To niesamowicie dobry film. Jeszcze nie potrafię powiedzieć czy na tyle znakomity, że godny uznania za wielkie filmowe dzieło. Jedno co wiem na pewno, to fakt, że film Stephena Daldry'ego porusza, zmusza do spojrzenia na życie w inny sposób, może dojrzalszy, może mądrzejszy. "Godziny" to kino intensywne emocjonalnie, zagarniające myśli, posiadające niezwykłą, literacką atmosferę, pozbawione banałów i uproszczeń.
Stephen Daldry sięgnął po powieść Michaela Cunninghama w adaptacji znanego dramaturga Davida Hare.
To film, osnuty wokół postaci i powieści Virginii Woolf, który nie dopowiada, bawi się tajemnicą i słowami pełnymi poezji, uczuć, natrętnych myśli. "Godziny" to wielki, naprawdę wielki popis aktorski gwiazd Hollywood (w zupełnie niehollywoodzkim filmie). Nicole Kidman wspaniała, Julianne Moore genialna, Meryl Streep doskonała. Te trzy kobiety są wariantami tej samej osoby, Pani Dalloway, która gdzieś zgubiła szczęście. A jeszcze Ed Harris (przesadzę jesli powiem, że najbardziej poruszający?), John C. Reilly, Toni Colette, Jeff Daniels, Claire Danes... Perfekcyjnie dobrana obsada, a sam film po mistrzowsku wyreżyserowany przez Daldry'ego. Ten reżyser opowiedział o szczęściu w sposób bardzo szczery, prawdziwy, choć dość bolesny. "Godziny" poruszają, bo pytają o moje głupie życie, bo bezczelnie się przyglądają ludziom, a ja, równie bezpardonowo, staję się ich cząstką, choć ich nie znam.
Kiedy można poczuć się szczęśliwym? Zapewne większość, jeśli nie wszyscy, sięgnie do wspomnień
wypływających z odmętów pamięci. Bo przypomnieć sobie szczęście to czerpać z przeszłości, z tego
co było, już nie jest. Przypomnieć chwile ulotne, tymczasowe, na tyle piękne, że wszelkie
skojarzenia związane ze szczęściem będą podstawą określania naszego bytu, tu i teraz. Zawsze
porównując, zawsze wojując z przeszłością, bo kiedyś było lepiej, ciekawiej, bardziej intrygująco.
Szczęście to kompletny żywioł pozostawiony gdzieś z tyłu, od którego już dawno się uciekło i nie
ma już żadnych złudzeń, pozostają jedynie marzenia, sny, fantazje o tych arkadiach. Do czego więc można tęsknić, gdy już nie ma nadziei? Gdy już odeszło wszystko co dobre, co lepsze,
a trwanie, ta głupia, bolesna, beznadziejna rzeczywistość pozostanie taka jaka jest, na wieki
wieków, cały czas niezmienna, stała? Virginia Woolf mówi, że umrzeć warto. Śmierć jest po to, żeby
reszta doceniła życie... Jest więc nadzieja w tej beznadziei.
Widzimy trzy kobiety.
Pierwsza z nich z nich wychodzi z domu. Brzydka sukienka, skręt w ustach, wzrok mętny. Ona sama
jakby nieobecna, przemyka ulicami, wchodzi do lasu, po chwili stoi nad rzeką. Słyszymy jej głos
przepraszający ukochanego, któremu trudno będzie pogodzić się ze śmiercią już za moment, gdy
Virginia rzuci się w toń głębokiego strumienia...
Ta druga. Też jakby nieobecna, jej oczy uciekają od spojrzeń męża i dziecka, jej zaciśnięte
dłonie, jej uśmiech przepełniony goryczą, smutkiem zdradza nieznaną nikomu tajemnicę. Jej dom
piękny i przytulny, partner u boku wyrozumiały, dziecko mówiące "Kocham cię, mamo". Jest idealnie.
Ta trzecia. Już za chwilę zorganizuje przyjęcie dla przyjaciela, ciągle przy telefonie załatwiając
tysiące spraw. Lubi kwiaty, codziennie je kupuje. Na jej twarzy wciąż jednak maluje się jakiegoś
rodzaju niepewność, może smutek.
Słyszymy słowa: "Twoje życie jest trywialne". Jest bezużyteczne, jest zwykłe, jest irytujące w
swoich szczegółach, swoich spotkaniach, rozmowach. Jest trywialne, bo wciąż i wciąż powtarzalne,
codzienne takie same gesty, ludzie, słowa odprawiane jak mantra. Twoje życie jest głupie, bo
udajesz uśmiech, udajesz szczęście, zrozumienie. I ono, to życie, trwa GODZINY, a z nich są
zbudowane całe dnie pełne bezużytecznych czynności. Szczęście to jedynie kilka sekund, może parę
chwil należących do wspomnień, do przeszłości, która z pewnością nie wróci. A nawet jeśli poczuć
będzie można, że się zbliża to kojące, błogie uczucie szczęśliwości, znaczyć będzie, że już jest, że trwa. I powoli mija, tonie w
zapomnieniu, stając się szybko marzeniem człowieka tkwiącego w godzinach, dniach, tygodniach,
latach...
Ta pierwsza, Virginia Woolf i jej życie w latach 20. Podobno chora psychicznie z wieczną depresją, zbzikowana pisarka, która żyje w dwóch światach - tym rzeczywistym i tym z
kart powieści właśnie pisanych. Huśtawki nastrojów, omdlenia, słyszenie głosów - jest niewolnicą
swoich nastrojów, a o założenie kajdan decydują lekarze i mąż nie znający jej potrzeb. Ona nie ma
wyboru, nie ma wolności. Jest skrępowana własną ułomnością, depresją. Virginia wspomina chwile
miłości, bliskości, których brak w tych potwornych, ciemnych czasach samotności.
Ta druga, żyjąca w latach 50. Tutaj na szafowanie nieszczęściem, kłopotem, smutkiem nie ma
miejsca, bo w tym świecie dąży się do perfekcji. Tutaj na przedmieściach rodzi się mit American
Dream, tutaj wzory i normy kulturowe stają się masowe i jako takie nigdy nie będą naznaczone
błędem. To fałszywy komfort, to sztuczne dekoracje. Autentyczne emocje obecne są w pokojach, w
samotności przed lustrem i tam można jedynie cierpieć, płakać, zrzucić z siebie te plastikowe
uczucia, którymi karmimy wszystkich dookoła każdego dnia, każdej nocy.
Ta trzecia, kobieta współczesna, żyjąca współcześnie, obracająca się w kręgu intelektualistów
nowojorskich. Można z jej oczu odczytać jakiś żal. Może niespełnienie? Organizowaniem przyjęć
zagłusza ciszę, która wypełnia jej wszystkie dni. Codziennie bezużyteczne czynności, codzienne
takie same zmagania, coś dla innych, szczególnie dla Richarda (jej byłego kochanka, przyjaciela?),
który swoją poezją, pełną mocnej, bolesnej prawdy, naznacza sens życiu Clarissy, odmierza jej
GODZINY.
Łączy je pewnego rodzaju niewola GODZIN w których tkwią bezustannie wspominając minione szczęścia.
Virginia pisze tuż przed samobójstwem pożegnalny list do męża wspominając chwile przepełnione
miłością, zrozumieniem dla jej słabości. To podziękowanie za bliskość. Szczęście Laury to
wspomnienie o miłości jej męża, o jego pięknej tęsknocie przepełnionej marzeniami o spokojnym domu
i - chyba najważniejsze - o niej samej. Tej trzeciej, Clarissy, szczęście to ten moment, gdy
pewnego zwykłego poranka wyszła na ganek i w tej krótkiej chwili stała się najpiękniejszą istotą
dla Richarda.
Znowu o słowach Virginii Woolf: "Śmierć jest po to, aby reszta doceniła życie". Śmierć to coś, co
wyzwala prawdziwe uczucia, niegdyś skryte bądź zapomniane. Docenić życie to docenić stratę,
wspomnieć chwile szczęścia, zmienić bieg GODZIN. Śmierć to ucieczka od szarości zwykłego dnia, od
niezmiennej rzeczywistości wypełnianej wciąż wspomnieniami o byłych chwilach szczęścia. To bolesne
spojrzenie w twarz zmarłego. Zegar odmierzający GODZINY staje. Może w tym momencie rodzi się
chwila szczęścia? Chyba tak.
I to jest pełne nadziei, mimo wszystko.
AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI