Po premierze "Indiana Jones and the Last Crusade" w 1989 fani zastanawiali się, czy to już koniec przygód sympatycznego archeologa na wielkim ekranie. Powstały wprawdzie komiksy, powieści, gry komputerowe, serial o młodości Indy'ego oraz inne produkty rozszerzające uniwersum, jednak wszystko to stanowiło tylko namiastkę. Symboliczne ostatnie ujęcie trzeciej części przedstawiające głównych bohaterów odjeżdżających w stronę zachodzącego słońca sugerowało definitywny koniec serii. Dodatkowo, na przeszkodzie zaczął stawiać wiek odtwórcy głównej roli. Wydawało się, iż widzowie będą zmuszeni obejść się smakiem.
Mimo wszystko jednak, co jakiś czas tu i tam pojawiały się plotki o czwartej części. Piłeczka spoczywała po stronie George Lucasa, który miał wymyślić co stanie się przedmiotem poszukiwań Jonesa - MacGuffinem napędzającym akcję. Na początku lat 90. Lucas wpadł na pewien pomysł - gdyby główny bohater nieco się postarzał, można by przenieść akcję do lat 50. Wtedy zamiast stylizacji na kino przygodowe lat 30., zrealizowano by czwartą odsłonę jako hołd dla filmów science-fiction klasy B, popularnych w owym okresie. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, iż Indy zmierzy się kosmitami. Producent przedstawił ideę Harrisonowi Fordowi, któremu nie spodobał się wątek przybyszów z innych planet. Aktor stwierdził jednak, że jeśli Steven Spielberg przystanie na propozycję, to wtedy się jeszcze zastanowi. Reżyser również nie bardzo miał ochotę na kręcenie kolejnego filmu z obcymi (po "Close Encounters of the Third Kind" z 1977 i "E.T.: The Extra-Terrestrial" z 1982). Lucas upierał się przy swoim i w końcu udało mu się przekonać dwójkę przyjaciół - pierwsza wersja scenariusza, autorstwa Jeba Stuarta, powstała w 1994 roku, zatytułowana "Indiana Jones and the Saucermen from Mars". Później poprawiał ją między innymi Jeffrey Boam (współautor skryptu do trzeciej części). Prace nad fabułą trwały, a tymczasem w 1996 do kin weszła superprodukcja Rolanda Emmericha "Independence Day". Wtedy Spielberg stwierdził, iż nie zamierza robić filmu o Indiana Jonesie z latającymi talerzami, Lucas odwrotnie - jeśli nie będzie latających talerzy, nie będzie czwartego Indiany.
Minęło kilka lat, a temat kolejnej części wracał jak bumerang. W końcu twórca "Star Wars" zrezygnował z latających talerzy, wciąż jednak upierał się przy kosmitach i stylizacji na obraz science-fiction z lat 50. I wtedy pojawił się pomysł, aby, jako główny obiekt zainteresowania Jonesa, wykorzystać kryształową czaszkę. Prace nad scenariuszem znów ruszyły pełną parą, a autorem został Frank Darabont (pracował również nad serialem "Young Indiana Jones Chronicles"). W 2003 stworzył "Indiana Jones and the City of the Gold". Kosmici w międzyczasie stali się istotami międzywymiarowymi. Spielberg zaakceptował efekt pracy Darabonta, niestety Lucas kręcił nosem i zaczął wprowadzać poprawki. Zmienił też tytuł na "Indiana Jones and the Phantom City of the Gods". W końcu przekazał scenariusz wraz z propozycjami zmian Jeffowi Nathansonowi (autorowi "Catch Me If You Can" z 2002 oraz "The Terminal" z 2004). Pod koniec 2005 powstała kolejna wersja skryptu - "Indiana Jones and the Atomic Ants". Ostatecznie twórcy postanowili zatrudnić współpracującego już wcześniej ze Spielbergiem Davida Koeppa. Koepp pomieszał pomysły poprzedników (między innymi powrót Marion Ravenwood zaczerpnięty od Darabonta, a także lodówkę i UFO od Jeba Stuarta) i stworzył "Indiana Jones and the Destroyer of Worlds". Padały również inne propozycje - jak na przykład "Indiana Jones and the Mysterians" lub wyjątkowo kuriozalny "Indiana Jones and the Son of Indiana Jones" - w końcu stanęło na "Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull".
Po premierze wielu narzekało, iż nie dostali tego, czego się spodziewali. Rzeczywiście, zestawiając czwartą część z poprzednikami, widać różnicę. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę nieco inną stylistykę - pomieszanie kina przygodowego (bo nie da się zupełnie oderwać Indiany od korzeni) z klasycznymi filmami science-fiction - czwarta część potrafi się obronić. Więcej nawet, jest to kapitalne kino klasy B, do którego najbardziej cudaczne wymysły scenarzystów po prostu pasują. Cały szkopuł w tym, że poprzednie odsłony operowały inną atmosferą. Dziś, gdy już wszelkie emocje zdążyły ochłonąć, postanowiłem odszukać wszystkie nawiązania do oryginalnej trylogii, książek, gier komputerowych oraz innych filmów. Podczas pracy okazało się, iż twórcy zamieścili całe multum ciekawostek dla uważnego widza. Zapraszam do zapoznania się z obszerną analizą "Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull". Ostrzegam jednak - w tekście aż roi się od spojlerów, więc jeśli nie widziałeś Czytelniku najnowszej odsłony przygód Indy'ego - nie czytaj.
Tekst ten chciałbym zadedykować Mojej Drugiej Połówce, która dzielnie znosiła ciągłe wspominanie Indiany i stale zagrzewała mnie do dalszej pracy. Dziękuję :*