Podstawową cechą komedii romantycznej jest proporcjonalne dawkowanie
wzruszenia i rozbawienia. Cechą dobrej komedii romantycznej jest
dodatkowo tworzenie złudzenia, że uczucia rozwijające się między
dwojgiem bohaterów stają się w pewien sposób udziałem widza, któremu
chociaż przez te dwie godziny seansu jest lżej i cieplej na duszy, który
niejako zgadza się na niepisaną umowę, by wierzyć, że to, na co patrzy,
jest możliwe. Więcej, sam z powodzeniem mógłby być bohaterem takiej
historii.
Schemat tworzenia takiej ułudy jest dosyć prosty, niemniej wymaga pewnej
lekkości i wdzięku, wyczucia w operowaniu nieskomplikowanymi symbolami
tak, by ich umowność nie była nadto oczywista i nie raziła. Zatem,
chociaż gatunek to wielce popularny, w pełni udanych komedii
romantycznych jest de facto niewiele, a jeszcze mniej tych, które
zapadłyby w pamięć na tyle, by mieć ochotę do nich wracać.
Należy do nich "While you were sleeping", dosyć nieszczęśliwie
przetłumaczone u nas jako "Ja cię kocham a ty śpisz" - fantazja polskich
dystrybutorów zakrawa tutaj na kpinę z inteligencji widza.
Lucy pracuje na stacji metra. Jest samotna, nie ma rodziny, jej
marzeniem jest wyjazd do Florencji, przy czym marzenie w jej własnych
oczach jest na tyle abstrakcyjne, że przyjmuje formę tęsknoty za
pieczątką w paszporcie, a nie Złotym Mostem. Długie wieczory w domu
umila jej jedynie towarzystwo kota. Nie jest zatem zaskoczeniem, że Lucy
ma w sobie głębokie pragnienie, by to swoje puste życie jakoś
uatrakcyjnić, wypełnić, uczynić bardziej celowym. Z braku innych
możliwości wybiera najprostszą - beznadziejną, skrytą, pozbawioną
wszelkiej realności miłość do przystojnego mężczyzny, którego regularnie
widuje na stacji metra. Fantazjuje na jego temat zupełnie niewinnie, w
poczuciu radosnej bezkarności - jako że jej uczucie nie może się
spełnić, ma z niego całą przyjemność, a żadnych zmartwień. To nie jest
prawdziwa miłość, tylko słodkie złudzenie, które pomaga nadać życiu
przyjemniejsze barwy. I tak by pozostało, gdyby nie splot okoliczności:
grupa chuliganów, która napada mężczyznę jej snów, odważna akcja samej
Lucy, która rzuca się na tory, by wyciągnąć go spod kół nadjeżdżającego
pociągu, nagły status bohaterki i cały szereg zabawnych nieporozumień,
które doprowadzają do niepojętej sytuacji. Mężczyzna leży w szpitalu
pogrążony w śpiączce, a zgromadzona w jego pokoju rodzina jest
przekonana, że Lucy to jego narzeczona. Dziewczyna nie ma odwagi, a
potem i ochoty, by wyznać prawdę. Nieporozumienie, którego wcale nie
chciała sprowokować, trwa, jej sen spełnił się w najmniej spodziewany
sposób, dotąd samotna, nagle znajduje się w centrum zainteresowania
wspaniałych ludzi, którzy czynią z niej członka rodziny...jak na jedną
dziewczynę, to trochę za dużo, by zachowywać się zupełnie rozsądnie. A
kiedy pojawia się brat hipotetycznego narzeczonego, Jack, sytuacja już
kompletnie staje na głowie i wydaje się, że nie ma dla niej dobrego
rozwiązania. Dobrego, to jest takiego, które zadowoliłoby wszystkie
strony.
Ta komedia pomyłek oczywiście zmierza w stronę szczęśliwego
zakończenia - takie jest niepisane prawo komedii romantycznych. A jednak
pomimo tej oczywistości, film ma urok. Zadecydowało o tym kilka
czynników.
Przede wszystkim sama konstrukcja postaci Lucy - prostej dziewczyny z
sąsiedztwa, z którą łatwo można się identyfikować. Ponieważ zaś
niezależnie od jej kłopotów i perturbacji Lucy ma mnóstwo wdzięku, nie
sposób jej nie lubić, jest dobra i wzbudza sympatię, identyfikacja wiąże
się w sposób naturalny z poczuciem zadowolenia - widząc w niej siebie,
widzimy bowiem sympatyczną, miłą, ciepłą osobę.
Ponadto pragnienia Lucy - nie te abstrakcyjne, związane z osobą
tajemniczego mężczyzny, ale z posiadaniem kochającej rodziny, z
rozproszeniem samotności - są naturalne i bliskie sercu każdego.
Kibicujemy jej, a ponieważ rodzina, którą w końcu znajduje, jest taka
właśnie, jaką chciałoby się mieć, ich wzajemna miłość i poszanowanie są
godne zazdrości, ponownie poczucie zadowolenia - spełnienie oczekiwań w
takiej formie, jaką by się sobie wymarzyło - wzmaga stopień sympatii dla
bohaterki - i dla filmu.
|
I
wreszcie wątek główny, czyli ten romantyczny, któremu w bardzo
zręczny i przemyślany sposób nadano pozory realności, i dopiero
krytyczne spojrzenie, wyzbyte tego poczucia zadowolenia, które w
nas tak zgrabnie obudzono, jest w stanie dostrzec manipulację.
Mamy bowiem ewidentnie wyssane z palca zauroczenie mężczyzną,
który wzbudza je tylko dlatego, że jest przystojny. Mamy okrutną
nieco i szyderczą manipulację tą postacią, która będąc ideałem
na początku, okazuje się z czasem coraz bardziej żałosna i
papierowa - a apogeum następuje, kiedy wreszcie biedak wybudzi
się ze śpiączki. Jego niemądry uśmiech, wyeksponowana życiowa
nieodpowiedzialność, lekkomyślność, słabość do blichtru i pozoru
budzą wyłącznie litość. Daleko mu do tych wyobrażeń, które Lucy
tak naiwnie snuła na początku. Jego moc i atrakcyjność są
możliwe tylko w świecie fantazji. Nie wytrzymuje starcia z
realnym życiem - i spada z piedestału. To niesprawiedliwe wobec
niego w sumie, gdyż nigdy nie był inny, gołąb nie stanie się
wężem. Jego jedyną winą jest to, że nie pasuje do wizji postaci
ze snów. Ten złośliwy zabieg ma oczywiście podstawowy cel:
mianowicie skontrastowanie "fantazji" z "rzeczywistością". Jack
jest przecież prawdziwą miłością Lucy. A prawdziwą, ponieważ nie
roiła o nim, tylko poznała go, rozmawiała z nim, i dopiero
obdarzyła uczuciem za to, kim faktycznie był. I to jest właśnie
ta przemyślna pułapka, którą zastawiają ci bardziej wytrawni
twórcy komedii romantycznych. Spełniona i szczęśliwa miłość to
ta, która narodziła się w prawdziwym życiu. Więc czemu my,
widzowie, mielibyśmy jej nie spotkać, skoro tą właściwą miłością
jest ta zwyczajna, prosta, a nie hollywoodzka, wymarzona wersja
Lucy? Za pomocą tego kontrastu twórcy filmu kreują złudzenie, o
którym pisałam na początku: że chociaż część z tego - ba, ta
lepsza część - nie jest bajką. I to działa.
Działa także, a może przede wszystkim, dzięki Billowi Pullmanowi
w roli Jacka. Jego Jack jest wspaniały, ponieważ idealnie
wyważony. Ujmujący, ale nie powalająco przystojny. Bez tendencji
do ostentacji, ale nie abnegat. Rozsądny, z własną wizją życia,
wierny sobie, nie pozwala sobą manipulować, spokojnie kroczy
ścieżką, którą dla siebie wybrał. Jest pełen prostoty,
jednocześnie kpiący i pełen wewnętrznej prawdy, odpowiedzialny i
przepełniony poczuciem humoru. On nie rzuca słów na wiatr i nie
podobają mu się pozory. Wszystko to bez cienia sztuczności i
wymuszenia oddaje Bill Pullman i jemu należą się największe
brawa. Peter Gallagher ma tutaj niewdzięczne zadanie, szkoda
może jednak, że nie spróbował chociaż wzbudzić więcej sympatii
czy chociaż współczucia dla swojej postaci. Prawdopodobnie efekt
zamierzony, gdyż dzięki temu kontrast wypada jeszcze korzystniej
dla Jacka. Sama Sandra Bullock jest po prostu urocza, ładniutka
i nieskomplikowana, niewątpliwie jednak ma dość wdzięku, by
znakomicie odnaleźć się w skórze Lucy, chociaż nie ma w niej
najmniejszej głębi. Pullman wygrywa zatem na wszystkich
frontach. Jest taki, jaki powinien być - w sumie, która z nas
nie chciałaby spotkać takiego Jacka, jak on?
A zatem, pomimo tego, że schematy są tutaj wręcz banalnie
proste, chociaż ze wszystkich postaci pogłębione są właściwie
tylko dwie: Jack oraz Saul, stary przyjaciel rodziny, grany
przez Jacka Wardena, chociaż happy end jest nie tylko oczywisty,
ale i oczekiwany - jednak tę historię o miłości od drugiego
wejrzenia ogląda się przemiło. I o to przecież chodzi.
|
 |
JA CIĘ KOCHAM A TY ŚPISZ (WHILE YOU WERE SLEEPING)
USA 1995
reżyseria - John Turteltaub
scenariusz - Daniel G. Sullivan
i Fredric LeBow
zdjęcia - Phedon Papamichael
muzyka - Randy Edelman
występują:
Sandra Bullock jako Lucy Eleanor Moderatz
Bill Pullman jako Jack Callaghan
Peter Gallagher jako Peter Callaghan
Peter Boyle jako Ox Callaghan
Jack Warden jako Saul
Ally Walker jako Ashley Bartlett Bacon |
| Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA |
|