|
|||||||||||||||||||||||||||
U W A G A ! S P O J L E R Y !
By w pełni ukazać swą wyjątkowość, muszą niekiedy sięgnąć dna. Upadek, choć bolesny, pozwala im przewrotnie na to, by z jeszcze większym impetem objawili przeciętnym mieszkańcom globu istnienie innego wymiaru... Potocznie nazywamy ich geniuszami. Dziełami o monumentalnej sile zmuszają do uległości mierne dziełka mniej lub wcale utalentowanych wyrobników, określanych emfatycznie mianem artystów. Lecz niejednokrotnie i sami geniusze stają się ofiarami własnego fenomenu, w swej nieumiejętności zapanowania nad pasją w dziwny sposób wymykającą się im spod kontroli. Doprowadzają się do stanu autodestrukcji, która to staje się naturalnym zwieńczeniem ich artystycznej wędrówki, finalnym dziełem ich życia. Po tak górnolotnym wstępie spodziewacie się pewnie równie patetycznej opowieści o wyrafinowanym, eterycznym i białopalcym Chopinie XXI wieku, skromnym wiejskim chłopczynie, który w mistrzostwie przerósł swego nauczyciela, który nad uciechy i rozkosze cielesne przedkładał zawsze swą metafizyczną miłość - muzykę, niewiadomo czy z samego zamiłowania do niej, czy jedynie z powodu swej rachitycznej postury i bolesnych dolegliwości, które to uniemożliwiały mu ekscesywne harce. Być może zatem wasze rozczarowanie sięgnie zenitu, gdy powiem, że bohater recenzowanego przeze mnie filmu "It all gone Pete Tong"- Frankie Wilde, nie współczesnym Fryckiem, a głuchnącą gwiazdą płyt winylowych, hedonistycznym wybrykiem natury, taplającym się w smutnym uzależnieniu od narkotyków i alkoholu, był.
Nazywany sceniczną bestią, muzycznym szamanem, uwielbiany przez fanów, znienawidzony przez konkurencję, niewytłumaczalnie, wręcz ponadzmysłowo panował nad publiką. I tu właściwie możnaby zakończyć nasze opowiadanie, gdyby film Dowse'a miał być typową biografią artysty, który pogrążywszy się w oparach narkotyków i alkoholu, rozpoczął powolny proces autodestrukcji. Na szczęście znakomita intuicja irlandzkiego reżysera wykrzesała ogień z dość trywialnej początkowo historyjki o niegrzecznym Frankiem, rozwijając ją do rozmiarów wzruszającej przypowieści o przeznaczeniu prawdziwego artysty i potędze możliwości człowieka, pomimo jego pozornych ułomności. Zacznijmy jednak od początku. Oto bowiem Frankie Wilde, znany DJ w okresie szczytowej formy i horrendalnych zarobków, zaczyna tracić słuch. Pomimo bezlitosnej diagnozy lekarskiej (Frankie ma stracić słuch całkowicie), muzyk, wiedziony jakimś dziwnym instynktem nie rezygnuje z dość wyniszczającego trybu życia, przeciwnie, jakby świadomie zaczyna pogrążać się w równie pociągającej, co przerażającej go 'przestrzeni ciszy'. Dowse w fenomenalny sposób zarysowuje dramat początkowo sfrustrowanego i bezsilnego DJa, który z powodu głuchoty zostaje całkowicie wykreślony ze świata muzyki, do którego rozwoju, o ironio, sam znacznie się przysłużył.
Otóż to, Frankie po udowodnieniu fenomenalnych zdolności oraz sukcesie komercyjnym płyty, zwyczajnie znika. Odcina się od dotychczasowego, dość zwariowanego życia trawionego na ciągłych imprezach i nieudanych związkach, by odnaleźć spokój i szczęście u boku niepozornej, też niesłyszącej Hiszpanki, Penelope. Historia DJa nie trąci tanim sentymentalizmem lecz wzrusza bezpretensjonalnością i szczerością do tego stopnia, iż chłoniemy ją jak gąbka. Natomiast kreacja Paula Kaye'a w roli ponadprzeciętnie zdolnego, frywolnego Frankiego Wilde'a, rozbraja lekkością i naturalnością, z jaką została odegrana. Być może to świetna rola Kaye'a powoduje, iż tożsamość legendarnego Frankiego Wilde'a stanowi dla widza twardy orzech do gryzienia. Ponadto reżyser snuje nieprawdopodobną, momentami zaskakującą opowieść o głuchnącym DJu tak gładko i wiarygodnie, iż nie dość, że zostajemy w nią bez reszty wciągnięci, to jeszcze zwiedzeni dokumentalną formą filmu podpartą wypowiedziami i wspomnieniami DJów światowej rangi ( DJ Tiesto, DJ Carl Cox, Paul Van Dyk), zaczynamy mieć w głowie prawdziwy mętlik. W celu oświecenia umysłu wystukujemy w niezawodnym Google dźwięczące nam natrętnie w głowie nazwisko 'Frankie Wilde', odwiedzamy strony poświęcone muzyce dance, techno - trans, czołowe strony DJejskie, w akcie desperacji oglądamy ponownie "It all gone Pete Tong", starając się czytać między wierszami w wypowiedziach słynnych DJów, po raz piąty wlepiamy oczy w czołówkę i napisy końcowe filmu czekając na jakiś znak, objawienie, katharsis. Niezniechęceni porażką wklikujemy nazwisko 'Frankie Wilde' w wyszukiwarce ponownie, by po raz kolejny i całkowicie bezowocnie, zamiast upragnionej twarzy genialnego Wilde'a, ujrzeć dobrze nam znane oblicze aktora odtwarzającego filmową rolę. Co u diabła? Na liście stu najlepszych DJów znajdujemy co prawda nazwisko Frankiego Wilde'a, lecz miast zdjęcia idola, mamy przed oczyma rozpromienioną fizys aktora Paula Kay'a. Cóż to za jawna mistyfikacja? Zobacz stronę: www.thedjlist.com/djs/FRANKIE_WILDE Już nieco podenerwowani, zaczynamy snuć domysły, czy aby na pewno Frankie Wilde kiedykolwiek istniał. Nie, negacja byłaby zbyt prostym wyjściem, a my przecież nie poddajemy się tak łatwo. Toż to na własne uszy słyszeliśmy on-line, (marny bo marny, ale zawsze) utwór Frankiego Wilde'a. Zobacz stronę: www.thedjlist.com/djs/FRANKIE_WILDE/vinyl
Strona internetowa: www.frankiewilde.net (w dziale Video jest jego najnowszy teledysk) Zobacz również: www.frankiewilde.net/fan1/index.html Marszczymy czoło, przybieramy pozę człowieka myślącego, tego, który rozumie niezależne kino afrykańskie, "Doktora Fausta" Tomasza Manna, kobiety i fenomen Paris Hilton. Zaczynamy rozumować: a może historia Frankiego Wilde'a to przykrywka dla biografii Pete'a Tonga, który jak nam wiadomo, jest nie tylko współproducentem, aktorem i szanowanym DJem od przeszło 20 lat, ale również współtworzył ścieżkę dźwiękową do enigmatycznego obrazu filmowego Dowse'a? Jasne! Czemu nie wpadliśmy na to wcześniej? Toż to psikus i zarazem szczyt skromności Pete Tonga - figlarza! I kiedy już czujemy zapach zwycięstwa, kiedy rozśpiewujemy gardło przy użyciu kamertonu, by w miarę czysto wykrzyknąć "Eureka!", znienacka przychodzi bolesne rozczarowanie: "Pete Tong nigdy nie był głuchy". Zatem nasza błyskotliwa teza, w której to słusznie wiązaliśmy tytuł filmu "It all gone Pete Tong" z DJem o tym samym nazwisku, padła, a my tym samym musimy pogodzić się z przykrym faktem, że zostaliśmy bezczelnie oszukani, wyśmiani przez czołowych DJów zwerbowanych do audiowizualnego spisku przez szczwanego irlandzkiego lisa! I ta frustrująca świadomość, ta gorzka prawda powoduje..., iż film przewrotnego reżysera zaczyna nam się podobać podwójnie :). Polecam wam "It all gone Pete Tong" z jednej bardzo prostej przyczyny: ten film zapada w pamięć. Jeżeli potrzebujecie więcej bodźców, jeśli upraszacie się o to, by was usilnie zachęcano, proszę bardzo: "It all gone Pete Tong" imponuje, wzrusza, wciąga, śmieszy, rozbraja, zadziwia... Czy to nie po to chodzimy na filmy? |