Na wstępie zaznaczę – nie cierpię Bena Stillera, nie znoszę jego stylu bycia i filmów utrzymanych w stylistyce pod tytułem: „o! jaki ze mnie niezdara, ale przypadkiem wszystko mi się udaje”. Jedynie Adam Sandler denerwuje mnie bardziej niż Stiller, gdyby byli braćmi znienawidziłbym ich całą rodzinę - no ale na szczęście nimi nie są. Właściwie nie wiem co za czort nakłonił mnie do obejrzenia filmu, który jest wyreżyserowany i napisany przez Pana S. No i na domiar złego Pan S. gra w nim jedną z głównych ról. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, bo ta sytuacja delikatnie zakrawa na masochizm, a do tej pory uważałem, że jakichś dziwacznych upodobań raczej nie wykazuję. Tłumaczę sobie, że chciałem obejrzeć te całe „Jaja w tropikach”, by móc zmieszać z błotem ich twórcę. Niestety, nie zmieszam, bo obok widma masochizmu zawisłoby nade mną piętno kłamcy. Na jakiś czas muszę odpuścić Panu S. i przelać mą ślepą nienawiść na Sandlera – o jak ja nie cierpię Sandlera…

„Jaja w tropikach” to rasowa parodia amerykańskich filmów wojennych. Może nie tak bezczelna, jak „Straszne filmy” i wszelakiego typu „Hot Shotsy” – no, pomijając kilka ewidentnych nawiązań do rodzimych superprodukcji, ale mimo wszystko bardzo udana. Osadzona w gęstej dżungli przypominającej tę z „Plutonu”, „Czasu Apokalipsy”, czy też „Rambo II”, opowiada o realizacji ‘najlepszego filmu wojennego, jaki kiedykolwiek został zapisany na taśmie’. Reżyser tego ‘cudeńka’ angażuje do głównych ról najpopularniejszych aktorów współczesnej Ameryki. Każdy z nich odzwierciedla inny stereotyp. Mamy delikwenta, który po swych przysłowiowych ‘pięciu minutach’ został niemalże ukrzyżowany za tragiczną rolę niepełnosprawnego chłopaka. Mamy Australijczyka, który na siłę próbuje być twardzielem z getta i, w opozycji, twardziela z getta, który nienawidzi Australijczyków naśladujących jego sposób bycia. Na koniec uzależniony od ‘białego proszku’ skandalista i bojący się własnego cienia chłopak o wyglądzie przewodniczącego kółka szachowego. Po opakowaniu ekscentrycznej gromadki w wojskowe mundury, rozpoczynają się zdjęcia, które z czasem wymykają się spod jakiejkolwiek kontroli.
Obraz komediowy, więc i jego opis potraktujmy z przymrużeniem oka. Film posiada kompozycję porównywalną do pewnej popularnej wschodniej zabawki, matrioszki. Mamy zatem pierwszą powłokę – tzw. ‘babę’, opowiadającą o realizacji wojennej superprodukcji. Rozkładając ‘babę’ znajdujemy w niej drugą – ta z kolei opowiada o rzuceniu aktorów w serce dżungli opanowanej przez wojskową huntę. A i na tym nie koniec, bo kompozycyjna matrioszka kryje w sobie jeszcze kilka niespodzianek. Obok misternej kompozycji, „Jaja w tropikach” posiadają całkiem niezłą listę dialogową obfitującą zarówno w gagi z tej niższej, jak i nieco wyższej półki. W dodatku, a może przede wszystkim, szczerze śmieszą, a w tym gatunku właśnie o to chodzi.

Niech będzie, że obsadę posiadającą w swych szeregach Stillera nazwę gwiazdorską – w końcu wielbią go miliony. Obok niego: Jack Black, Robert Downey Jr. (grający człowieka o innym kolorze skóry!), Tom Cruise, a w rolach epizodycznych Voight, Silverstone, Bateman, Love Hewitt itd. Panu S. udało się zebrać całkiem reprezentatywną grupkę przyjaciół, która wprost idealnie wygląda i na liście płac i na filmowych plakatach. Niemniej, prawdziwy pojedynek aktorski prorokowano na linii Stiller-Black-Downey Jr., bo to właśnie oni wcielają się w najbardziej charakterystycznych członków ekipy. Mimo ogromnej presji otoczenia, przede wszystkim amerykańskiej widowni, na planie nie widać jakichkolwiek zgrzytów pomiędzy tą trójką. Widać, że do filmu podeszli ze stosownym dystansem, traktując go jak zabawę a nie pojedynek na noże. I to właśnie beztroska atmosfera na planie, podkreślana w wielu wywiadach, umożliwia im demonstrację prawdziwych umiejętności, które częstokroć zagłusza denna postawa wielkiego komika (obecna w 90% filmów Pana S.).

Gdybym musiał spojrzeć na całość i wybrać najlepszego aktora, a może inaczej – najlepszą postać – mój głos powędrowałby poza wspominaną trójkę. Wieńcem laurowym ozdobiłbym bowiem łysawą głowę Toma Cruise’a i jego bezwzględnego producenta filmowego pląsającego w rytm klubowych rytmów – duet współtworzony z jego asystentem jest po prostu bezcenny. A jeśli już o rytmie i muzyce, to i one w „Jajach w tropikach” radzą sobie naprawdę nieźle. Motywem przewodnim jest rock, a jak wiadomo ROCK jest NIEŚMIERTELNY!
Nieco skołowany zaistniałą sytuacją, muszę polecić najnowszy film ze Stillerem w roli głównej. To jedna z lepszych amerykańskich komedii, które ostatnimi laty pojawiły się na polskim rynku dystrybucji kinowej i taki ‘mały renesans’ Bena S., który kiedyś - za czasów „Saturday Night Live” - nie był jeszcze postacią tak irytującą. A żeby mu tak nie słodzić, bo nadal go nie lubię, dodam, że w scenariuszu pomagali mu Justin Theroux i Etan Cohen. Pierwszy grał u Lyncha, drugi maczał palce w „Bobby kontra wapniaki” i dobry scenariusz to na pewno ich zasługa! ;-)


Plakat   JAJA W TROPIKACH

   Rok produkcji: 2008
   Czas trwania: 107 min.
   Reżyseria: Ben Stiller
   Scenariusz: Ben Stiller, Justin Theroux, Etan Cohen
   Muzyka: Theodore Saphiro
   Scenografia: Daniel B. Clancy
   Kostiumy: John Cassey, Nancy Collini
   Produkcja: Niemcy, USA

  Obsada:

   Ben Stiller (jako Speedman)
   Jack Black (jako Jeff Portnoy)
   Robert Downey Jr.(jako Kirk Lazarus)
   Brandon T. Jackson (jako Alpa Chino)

Autor recenzji: Filip Jalowski [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 26 września 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF