Cholerny świat - uporządkowany, hierarchiczny, do bólu logiczny i przewidywalny. Dzień w dzień powtarzamy te same czynności - pozwalają nam przeżyć, zarobić na to byśmy byli zdolni wykonywać je dalej. Co krok pytają cię o te kilka wyrazów naniesionych przez komputer na kawałek plastiku, który nosisz w portfelu. Czemu to ma służyć? Po co ci imię? Po co nazwisko i numery identyfikacyjne? Dlaczego mają cię oceniać na podstawie czegoś, do czego nie doszedłeś sam, czegoś, co nie jest owocem twojej pracy, czegoś co zostało wyprodukowane jako iluś tam milionowy egzemplarz? Czy istnieją boczne drzwi? Takie, które pozwoliłyby na ucieczkę od szarej, śmiertelnie nudnej, usłanej zasadami i racjonalnym myśleniem rzeczywistości. Prowadzące do naszej podświadomości, świata snów i marzeń, w którym przybieramy postawy zupełnie różne od tych, które kreujemy w życiu codziennym. Czy te drzwi nie prowadzą czasem do pomieszczenia, w którym zawieszony, gdzieś w ciemnościach, otoczony przez rzeszę anonimowych postaci kierujesz wzrok w stronę ogromnego srebrnego okna? Czy swoistą ucieczką od tej bezlitosnej logiki nie jest czasem ów srebrna smuga światła, która uderzając w "okno" mieni się nad twoją głową? Czemu by nie spróbować zbić tafli szkła dzielącej cię od tego irracjonalnego świata? Udało się... Kim jest ta kobieta? Czemu płacze? Co ja tu robię? Gdzieś to już widziałem, w innym miejscu, w innym czasie. Ktoś mnie zahipnotyzował? Nie! Nie zarabiam na ulicy, jestem aktorem, ale czy na pewno? Czemu te same drzwi prowadzą do różnych miejsc? To Łódź czy Los Angeles? To film czy rzeczywistość i co to do cholery to "Inland Empire"?
Stało się... Patrzę na świat oczami kogoś innego. Kogoś, kto jak ja ma dość realizmu i tych śmiesznych zasad rządzących światem, w którym przyszło nam funkcjonować. Ma dość i wiecie co? Kpi sobie z nich. Jego nazwisko nie jest ważne, zobaczycie je sobie przed wejściem we wspomniane wyżej "boczne drzwi". Będzie tam widniało, na kolorowym plakacie pod nazwą świata, w który zostaniecie przeniesieni. Niemalże w jednej chwili widzę płaczącą kobietę w obskurnej kawalerce i pokój wytwornego domu, takiego jakie stawia się dla gwiazd w Los Angeles. Mieszkająca w nim kobieta dostaje rolę w filmie, będzie gwiazdą. Tylko dlaczego niedługo po tym ów aktorka brudna i zdezorientowana błąka się po ulicach wśród prostytutek i bezdomnych. Dlaczego za moment widzę ją na przyjęciu w obecności wędrownej trupy cyrkowej? Czemu na swojej drodze co i rusz spotyka postacie, które rzekomo zostały powołane do życia poprzez filmowy skrypt. Oszalałem? Może ona oszalała? Kim są ci ludzie naokoło? Czemu ich postawę determinuje miejsce, w którym mam okazję ich spotkać? Nie ma sensu pytać ich o imię i nazwisko... Obawiam się, że co spotkanie byłyby one inne. Nie pytam, idę dalej, kolejne wpajane od kołyski teorie i prawa tracą sens. Dobrze mi z tym. Wreszcie mogę zapomnieć o zasadach, mogę nie myśleć o tym co "muszę" i co "powinienem". Żyje życiem kogoś innego, przeżywam jego dramaty, rozwiązuje jego problemy, obracam się w jego otoczeniu. W pewien sposób zaczynam się z tym kimś identyfikować, zaczyna mi na nim zależeć. Niby głupi film. Trochę obrazu okraszone odrobina dźwięku. Dlaczego pozornie nic nieznacząca rzecz wywiera na mnie tak silny wpływ?
"Inland Empire" to obszar, którego wyrzekło się Los Angeles - sławetne miasto snów. Czy to właśnie dlatego Lynch wybrał je na tytuł swojego filmu? Za dużo pytań pozostawionych bez odpowiedzi, więc odpowiem: Tak, właśnie dlatego. Symbolika ów miejsca jako czegoś odrzuconego przez słynną fabrykę marzeń pasuje wręcz idealnie do głównego przesłania filmu. Filmu, który serią surrealistycznych, łamiących wszelkie zasady zarówno świata normalnego jak i świata filmu obrazów uzmysławia nam naszą rolę w świecie kina. Uświadamia nas tłumacząc, iż zasiadając w kinowym fotelu nie jesteśmy jedynie widzami a wręcz przeciwnie, od naszego kąta widzenia zależy filmowa rzeczywistość. Reżyser niczym profesor daje nam lekcje, naucza nas kolejnymi obrazami mającymi na celu uzmysłowienie nam faktu, iż film to swego rodzaju rzeczywistość styczna do tej nam znanej. Rzeczywistość rządzona prawami ustalanymi przez niego. Tworząc postać wie, że nie będzie nam ona obojętna, wie, iż w pewien niezrozumiały do końca sposób zostawi ona ślad w naszej podświadomości. Chcemy czy nie chcemy będziemy o niej pamiętać.
"Inland Empire" z jednej strony uczy z drugiej przestrzega przed bezlitosnymi prawami jakimi rządzi się hollywoodzka machina. To kolejna po "Mulholland Drive" przestroga przed zbytnią wiarą w magię tego miejsca, przed zbytnią wiarą w multum możliwości jakie nam ono pozornie oferuje. W dobitny wręcz sposób mówi jak niewielka odległość dzieli nas od światła reflektorów do światła latarni.
David Lynch mówiąc kolokwialnie opluwa zmanierowany światek filmowych snobów angażujących do swoich filmów topowe gwiazdki, najdroższe wytwórnie. Kręcąc arcydzieło pospolitą kamerą cyfrową, kręcąc z pomocą aktorów z egzotycznego dla Los Angeles kraju - Polski udowadnia, że w filmie nie są najważniejsze pieniądze a wizja i talent reżysera. "Inland Empire" to nic innego jak hołd wznoszony przez Lyncha w kierunku jego największej pasji - kina, kina niezależnego od ogromnych pieniędzy, kina jakie kocha i jakie uznaje.
Zapaliły się światła... Znów jestem osobą z plastikowej blaszki, ale czy do końca tą samą?
 |
INLAND EMPIRE
Rok produkcji: 2006
Kraj: Francja / Polska / USA
Czas trwania: 172 minuty
Reżyseria: David Lynch
Scenariusz: David Lynch
Zdjęcia: David Lynch
Muzyka: Angelo Badalamenti
Obsada: Laura Dern, Jeremy Irons, Justin Theroux, Harry Dean Stanton, Peter J. Lucas, Karolina Gruszka, Jan Hencz, Krzysztof Majchrzak, Grace Zabriskie, Diane Ladd, Julia Ormond, Ian Abercrombie i inni
|
 |
 |
Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL |
Klub Miłośników Filmu 31.07.2007 |
|