywnego
hotelu Milles Collines. Człowiek, który uratował dziesiątki ludzi
udzielając im schronienia w zarządzanym przez siebie obiekcie. To on
jest głównym bohaterem znakomitego filmu Terry'ego George'a "Hotel
Ruanda".
|
 |
 |
Od razu należy zaznaczyć, że nie
jest to historia opowiedziana ku pokrzepieniu serc. Owszem,
najważniejsza postać to człowiek znajdujący w sobie dość siły, aby
przeciwstawić się okrucieństwu (Paul jest Hutu, wprawdzie żonatym z
kobietą z plemienia Tutsi, ale jednak w oczach oprawców należącym do ich
rasy). Czeka go jednak bolesne rozczarowanie – choć usilnie starał się
zeuropeizować, spełniać oczekiwania swych belgijskich mocodawców,
zarówno o nim, jak i jego rodakach po prostu zapomniano, kiedy okazało
się, że ich kraj przestał być bezpiecznym miejscem wakacyjnych eskapad.
To film o ogromnym męstwie, na jakie zdobywają się zwykli ludzie, ale i
ogromie ludzkiej hipokryzji. Tytułowy hotel to oczywiście budynek, który
dzięki odwadze i sprycie Paula staje się schronieniem przed falą
bestialstwa. Tytuł jest jednak dwuznaczny – chodzi tu również o cały
kraj, który był celem wycieczek, niegdysiejszą kolonią zamienioną w
luksusowy kurort. Kiedy sytuacja stała się niebezpieczna, Ruanda została
opuszczona niczym nierentowny hotel, w którym nawaliła kanalizacja.
|
 |
 |
Film zrealizowano z precyzją, która
zdradza ogrom pracy wykonanej przed rozpoczęciem zdjęć. Terry George nie
epatuje widza tanim sentymentalizmem. Doskonale wie, że fakty same w
sobie są już wystarczająco dobitne. Nie oznacza to jednak, że historia
opowiada się sama – postacie są zbudowane niesłychanie precyzyjnie. Nie
dotyczy to jedynie Paula i jego najbliższego otoczenia, ale i postaci
drugoplanowych, jak grany przez Nicka Nolte pułkownik Oliver, alter ego
Dallaire'a, czy George Rutaganda dowodzący rozjuszonymi oddziałami Hutu.
Jego dyszące nienawiścią przemówienia transmitowały będą uliczne
szczekaczki. Atmosfera zagrożenia jest tu wszechobecna, hotel jest
niczym niewielka szalupa unosząca się na morzu okrucieństwa. Oprawcy są
nieprzewidywalni – niektórzy z nich mordują powodowani jedynie chęcią
zysku, inni pałają ślepą nienawiścią zakorzenioną w propagandzie.
|
 |
 |
Paul Rusesabagina, choć istniał naprawdę, jest równocześnie postacią symboliczną; bohaterem, ale i w pełni zeuropeizowanym
mieszkańcem Afryki, który miał wszelkie prawo, aby poczuć się oszukanym,
zdradzonym przez tych, z którymi jeszcze do niedawna prowadził uprzejme
konwersacje w hotelowych korytarzach. Kunszt aktorski Dona Cheadle oraz
wyczucie zarówno scenarzystów, jak i reżysera sprawiają, że nie jest to
postać posągowa, ale żywy człowiek drżący o swoją rodzinę. Paul
śmiertelnie się boi, umie jednak przezwyciężyć lęk i wziąć
odpowiedzialność za ludzi, którzy błagają go o pomoc. Ma oczywiście
chwile zwątpienia, w obliczu milczenia Zachodu doznaje poczucia życiowej
klęski, przekonuje się boleśnie, że życiowa droga, jaką obrał, nie
gwarantuje mu równych praw. Europeizacja okazała się marnym
zabezpieczeniem przed plemiennymi podziałami – nie tylko dla niego, ale
i dla całego kraju. Paradoksalnie to jego odpowiednie pochodzenie, a nie
nienaganne maniery i skrojony na miarę garnitur, gwarantują mu
bezpieczeństwo. Fakt, który czyni jego moralne dylematy jeszcze
poważniejszymi. Nie jest to jednakże wyłącznie problem Rusesabaginy, ale
również, a może przede wszystkim, wyzwanie rzucone uśpionym sumieniom
Zachodu.
 |
HOTEL RUANDA
[Hotel Rwanda]
Występują:
Don Cheadle jako Paul Rusesabagina
Sophie Okonedo jako Tatiana Rusesabagina
Hakeem Kae-Kazim jako George Rutaganda
Nick Nolte jako pułkownik Oliver
Fana Mokoena jako generał Bizimungu
Joaquin Phoenix jako Jack Daglish
I inni
Reżyseria: Terry George
Scenariusz: Keir Pearson i Terry George
Zdjęcia: Robert Fraisse
Montaż: Naomi Geraghty
Muzyka: Rupert Gregson-Williams, Andrea Guerra, Martin
Russell
Wlk. Brytania/Włochy/Afryka Płd. 2004
Klub
Miłośników Filmu | 04 XI 2005 |
|
| Autor recenzji:
Paweł Marczewski -
ShandoR |