Zapisana na kartach popularnego serwisu IMDb
twórczość Tarsema Singha delikatnie pisząc, nie powala. To reżyser wciąż mało
rozpoznawalny, choć jego dzieła noszą w sobie potężny ładunek oryginalności,
przynajmniej pod kątem wizualnym. „Immortals” (zapomnijmy w tym miejscu o
pełnym, polskim tytule) już w zwiastunach prezentowało się nad wyraz efektownie
– schludne i ciasne scenografie mieszały się z widowiskowymi wstawkami,
wspartymi mocą obliczeniową nowoczesnych stacji graficznych. Swoją robotę zrobił
także marketingowy slogan nawiązujący do „300” Zacka Snydera. Czy jednak to, co
w dwuminutowej reklamie mogło zachęcić do seansu sprawdza się w dwugodzinnym
widowisku?
Singh dostał od producentów wolną rękę w kręceniu materiału pod konkretną
kategorię wiekową, jednakże pieczę nad postprodukcją sprawować mieli już
decydenci z Relativity Media. Grube ryby ze studia postanowiły więc, że „Immortals”
będzie konwertowane do trójwymiaru, co w pewnym stopniu pokłóciło się z wizją
reżysera. Ten konflikt widać zresztą w produkcie kinowym. Obraz Hindusa mógłby
sobie spokojnie poradzić bez tej całej technologicznej otoczki. Kolejny wymiar
został wpakowany na siłę, zapewne w celu opróżnienia naszych kieszeni z
kolejnych złotówek (a zwłaszcza dolarów). Dzieło Singha robiłoby naprawdę lepsze
wrażenie w cyfrowej wersji 2D. Jedynym plusem konwersji jest w zasadzie jej
jakość – przebiegła ona pomyślnie i w trakcie oglądania nie daje się odczuć
fuszerki porównywalnej z nieszczęsnym „Starciem Tytanów”. Szkoda tylko, że 3D w
„Immortals” nie oferuje niczego ciekawego.
Strona wizualna w oderwaniu od nieszczęsnego trójwymiaru prezentuje się za to
pierwszorzędnie. W tym aspekcie kosztująca blisko 85 milionów dolarów produkcja
jest nie lada gratką dla osób szukających w kinie rozrywkowym czegoś więcej niż
skserowanego akcyjniaka z Jasonem Stathamem w roli głównej. Zaskoczeni będą
zwłaszcza ci, którzy liczą (sugerując się zwiastunem) na bitwy z udziałem setek
tysięcy żołnierzy. Otóż Singh prowadzi swoich bohaterów za rączkę przez skromne,
wręcz teatralne dekoracje, budując w widzach uczucie klaustrofobii. Niektóre
sceny rozgrywają się w bardzo ciasnych pomieszczeniach ubogich w detale, co –
pomimo zastosowanego żółtego filtru – dodaje nieco surowości. Twórca „Celi”
sporadycznie gościł w plenerze, ograniczając się przy tym wyłącznie do szerokich
ujęć lokacji lub bitew. Tych ostatnich zresztą w filmie nie ma zbyt wiele, gdyż
w wymianach ciosów uczestniczy zazwyczaj kilkunastu osobników płci męskiej i...
żeńskiej. Warstwa wizualna broni się jednak nie tylko oszczędną i przemyślaną
formą, ale także pracą kamery. Niektóre fragmenty prezentują się bowiem
‘odjechanie’, w czym duża zasługa operatora Brendana Galvina.
Z pewnością zauważyliście, że do tej pory skutecznie omijałem tematy związane ze
scenariuszem, aktorami oraz dialogami. To dość drażliwa kwestia, która dla
jednych będzie kolejnym argumentem do zbesztania „Immortals”, natomiast dla
drugich czymś zupełnie normalnym w propozycji na weekendowy relaks. Film Singha
cierpi po części w każdej z tych płaszczyzn, choć kilka pozytywów udało mi się
jednak wyłapać. Jednym z nich jest prężący swoją muskulaturę Henry Cavill w roli
Tezeusza. Jest to bohater do bólu podręcznikowy, gdyż przez jego czyny przemawia
głównie dobroć, ciepło oraz szlachetność. Mimo tej wąskiej gamy cech, aktor
potrafił przekuć postać greckiego wieśniaka na coś lepszego – na herosa
poszukującego zemsty. O ile przez pierwsze dwa kwadranse Cavill wydaje się być
raczej nudziarzem zajmującym się ścinaniem drzew na opał, tak z każdą następną
minutą wyraźnie się rozkręca. Nowy Superman bardzo dobrze wypada także w scenach
akcji, w których stosuje raczej mniej wyrafinowane techniki eliminacji
przeciwników - ostrze miecza musi przebić tors rywala, reszta się nie liczy.
Po drugiej stronie barykady mamy ukrytego za maską (i kudłami) Mickeya Rourke’a.
Hyperion w wersji „immortalowej” to bardzo demoniczny władca (twórcy generalnie
bardzo pofolgowali sobie kwestię zgodności historycznej) i brutal. Sadystyczne
zapędy czarnych charakterów nie są czymś nowym, ale muszę przyznać, że Rourke
swoim okrucieństwem potrafi budzić respekt. Papierowość Hyperiona w tym
konkretnym przypadku to zaleta, bo od pierwszej sekundy widz zdaje sobie sprawę,
że jest to groźny typ. Obu panom asystuje Freida Pinto, która wciąż nie chce
pokazać męskiej części publiczności swoich wdzięków (w scenie łóżkowej
skorzystała z usług dublerki). Poza tym jej rola ogranicza się wyłącznie do
uśmiechania się i łażenia za Tezeuszem. Zdecydowanie najgorzej wypada cały drugi
plan na czele z szarżującym w każdej sekundzie Stephenem Dorffem.
Jeszcze gorsze wrażenie sprawia pozbawiony iskry scenariusz autorstwa braci
Parlapanides. Gdyby nie artystyczne zapędy Singha „Immortals” byłoby bardzo
odtwórcze i raczej mało interesujące. To z grubsza opowieść o zemście, ale
potencjał na solidnie wyreżyserowaną, krwawą wendettę został zwyczajnie
zmarnowany. Dlaczego? Do wątku odwetu przyłączono także poszukiwania magicznego
łuku Epirusa przez Hyperiona oraz dumanie greckich Bogów nad potencjalnym
wkroczeniem do akcji. Oba motywy potraktowano maskarycznie po łebkach, a
gwoździem do trumny są fatalnie napisane dialogi, które przebijają nawet suchary
z niskobudżetowych pozycji familijnych. To wszystko powoduje, że główny cel
podróży Tezeusza gdzieś po drodze się rozmydla. Kiedy już bohater osiąga status
przywódcy, my wzruszamy ramionami. Bo czy wiarygodnym jest, gdy po kilku dniach
tułaczki okazyjnie trenujący sztuki walki farmer zostaje najlepszym wojownikiem
Grecji, który gotów jest porwać tłumy skopiowaną z Bravehearta przemową? „Immortals”
brakuje przede wszystkim jakiejś płynności w przekazywaniu faktów, a
błyskawiczne przechodzenie do porządku dziennego sprawuje się tu raczej kiepsko.
Kreatywności wystarczyło jedynie na efekty specjalne, scenografię, kostiumy i
stylistykę.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do kultowych już w pewnych kręgach „300”, film
Tarsema Singha zostanie bardzo szybko zapomniany. Nie ma w sobie takiego ładunku
rozrywki jak dzieło Snydera, przy czym nie sposób odmówić mu wyjątkowo
atrakcyjnej oprawy. Nie znajdziemy w nim przypadkowych kadrów, niechlujnych ujęć
i beznadziejnego montażu. To obraz skonstruowany na bazie matematycznych wzorów,
gdzie lewa strona musi się równać prawej. Niestety, poza błyskotkami,
nieocenzurowaną przemocą i w miarę charyzmatycznymi bohaterami, nie oferuje w
zasadzie niczego ujmującego.
Ocena:
5/10
|
 |
Immortals. Bogowie i herosi 3D
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 110 min.
Reżyseria: Tarsem Singh
Scenariusz: Vlas Parlapanides, Charley Parlapanides
Zdjęcia: Brendan Galvin
Aktorzy:
Henry Cavill, Mickey Rourke, Stephen Dorff, Freida Pinto, Luke Evans, John Hurt, Joseph Morgan, Anne Day-Jones, Greg Bryk
|
|
Autor tekstu:
Adam Kaczmarek - SNAPPIK
[e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 16 listopada 2011
Oprawa html:
Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA
RECENZJE |
ANALIZY |
ARTYKUŁY
FORUM DYSKUSYJNE