Przeżywająca kryzys wieku średniego kobieta cofa się w przeszłość, by naprawić błędy młodości - sam potencjał takiej opowieści mierzy się w jednostkach astronomicznych, zaś jeśli za punkt docelowy podróży w czasie obierze się swojski PRL, możliwości scenarzysty będą nieskończone. Tym większy żal, że całkiem niezły reżyser Juliusz Machulski dostał do zekranizowania tekst bardzo słabego scenarzysty Juliusza Machulskiego.
"Ile waży koń trojański?" jest tytułem bardzo przyzwoitym technicznie. Zdjęcia stoją na wysokim poziomie, oświetlenie nie zawodzi, zaś scenografia prezentuje się bardzo filmowo. To zasługa Machulskiego-reżysera. On również odpowiada za dobór całkiem niezłych aktorów oraz ich całkiem niezłe kreacje, z brylującym Robertem Więckiewiczem na czele. Machulski-scenarzysta także ma swoje wzloty, objawiające się paroma zabawnymi gagami oraz rewelacyjnym monologiem Więckiewicza z połowy filmu. Niestety, jednoosobowy duet scenariuszowo-reżyserski zalicza tyle potknięć, że nic nie może go uratować przed upadkiem.

Przede wszystkim film jest zbyt długi. To standardowa przypadłość produkcji, za które w całości odpowiada jedna osoba. Reżyser z oczywistych przyczyn nie mógł wytknąć scenarzyście niepotrzebnego rozwlekania akcji. Inny ważny problem to przynależność gatunkowa. Skoro od chwili rozpoczęcia produkcji reklamuje się "Konia" jako komedię, to czemu gagi występują rzadko, gdzieś w tle, a jednymi z najważniejszych scen są typowo polskie kłótnie małżeńskie rozgrywane w kuchni (jedna nawet przy wódce)? A jeśli już chce się przenieść widza w magiczne czasy szalejącej komuny, dlaczego za podkład muzyczny wybiera się hiszpańskie brzdąkanie gitary, kosmicznie niepasujące do epoki, która zrodziła najlepsze polskie piosenki? I czy scenografię PRL-u koniecznie trzeba ograniczyć do jednego "maluszka", stojącego gdzieś w tle w każdym ujęciu?
Zostawmy jednak drobnostki i wytoczmy ciężką artylerię. Powyższe uchybienia nie mają najmniejszego znaczenia, gdy w miarę oglądania zacznie do widza docierać podstawowy błąd filmu. Mimo że traktuje on o podróżach w czasie, tak naprawdę stoi w miejscu. Twierdzenie to można uzasadnić dwojako. Po pierwsze, bohaterowie nie zmieniają się ani o jotę, choć właśnie ich przemiany sugeruje prolog. Ten facet jest zły, tamten bije żonę, a jeszcze inny wydaje się podejrzanie idealny. Aż się prosi, by coś z tym zrobić. Niestety - nikt nie ujawnia swojego "prawdziwego wnętrza", nikt nie okazuje szlachetności ani nie zawodzi w krytycznej chwili. W porządku, postaci mają charakter - ale zbyt kurczowo się go trzymają, nie wychylając się poza przypisany schemat.

Po drugie, podróż w czasie jest absolutnie nieuzasadniona. Główna bohaterka nie ma motywacji do działania. Punkt wyjściowy, czyli teraźniejszość, wygląda następująco: Zocha ma idealnego męża i idealną córkę; są bogaci, żyją w pięknym domu, a na dodatek zaraz przeprowadzą się do jeszcze piękniejszego apartamentu. Mąż Zochy odnosi gigantyczne sukcesy. Jej były mąż płaszczy się przed nią i z podkulonym ogonem zabiera ostatnie manatki. Co zatem można poprawiać? Po co cofać się w czasie? Otóż, według Machulskiego, po to, by jeszcze wcześniej poznać Prawdziwą Miłość. To tak jakby cofać się w czasie, żeby uniknąć przesłodzenia herbaty sprzed dwóch dekad. Jakimi pokładami egoizmu trzeba się cechować, żeby chcieć udoskonalać ideał i chcieć wymazać błędy, których konsekwencje pozwoliły go wypracować?
Zostaje jeszcze zakończenie, które zasługuje na osobny akapit. Uwaga, teraz wystąpią spojlery. Końcówka bowiem wyolbrzymia kolejny błąd popełniony przez Machulskiego. Otóż scenarzysta nigdy nie sprecyzował reguł gry. Dlaczego i w jaki sposób Zocha przeniosła się w czasie? Co dokładnie powinna zrobić, żeby wrócić? W "Dniu świstaka", do którego podobieństwa można w "Koniu" zauważyć, Bill Murray stopniowo uczył się zasad rządzących jego dziwnym światem. U Machulskiego poczynania bohaterki na nic nie wpływają. Co gorsza, jak się okazuje po dwóch długich godzinach spędzonych w kinie, jej podróż służy temu, by utrzymać status quo, którego nikt nie chciał zmieniać. Znacie dowcip o Nieuchwytnym Billu, który był nieuchwytny, bo nikt go nigdy nie ścigał? Jego odpowiedniczką jest Zocha, ratująca coś, co nigdy nie było zagrożone. Zaś ostatnie ujęcie zasługuje na specjalne wyróżnienie w kategorii "kuriozum roku". Jednak nie warto dla niego marnować dwudziestu złotych na bilet.

Na koniec dygresja: w jednej ze scen bohater czyta książkę "How to make a good script great". Machulski powinien samemu przeczytać tę pozycję, zanim umieści ją w swym filmie. Choć sugerowałbym raczej zacząć od "How to write a fairly decent script", a potem przejść na poziom zarezerwowany dla profesjonalistów.

Ocena: 2\10


wytwórnia - Studio Filmowe Zebra, 2008
reżyseria - Juliusz Machulski
scenariusz - Juliusz Machulski
zdjęcia - Witold Adamek
muzyka - Jacek Królik
scenografia - Joanna Macha
kostiumy - Ewa Machulska
czas projekcji - 118 minut


Ilona Ostrowska
Maciej Marczewski
Robert Więckiewicz
Danuta Szaflarska
Maja Ostaszewska
Sylwia Dziorek
Katarzyna Kwiatkowska


Zosia
Kuba
Darek
Babcia
Lidka
Florka
Marta


Autor artykułu: Michał Puczyński - MILITARY | Klub Miłośników Filmu, 28 grudnia 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA