Inny film. Sala sądowa. Mowa końcowa adwokata, bynajmniej nie diabła. Zwracając się do konserwatywnych i uprzedzonych rasowo ławników, obrońca prosi ich o zamknięcie oczu, po czym przytacza szczegóły wydarzeń, stanowiące kanwę finalizującej się właśnie sprawy. A wzruszającą i pełną emocji przemowę o czarnoskórej dziewczynce, brutalnie okaleczonej i zgwałconej przez dwójkę białych oprawców, kończy stwierdzeniem: "A teraz wyobraźcie sobie, że ona jest biała". Te mocne słowa padły w filmie "Czas zabijania", a wypowiedział je Matthew McConaughey. Dlaczego przytaczam tę scenę i te słowa na początku niniejszej recenzji? Dowiecie się o tym na jej końcu...

Za "I Love You Phillip Morris" odpowiedzialny jest duet utalentowanych scenarzystów, spod ręki których wyszedł tekst, będący podstawą realizacji perełki pt. "Zły Mikołaj". Nie wiem jak dla kogo, ale dla mnie taki stan rzeczy jest wystarczającą rekomendacją dla debiutu reżyserskiego (bo takowym właśnie jest recenzowany film) w/w pary twórców. W związku z tym postanowiłem skonfrontować swoje oczekiwania (nie ukrywam, że spore) względem filmu z samym filmem, co niekoniecznie wyszło mi oraz rzeczonemu filmowi na dobre. Bo owszem, na "I Love You Phillip Morris" bawiłem się świetnie, ale bawiłem się tak jakby na pół gwizdka. Nie potrafiłem iść na całość, bo i John Requa i Glenn Ficarra również nie poszli na całość. Owszem, parę razy otarli się o coś więcej niż tylko polityczną poprawność, skrojoną na miarę oczekiwań łaknącego letniej (dosłownie i w przenośni) rozrywki widza, ale tylko parę razy. Brutalna prawda jest jednak taka, że snując swoją zwariowaną skądinąd opowieść o zwariowanej skądinąd miłości zwariowanego skądinąd homoseksualisty do innego - skądinąd już nie zwariowanego - homoseksualisty, ulokowali się w bezpiecznej przestrzeni, umownie znajdującej się gdzieś pomiędzy stwierdzaniem "mamy wszystko głęboko w dupie", a stwierdzeniem "mamy tylko co nieco w głębokim poważaniu". Mając w pamięci "Złego mikołaja" oraz na uwadze genezę przedstawionej w recenzowanym filmie historii, spodziewałem się na seansie co najmniej moralnego sponiewierania, jakiego niestety nie doświadczyłem. Jeśli zatem z trwogą wypatrujecie ewentualnego zetknięcia z filmem, oczekując czegoś na miarę mentalnego gwałtu, z dziką premedytacją dokonanego na waszych wrażliwych psyche przez ordynarnego (za przeproszeniem) pedzia - bez obaw, takich wrażeń tu nie znajdziecie. Zamiast powyższego możecie zostać jedynie lekko (mentalnie) spoliczkowani przez zmanierowanego do kwadratu geja, takiego akuratnego i akceptowalnego, bo chociaż śmiesznego, to jednak pod każdym względem nieszkodliwego...


W historii opowiedzianej w "I Love You Phillip Morris" ucieleśnieniem tego pierwszego typu koszmarów każdego szanującego się heteroseksualisty jest Steven Russell (Jim Carrey), ucieleśnieniem tego drugiego jest natomiast Phillip Morris ( Ewan McGregor). Steven i Phillip są tak różni, jak tylko różne mogą być przeciwieństwa, z jakichś irracjonalnych powodów jednak się do siebie przyciągające. Właściwie w/w dżentelmeni mają tylko jeden wspólny mianownik, a jest nim pociąg - nie tylko seksualny - do tej samej płci. Ten czynnik siłą rzeczy daje im szanse na uczucie, jakie (teoretycznie) nie byłoby im dane w przypadku, gdyby nie byli zorientowani homoseksualnie. Uczuciem tym jest miłość od niemal pierwszego wejrzenia, jaka spada na nich jak grom z jasnego nieba, co ma miejsce w scenerii nie do końca dla tego typu amorów abstrakcyjnej, czyli w teksańskim więzieniu, w którym obydwaj panowie odsiadują swoje wyroki. Dalej jest już tylko lepiej, czyli tak jakby raz lepiej, a raz gorzej (jak to w namiętnej miłości bywa). Jest więc czas na sielankę, jest więc czas na kłótnie, gwałtowne rozstania i spektakularne powroty, a wszystko to okraszone jest lekką nutką pikanterii, nie do końca wynikającej z samego charakteru związku głównych bohaterów opowieści. Bo oprócz wątku miłosnego, mamy tu również wątek kryminalny, w znacznym stopniu determinujący ten pierwszy, lub w znacznym stopniu będący przez ten pierwszy determinowany...

I tu właśnie leży pies pogrzebany. Bo w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, co tak naprawdę nakręca spiralę filmowych wydarzeń: czy fakt, że Steven Russell jest homoseksualistą, czy też fakt, że Steven Russell jest oszustem. Czy Steven jest oszustem dlatego, że jest gejem, a bycie gejem jest kosztowne (jak uważa, co z kolei stoi w opozycji do oczekiwań miłości jego życia, czyli Phillipa)? Czy może Steven jest przede wszystkim oszustem, a dopiero potem gejem, co oznacza, że byłby oszustem nawet wtedy, gdyby był heteroseksualistą? Akcenty (zwłaszcza komediowe) rozłożone są mniej więcej sprawiedliwie na obydwa wątki, więc tak naprawdę trudno ten dylemat rozstrzygnąć, w czym wcale nie jest pomocny ani fakt, że Steven w jakimś sensie całe swoje życie oszukiwał (ukrywając swoje prawdziwe preferencje seksualne w czasach poprzedzających jego coming out, kiedy to był jeszcze przykładnym mężem, ojcem, organistą oraz policjantem), ani też fakt, że w/w historię napisało samo życie. Bo a) miłe złego początki były w przypadku Stevena koniecznością prawdziwą, a nie wydumaną, jak w dalszej części opowieści oraz b) film to życie, z którego powinno się wyrzucić wszystko to, co nudne lub zbędne dla świata przedstawionego na ekranie, o czym piszący scenariusz twórcy chyba raczyli zapomnieć. A to drugie powoduje, że w filmie wszystkiego jest za dużo, narracja jest mętna, a wątki poplątane. Dzięki Bogu, że mimo wszystko jest zabawnie, pomimo, że gdzieś tam w głębi dramatycznie, a momentami wręcz tragicznie...


Nie da się nie zauważyć, że to odtwórcy głównych ról regulują temperaturę całego filmu. Z jednej strony gorący Carrey, z drugiej - stonowany McGregor (nawiasem mówiąc naprawdę w swojej roli przekonujący). Gorący Carrey podnosi temperaturę filmu w czasie swoich kryminalnych (i nie tylko) eskapad, stonowany McGregor obniża ją w niemal wszystkich scenach ze swoim udziałem, w lwiej części mocno sielankowych. Jako duet aktorzy wypadają w filmie świetnie i mimo wszystko są jego największym atutem (paradoksalnie - jeśli weźmiemy pod uwagę nazwiska i wcześniejsze zawodowe dokonania twórców filmu - najsłabszym ogniwem w tej układance pt. "I love You Phillip Morris" jest bez wątpienia scenariusz). Dodam jeszcze, że sam Jim Carrey jest dobry, chociaż średni. Osobiście wolę go w bardziej ekstremalnym wydaniu, czyli albo totalnie "odjechanym" ("Maska"), albo totalnie stonowanym ("Zakochany bez pamięci"); taki średni Jim średnio mi się podoba, z tego powodu, że w czasie trwania seansu nie bardzo wiadomo, jak ustosunkować się do tego, co w danym momencie wyczynia on na ekranie. Kiedy więc w pewnym bardzo dramatycznym momencie filmu Jim Carrey krzyczy "I love You Phillip Morris!" - cóż, odniosłem nieodparte wrażenie, że robi on sobie po prostu jaja, chociaż najwyraźniej wyartykułował swoje uczucie całkowicie serio i tak jakby z głębi swojego rozkochanego serca...

A wracając do początku... Zamknijcie oczy... Opowiem wam teraz historię dwóch mężczyzn, których ścieżki życia w pewnym momencie przecięły się... Pierwszy mężczyzna to Steven Russell, który jest szalony i nieobliczalny, gotowy, by niemal umrzeć dla miłości... Drugi mężczyzna to Phillip Morris, człowiek spokojny i pokorny, kochający mocno, chociaż inaczej... Właściwie to obydwaj mężczyźni kochają inaczej, a oprócz tego każdy z nich kocha jeszcze inaczej, niż inaczej... W każdym razie ich miłość jest prawdziwa i namiętna, czyli prawdziwie namiętna... Kiedy padają sobie w ramiona, cóż, tulą się wtedy do siebie bez opamiętania... Kiedy składają na swoich ustach namiętne pocałunki, cóż, również czynią to bez opamiętania... A kiedy wskakują na więzienną pryczę i wsuwają się pod więzienny kocyk - cóż, kochają się wtedy bez opamiętania! A jeśli to dla was zbyt wiele, jeśli taki obraz miłości stanowi potwarz dla waszego ładnie poukładanego światopoglądu, cóż, po prostu wyobraźcie sobie, że Phillip Morris... jest kobietą! No, ale wtedy byłaby to opowieść na zupełnie inny film...


6/10





wytwórnia - Europa Corp., Mad Chance, 2009
scenariusz i reżyseria - Glenn Ficarra, John Requa
wg powieści - Steve'a McVickera
produkcja - Andrew Lazar, Far Shariat, Luc Besson
zdjęcia - Xavier Pérez Grobet
muzyka - Nick Urata
montaż - Thomas J. Nordberg
scenografia - Hugo Luczyc-Wyhowski
czas projekcji - 102 minuty

wystąpili
Jim Carrey
Ewan McGregor
Antoni Corone
Lance E. Nichols
Michael Showers
Griff Furst
Nicholas Alexander
Marc Macaulay
(Steven Russell)
(Phillip Morris)
(Lindholm)
(sędzia w Houston)
(Gary)
(Mark)
(brat Stevena)
(policjant z Houston)

Autor recenzji: Bolesław Dochuński-Duchoński - BD-D [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 25 maja 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF