Po co właściwie chodzimy do kina? Co nas tak urzeka w filmowej rzeczywistości, że na te kilka chwil, w których zapadamy się w fotelu i zanurzamy w ciemność kinowej sali, wyłączamy się całkowicie i otwieramy na nowy świat?
Kino daje nam możliwość wejścia w wymiary, które są dla nas na fizycznym gruncie codziennego życia niedostępne. Pozwala zaznać niemożliwego, stać się kimś innym. Idziemy drogą bohaterów ekranowych, patrzymy ich spojrzeniem, sytuacja rozwija się przed naszymi oczami zgodnie z konsekwencjami ich czynów i ich działań, prowadząc nas tam, gdzie moglibyśmy trafić, gdybyśmy tak właśnie postąpili i to właśnie powiedzieli. Czasami uderza nas myśl, że zachowalibyśmy się zupełnie inaczej niż ekranowy X czy Y, że nigdy nie dopuścilibyśmy się podobnego czynu, nie podjęli tak ryzykownego czy bezsensownego kroku. Ale bohater to zrobił - odbierając jego rzeczywistość, de facto zrobiliśmy to i my. Bez udziału naszej woli, a wręcz wbrew niej, znajdujemy się w jakimś innym miejscu i czasie. My i jednocześnie nie my. Widzowie i uczestnicy. Dobrowolnie biorący udział w iluzji filmowego ekranu.
David Lynch w swoim "Inland Empire" przygląda się temu mechanizmowi, ale czyni to na swój specyficzny, absolutnie wyjątkowy sposób. Kiedy zapalają się światła i pojawiają się napisy, otrząsamy się z iluzji i wracamy do naszego życia, na powrót stajemy się sobą. Ale w świecie Lyncha ta granica się zaciera. Nie ma różnicy między planem filmowym a rzeczywistością. Role, które gramy, maski, które zakładamy, mogą zostać nam narzucone przez kogoś, mogą być przerwanymi w którymś punkcie kreacjami kogoś innego, kto zszedł już ze sceny. Pozornie nic nas z nim nie łączy, a nagle stajemy się nim, czujemy i przeżywamy wszystko, co stałoby się jego udziałem jako suma wcześniejszych działań, które podejmował. Nie kwestionujemy tego, prowadzimy naszą rolę najlepiej, jak umiemy, mówimy nasze kwestie z całkowitym przekonaniem. Nikt nie dostrzeże, że to oszustwo, że to kostium, który nałożyliśmy na chwilę, w zastępstwie, dla eksperymentu albo dla nowej szansy. Ludzie żyją na wiele różnych sposobów jednocześnie, doświadczają całego spektrum wrażeń, ulicznica poznaje smak życia gwiazdy, gwiazda błąka się w podejrzanych dzielnicach, i to nie jest żadna zamiana ról, żadna zamiana dusz, żadne "Vice Versa" czy inny zakręcony piątek - tak się po prostu dzieje. Jesteś sobą, potem znowu jesteś innym sobą, a za chwilę jeszcze innym sobą, którym wczoraj był ktoś zupełnie inny. Doświadczenia ludzkie zbiegają się w jedną wielką kulę energii, z której czerpiemy wszyscy. Po chwili całkowitego zagubienia - jak tu trafiłam? dlaczego tu jestem? - rozsypane fragmenty układanki zaczynają być dostępne. I układamy je, pieczołowicie, bez zdziwienia i bez wątpliwości. Jesteśmy każdym i nikim. Zdradzamy i doświadczamy zdrady. Ronimy dzieci, których nie mogliśmy mieć. Umieramy na niby, ale jest w tym cały ból i cała ciemność umierania. Stoimy na scenie i prowadzimy naszą grę pod okiem widzów, jesteśmy widzami, obserwującymi uczestników sceny. Nasze tragedie są ich tragediami, nasze tragedie nie obchodzą nikogo. Te same miejsca w innym miejscu, te same zdania znaczące zupełnie co innego. Odmienne twarze i odmienne życia tych samych ludzi, którzy są kimś zupełnie innym.
Brzmi to całkowicie niedorzecznie, a przecież dokładnie tym jest kino. Właśnie to nam daje, to pozwala nam przeżywać, w takie sfery pozwala nam wejść. Stanowi wewnętrzne imperium ludzkich doznań, zamknięty i skomplikowany wszechświat - sumę wszystkich światów, które przemierzaliśmy i wszystkich osób, którymi mogliśmy się stać. Te doświadczenia w nas pozostają. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, nasza podświadomość zarejestrowała każdy z tych tysięcy scenariuszy, których ścieżką szliśmy wbrew własnej woli, kierowani nieodpartą magią filmowego przyciągania. Każdy z tych światów żyje nadal, rozwija się dalej swoim torem, ludzie w nim funkcjonują, żyją, śmieją się, kochają i umierają, długo po tym, jak projektor przestanie pracować. Lynch przedstawia to jako materię żywą, fizyczną, ale to oczywiście wyłącznie konwencja, umowna symbolika, tak jak jest nią przemieszczanie się między różnymi czasami i różnymi miejscami świata po to, by kontynuować tę samą opowieść. Dialog rozpoczęty w letnim słońcu Kalifornii kończy się w zimowym pejzażu Łodzi, bo to jest film, nagle prawdziwszy niż życie. Przedmioty znalezione w jednym miejscu nagle odnajdują się zupełnie gdzie indziej. W tym filmowym uniwersum ktoś przejmuje naszą rolę i dźwiga nasz krzyż, i zwraca nam nasze życie lepszym, aniżeli było. Wraca do nas to, co utraciliśmy. Albo to, czego nigdy nie mogliśmy mieć. Dostajemy to, czego pragniemy, choćby na jedną emocjonalną chwilę całkowitego zatracenia w innej rzeczywistości stajemy się autentycznie szczęśliwi i pewni, a nie jedynie doświadczamy wrażenia szczęścia i pewności. W tym samym momencie jednak w naszym wewnętrznym świecie tworzy się wzorzec tragedii i utraty, w który kiedyś, być może, błądząc krętymi ścieżkami doznań, wrażeń i sytuacji, przyjdzie nam wejść. Jesteśmy tym, co oglądamy, przekazuje Lynch. Spójrzcie na tę wielką scenę. Spójrzcie, jak niesamowicie jest piękna. Możesz umrzeć tysiące razy, a potem i tak kolejny tysiąc razy obejrzeć wschód słońca. Wszyscy bierzemy w tym udział i wszyscy w tym istniejemy. Marzenia to żywa materia, pamiętaj. I z każdego miejsca sali widać je inaczej.
 |
INLAND EMPIRE
Rok produkcji: 2006
Kraj: Francja / Polska / USA
Czas trwania: 172 minuty
Reżyseria: David Lynch
Scenariusz: David Lynch
Zdjęcia: David Lynch
Muzyka: Angelo Badalamenti
Obsada: Laura Dern, Jeremy Irons, Justin Theroux, Harry Dean Stanton, Peter J. Lucas, Karolina Gruszka, Jan Hencz, Krzysztof Majchrzak, Grace Zabriskie, Diane Ladd, Julia Ormond, Ian Abercrombie i inni
|
 |
 |
Autorka recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA |
Klub Miłośników Filmu 08.07.2007 |
|