F i l m   " C a p o t e " ,  2 0 0 5


To właśnie od tego filmu zaczęła się moja przygoda z "In cold blood". Do momentu obejrzenia "Capote", nie wiedziałem kim jest Truman Capote i co to jest "Z zimną krwią". Wiedziałem jedynie kim jest Phillip Seymour Hoffman i że za rolę w "Capote" dostał Oscara. Na napisach końcowych do filmu Bennetta Millera dowiedziałem się z kolei, że "In cold blood" okazała się najlepszą książką Trumana Capote i uważana jest za najlepszą amerykańską powieść. I tu nastąpił mój prywatny punkt zwrotny, czyli szaleńcze zainteresowanie tematem, co pociągnęło za sobą przeczytanie książki, obejrzenie ekranizacji, poszerzanie wiadomości na temat rodziny Clutterów i ponowne obejrzenie "Capote" - znając książkę ogląda się dzieło Millera zupełnie inaczej, lepiej, pełniej! A wszystko to zaowocowało wydaniem na świat tekstu, którego przedostatni rozdział właśnie czytacie. Jaki więc jest film, od którego wszystko się dla mnie zaczęło? Użyję kilku prostych przymiotników: spokojny, senny, ponury, wyciszony, stonowany, statyczny, spójny, przemyślany, inteligentny, oszczędny. Skąpany w szarościach, beżach i przykurzonej zieleni. Z podkreślającymi klimat ujęciami rozległych, kansaskich pól uprawnych (*), spokojną muzyką i niespiesznym montażem. Fabuła sączy się niczym wykwintny drink, który należy pić powoli, aby rozkoszować się każdym łykiem. Bo w "Capote" można się rozsmakować, głównie za sprawą fenomenalnego Phillipa Seymoura Hoffmana, tworzącego tu kreację wybitną. Hoffman schudł do roli 40 funtów, zmienił głos z szorstkiego, ponurego barytonu, na piskliwy, drażniący charakterystyczny mezza voce, który był cechą charakterystyczną Trumana Capote i po prostu wskoczył w skórę autora "In cold blood", zaprzeczając jego słowom, że "nie ma i nigdy nie będzie drugiego Trumana Capote". Jego koncertowa gra, w kilku momentach wzbija się na wyżyny sztuki aktorskiej. Jak choćby w scenie w pociągu, gdy Truman z dziecinną naiwnością, nieudolnie próbuje oszukać Harper Lee, namawiając chłopaka z obsługi, aby poprosił go o autograf i piał z zachwytu nad jego ostatnią książką. Zdemaskowany, wybucha niewinnym, autoironicznym śmiechem. Ta krótka scenka wystarcza, aby pokazać na ekranie geniusza mającego do siebie ogromny dystans. Rozbraja Hoffman siedzący wśród establishmentu amerykańskiej śmietanki kulturalnej, gdy za wychodzącym z pokoju mężczyzną (chwalącym portret psychologiczny morderców stworzony w książce Capote'ego) woła: Zatrzymać go... Wracaj tu!... Tato!. Albo gdy próbuje uciszyć Harper Lee, markując ręką zamach, podczas rozmowy w domu szeryfa Deweya. Czy wreszcie w scenie pożegnania z Perrym i Hickockiem, gdzie na jego twarzy maluje się smutek, a po policzku spływa pojedyncza łza. Paradoksalnie (i egoistycznie?) w duchu czuje jednak ogromną ulgę, bo śmierć morderców pozwoli mu wreszcie ukończyć książkę. Pokazuje tu Hoffman rozdarcie wewnętrzne Trumana, radość stojącą w opozycji do smutku z powodu nadchodzącej śmierci Perry'ego.
Capote był egoistą i to niereformowalnym, o czym pisałem w rozdziale poświęconym w całości Trumanowi. Czy Hoffman to pokazał? O tak i to bez cienia fałszu. To siebie Hoffman / Capote zawsze stawia w centrum zainteresowania, choćby podczas nasiadówek z przyjaciółmi skupionymi wokół niego i czekającymi na słowa, które wylecą z jego ust. A z jego ust wylatują słowa, układające się w tak samolubne zdania jak na przykład to: Czasami, gdy pomyślę jak dobra będzie ta książka, zatyka mnie z wrażenia. Na premierze "Zabić drozda", zamiast gratulować Harper Lee sukcesu, Truman upija się i ma wszystko gdzieś. Ma gdzieś czyjś sukces, choć to sukces bliskiej przyjaciółki, która niedawno pomagała mu zbierać materiały do "Z zimną krwią". Takie niezwykłe spektrum emocji, dwulicowości, samouwielbienia, egoizmu skrywanego pod płaszczykiem dobroci, ukazuje na ekranie aktor, który dotąd kojarzony był z rolami obleśnych, zapijaczonych lub pociesznych grubasów z tłustymi włosami, wykreowanymi choćby w "Happiness", "Talented Mr. Ripley"" czy "Along came Polly".

O innych aspektach "Capote" już krótko, bo Hoffman - nie oszukujmy się - ukradł cały film dla siebie. Z obsady zdecydowanie wybija się Clifton Collins Jr. Jego wersja Perry'ego Smitha jest wyraźnie najcieplejsza. Najbliżej też Smithowi Collinsa do wywarcia na widzu uczucia empatii i współczucia. Warto też wspomnieć o Chrisie Cooperze (szeryf Dewey) i Catherine Keener (Nelle Harper Lee) - rzetelnie zagrany drugi plan!
Najważniejszym elementem "Capote", do którego zmierza - podobnie jak w książce - cała opowieść, jest noc morderstwa Clutterów. Tu pokazana niezwykle szybko, chciałoby się rzec w reporterskim tempie. Bam, bam, bam, bam, cztery trupy. Szybko, mocno, szokująco, prosto w twarz. "Capote" to film słowa, dlatego też najwieksze wrażenie robią nie obrazy a niezwykle szczegółowa relacja Perry'ego. Film Millera oparty jest bowiem na dialogu, znakomitym dialogu, szczególnie w scenach rozmów Capote'ego z Perrym, w jego celi śmierci. Nie mogło stać się inaczej, w końcu "Capote" powstał w dużej mierze na podstawie wspomnień Trumana - samozwańczego Paganiniego semantyki, spisanych w jego biografii przez Geralda Clarke'a (wyd. 1988 r.).

Gerard Clark pracując nad biografią Trumana, otrzymał do wglądu korespondencję (**) wymienianą między mordercami z Holcomb a Trumanem, gdyż tylko na ich podstawie mógł odtworzyć relacje zaszłe między nimi. Proces powstawania biografii Trumana był dla Clarke'a takim samym przeżyciem, jak pisanie przez Trumana "In cold blood". A przynajmniej równie długotrwałym i wyczerpującym. Prace nad biografią Trumana Capote trwały bowiem 13 lat.


(*) Zdjęcia do filmu nie powstały jednakże w Kansas, tylko w Texasie, Kaliforni i w Kanadzie.
(**) Listy udostępnił następnie tylko jednej osobie - autorowi scenariusza filmu "Capote".



Ciekawostki

W filmowym domu Clutterów stoi autentyczna fotografia Kenyona Cluttera.

Scen nocnej rzezi nie kręcono w prawdziwym domu Clutterów.
Dom zagrała wybrana przez filmowców, wyremontowana przez nich chata.

Także zdjęcia zamordowanych, które widzimy w "Capote" nie są oryginalne.
Zostały przygotowane przez filmowców.

Zdjęcia do filmu nakręcono w ciągu 36 dni (źródło: IMDb).

Wszystkie nominacje dla Hoffmana kończyły się zdobyciem nagród - łącznie 24 (źródło: IMDb).

Film miał premierę 30 października (2005), czyli w dniu urodzin Trumana Capote (źródło: IMDb).

Do roli Harper Lee rozważana była Sandra Bullock. Ostatecznie tę rolę zagrała,
ale w innym filmie o Trumanie - "Infamous" (2006) (źródło: IMDb).


<   w s t e c z
p o w r ó t   d o   w y b o r u
d a l e j   >