Wstęp, czyli... niech tłumacz się wytłumaczy
Jak na film o miłości, trochę mało miłosne motto unosi się nad moją recenzją. Już tłumaczę - dlaczego. Wong Kar-Wai unika w swoich filmach mówienia wprost
o miłości. Pisałem już o tym w roku 2005 w moim artykule pod tytułem "Miłość bez 'kocham cię'... czyli filmy Wong Kar-Waia". Owszem, autorskie dzieła tego, mającego swój niepowtarzalny styl, twórcy,
miłością stoją, o kochaniu na różne sposoby mówią, uczucia w różnoraki sposób pokazują, ale jak ognia unikają słów kocham i miłość. Już anglojęzyczne tłumaczenie Kar-Waiowskiego
"Fa yeung nin wa" było pewnym... niedociągnięciem, bo oto tytuł, który oryginalnie brzmi mniej więcej jak "Kolorowa młodość" ew. "Różnorodność młodości",
przetłumaczony został jako "Mood for love" czyli "Spragnieni miłości". Kłóciło się to ze swoistą tradycją Kar-Waia, który miast rzucać wzniosłymi hasłami, wolał je na ekranie wizualizować.
|
 |
 |
|
Polski tłumacz wie, że najlepiej (szczególnie w okresie Walentynek) sprzedają się wszelakie "Tylko mnie kochaj", "Kochaj mnie, kochaj!", "Kochaj i tańcz" i nawet do filmu "Fighter" musiał
dodać kochaj, tworząc kuriozalne "Fighter: kochaj i walcz"! Aż dziw bierze, że zeszłorocznemu walentynkowemu hitowi "Rozmowy nocą" udało się ustrzec przed kochaj w tytule. Przyszła pora,
żeby zadać kluczowe pytanie: co robi polski tłumacz ze słodkobrzmiącym i oddającym ducha filmu tytułem "My blueberry nights"? Tłumacz wie, że nie da rady wcisnąć nigdzie kochaj, więc wyrzuca
"noce" i tworzy "Jagodową miłość", który to tytuł stoi w opozycji do twórczości Kar-Waia i, przede wszystkim, kojarzy się z tandetnymi romansidłami direct to Walentynki,
a z czymś takim kojarzyć się zdecydowanie nie powinien! I jak się tłumacz z tego wytłumaczy?
Recenzja, czyli... CHINA MADE IN USA
Zacznę z grubej rury. "Jagodowa miłość" to zdecydowanie najgorszy film Kar Waia, rzecz jasna spośród tych, które widziałem, a widziałem prawie
* wszystkie. Najgorszy nie oznacza jednak w
tym przypadku "zły", a jedynie słabszy od The best of: "Chungking Express", "Spragnionych miłości", "Happy together", "Days of being wild" i "2046".
Lubię chińską kuchnię, dlatego chodzę
do chińskich restauracji, w których mogę zjeść prawdziwe chińskie danie. I uwielbiam azjatycką twórczość Wong Kar-Waia, jego azjatyckich aktorów i akcję osadzoną w Hong Kongu albo Bangkoku,
z wdzięcznie brzmiącym językiem chińskim, kantońskim, mandaryńskim. Taki Kar-Wai mi smakuje i nie chcę innego. Tymczasem oglądając "Jagodową miłość" poczułem się tak, jakbym po wejściu do mojej
ulubionej chińskiej restauracji, zamiast kaczki w sezamie na ostro dostał hamburgera i frytki z keczapem. Owszem, porządny hamburger potrafi być smaczny, ale nie wtedy, kiedy nastawiłem się na
ulubioną chińszczyznę! Tak więc naklejka MADE IN USA na nowym produkcie Kar-Waia mnie zbytnio nie cieszy i w tym wypadku wolałbym stare, dobre, na co dzień zerkające na mnie z każdego niemal
produktu MADE IN CHINA. Owszem, nowy film chińskiego reżysera obejrzy znacznie więcej osób niż jego azjatyckie produkcje, ale co z tego, skoro obejrzy film jedynie dobry. Na szczęście "Jagodowa
miłość" nosi wyraźne znamiona autorskiego kina Kara Waia, czyli tak bardzo źle nie jest. To film z klimatem, miłość unosi się w powietrzu, romantyzm tli powoli jak papieros, a nieuchwytne i ulotne
"kocham cię" lewituje wokół bohaterów, nie pozwalając się złapać ani spłoszyć - po prostu jest: w geście, uśmiechu, w jedzeniu jagodowego placka, w paleniu papierosa, oglądaniu nagrań z kamery
zainstalowanej w knajpce, w rozbitych nosach bohaterów, w spaniu na knajpianym blacie, skradzionym śpiącej kobiecie pocałunku, historiach kluczy, nawet w pistolecie wymierzonym w plecy
odchodzącej na zawsze ukochanej... a wszystko to zilustrowane jest trafiającymi prosto w serce piosenkami z gatunku "pościelowych".
Do głównej roli Kar-Wai zatrudnił piosenkarkę Norah Jones,
(jej piosenkę także usłyszymy w "Jagodowej miłości"), dla której był to aktorski debiut. Biorąc pod uwagę fakt, że Norah Jones pojawia się praktycznie w każdej scenie, istniała ewentualność, że
amatorka może zepsuć film. Nie dość, że nic takiego się nie stało, to w dodatku Jones bardzo płynnie przechodzi od sceny do sceny, od emocji do emocji. Jej słodka twarz świetnie koresponduje z
jagodowym ciastkiem, które bez opamiętania wcina i nad którym zasypia. Najlepszymi fragmentami filmu pozostają przez to początek i koniec, które dzieją się w knajpce o wdzięcznej nazwie
"Kliuć" (ros. Klucz), prowadzonej przez Jeremy'ego. W postać tę wcielił się Jude Law, który obok Norah Jones był drugim obsadowym strzałem w dziesiątkę. Jeśli już Kar-Wai musiał nakręcić film w USA i tym samym zrezygnować ze swojego etatowego aktora Tony'ego Leunga, Law był najwłaściwszym wyborem. Aparycją i wyczuciem emocji znakomicie wpasował się w filmowy
obraz świata konsekwentnie budowany przez chińskiego twórcę. Na drugim planie mamy Rachel Weisz i Natalie Portman, które zagrały bez szału, ot, na przyzwoitym poziomie. W dodatku Natalie Portman
ktoś źle doradził fryzurę, przez co 26-letnia aktorka wygląda jak czterdziestoletnia pani domu. W niewielkiej, acz charakterystycznej roli świetnie spisał się David Strathairn.
|
 |
 |
|
Czy mogę z czystym sumieniem polecić "Jagodową miłość" zakochanym na walentynkowy seans? Tak, ale zakochani muszą wziąć poprawkę na fakt, że pomimo tego, że to film amerykański, jest to wciąż
film Kar-Waiowski. Powolny sposób narracji chwilami może nieco znużyć widza, dla którego będzie to pierwszy kontakt z chińskim romantykiem. Nie ma tu klasycznej fabuły, a raczej, znane z jego
wcześniejszych obrazów, romantyczne podchody i mijanki. Nieszablonowa historia miłosna sączy się powoli, kontemplując piękno chwili. Świetnie dobrane piosenki (standard u Kar-Waia), ciekawe zabiegi
formalne (ah, te wstawki słodkich deserów!), choć bez wizualnej szarży, od czasu do czasu ożywiają senną atmosferę filmu dopełniając klimatyczną całość. Kar-Wai trochę kopiuje samego siebie, ale tego właśnie oczekujemy od twórców kina w pełni autorskiego. Chwała mu za to, że, choć nie u siebie, zrobił film po swojemu. Gdyby jeszcze grali tu chińscy aktorzy mówiący po
chińsku, a wszystko działo się w Hong Kongu... poczułbym się znowu jak w mojej ulubionej chińskiej restauracji.
Podziękowania dla Pana Li Chenshenga (http://www.translationchina.yoyo.pl)
za przetłumaczenie na język polski tytułu "Fa yeung nin wa".
* Nie widziałem "As tears go by" i "Ashes of time".