Jak się pozbyć fanów "Testosteronu".
Wyobraźmy sobie, że robimy film o dwóch facetach i skrzynce piwa. Z każdą opróżnianą butelką ich fantazja rozkwita, głowy buzują, a absurdalne pomysły przybierają formy z komiksów, filmów i perypetii z kobietami. Tak więc między prowadzonymi przy stole dialogami wstawiamy krótkie sceny, ilustrujące snute wizje biesiadników - od walki na miecze świetlne do sceny rozbierania księżniczki Lei. A po drodze skok na bungee z orbity, złapanie złotej rybki, pobicie Uwe Bolla i Nobel za wynalezienie czopków wykrztuśnych. Kiedy dzieło jest gotowe, zabieramy się za montaż sprytnego trailera, w którym 90% zajmą megaefektowne sceny z pijackich majaków. A potem poczekamy na widzów, którzy przyjdą do kina na wielkie widowisko, a tak naprawdę będzie na nich czekać film o dwóch facetach i skrzynce piwa. Bo migawkowe wizje nie będą niosły ze sobą żadnej wartości fabularnej i znikną w tempie odwrotnie proporcjonalnym do rosnącego wkurwienia widza. Film się kończy, bohaterowie padają na pysk, może jeszcze na koniec tajemniczy, metafizyczny wjazd CGI przez szyjkę do wnętrza pustej flaszki, by zasugerować widzowi, że Lyncha też się oglądało, a jakże. A jak się widz będzie awanturował, to dać mu krawat i pokazać zalaminowany kontrakt z Warner Bros. Poland. Bo przecież polski film, zaczynający się od sepiowego obrazka legendarnych hal Warnera, nie może być do niczego, tak? Gówno prawda, Wysoki Sądzie. Może.
Mamy trzy bohaterki. Miłośniczka muzealnych narzędzi tortur (Dominika Kluźniak), prezenterka pogody (Maja Hirsch) i wariatka udająca kameleona (Magdalena Boczarska). Spotykają się w spa, gdzie wariatka wkręca im, że jest ścigana przez łysawego degenerata (Cezary Kosiński), który robi kremy dla kobiet z kobiet. Cięcie i wizja: wzięte z "Piły" podziemia, pełne wiszących na łańcuchach niewiast, które dokonują żywota na fotelu dentystycznym podczas wysysania im krwi. Koniec pierwszej wizji. Narzekającym na facetów kobietom taka mordercza wizja strasznie pasi, więc postanawiają ten samczy pomiot załatwić z iście kobiecą fantazją. A owa fantazja co jakiś czas uruchamia na ekranie kolejne wizje, które do zasadniczej fabuły pasują jak reklamy do filmu na Polsacie, a z których zmontowano nie tylko trailer, ale i cały najnowszy film Andrzeja Saramonowicza "Jak się pozbyć cellulitu". Oczywiście tytuł także pasuje całości jak świni siodło.
Przy okazji recenzji filmu "Idealny facet dla mojej dziewczyny" napisałem, że Saramonowicz to zręczny naśladowca metody Kevina Smitha, czyli ci sami aktorzy, te same problemy i podobne dialogi. Jego pierwsze trzy filmy z Tomaszem Koneckim to kanon polskiej komedii. Po "Testosteronie" miał już na koncie tyle, że zaczął przepisywać z samego siebie, przestawiając tylko klocki i, niestety, dodając coraz gorsze przyprawy do coraz bardziej wodnistych scenariuszy. "Lejdis" było w miarę sprawną kalką "Testosteronu", "Idealny facet dla mojej dziewczyny" został koncertowo spartolony tanią pseudopsychoanalizą i trzymał się tylko na fetyszyzowaniu kamerą Magdaleny Boczarskiej. Po tym filmie drogi Andrzeja Saramonowicza i Tomasza Koneckiego się rozeszły, choć krążyły pogłoski o "Lejdis 2" na rozchodniaczka. Po dwóch latach Andrzej Saramonowicz wrócił w chwale pierwszego w historii polskiego kina kontraktu producenckiego z Warner Bros. Patrząc na "Jak się pozbyć cellulitu" nasuwa się konkluzja, iż największym sukcesem chytrego filmowca było namówienie potentata na realizację tak miałkiego scenariusza, i to przy iście Kubrickowskiej parafce w papierach, gwarantującej całkowitą niezależność twórczą.
|
|
No dobra, zostawmy już trailer w spokoju, w końcu to za oceanem sztukę montażu znakomitych zwiastunów kiepskich filmów doprowadzono do perfekcji graniczącej z autoparodią. Pierwszy samodzielny film Saramonowicza to pozbieranie struktury z debiutanckiego "Pół serio", teledyskowych i animowanych wstawek z "Ciała", narracyjnych wizji rozszerzających teatralność "Testosteronu", babskich połajanek słownych w kierunku facetów z "Lejdis" i wspomnianego już uwielbienia kamery dla Magdaleny Boczarskiej z "Idealnego faceta...". Plus oczywiście wszystkie siedem głównych ról z poprzednich obsad. No i znakomita realizacja stałych fachowców tego twórcy, bo jakość zdjęć Madejskiego i montażu Barzana jest constans. W przeciwieństwie do krzywej stale opadającej na łeb ich głównodowodzącego przyjaciela, który z pozycji najlepszego polskiego scenarzysty komediowego spadł na hochsztaplerskie filmowe dno. Bo nawet celowo durne scenariusze można zrobić z jajami i pozytywną energią, jak uczynił Patryk Vega z "Ciachem" (wiem, jestem odosobniony w odbiorze tej absurdalnej komedii, ale nic na to nie poradzę, że "Ciacho" bardzo mi się podobało, bo nie oszukiwało konwencją). Nawet wyszydzana "Kobieta-kot" Pitofa, obracająca się wokół wyśmiewanego, acz zastanawiająco podobnego kosmetycznego MacGuffina, była zrobiona z większą dbałością o widza.
Mając w pamięci precyzyjną i zakręconą strukturę "Ciała" lub dialogi z "Testosteronu", trudno uwierzyć, że "Jak się pozbyć cellulitu" podpisał ten sam człowiek. W obejrzanym niedawno wywiadzie telewizyjnym z Michałem Chacińskim, Andrzej Saramonowicz chwalił się, że zrobił świetny film, taki, który sam chciałby obejrzeć. Cóż mu pozostało w okresie przedpremierowej promocji... Tymczasem Moc opuściła go całkowicie, facet po raz kolejny udławił się własnym ogonem, a dialogi śmieszyły w zasadzie tylko wtedy, kiedy okraszał je bezcenną "kurwą" czy innym "fakenem". Kryminalno-sensacyjna intryga jest kiepskim pretekstem do pokazania bohaterek w najróżniejszych stadiach zjawiska, zwanego, za przeproszeniem, "spuszczeniem baby z łańcucha" - a to podczas picia, a to jarania się fajką wodną, fantazjowania o numerze musicalowym rodem z "Chicago", nocnego szukania zakopanych zwłok albo seksistowskich pogaduch o facetach jako pasożytach doczepionych do penisów. Choć to ostatnie było akurat wyjątkowo zabawne. Natomiast ze świecą szukać bardziej racjonalnego powodu obejrzenia filmu do końca, ponieważ to coś, co w podręczniku scenarzystów figuruje pod hasłem "finałowy twist", jest wiadome od samego początku. Wystarczy sugestywnie odegrany wyraz twarzy Magdaleny Boczarskiej w jej pierwszej scenie. Tu nic nie jest na serio, ale nie można scenariuszowego tumiwisizmu i maniackiego zapchajdziuryzmu wytłumaczyć farmazońską konwencją, w której Saramonowicz tak zgrabnie poruszał się przy okazji "Ciała". To po prostu zrobienie widza w ch... . W penisa.
|
|
Czyżby film był aż tak zły? Saramonowicz - scenarzysta poradził sobie fatalnie. Za to Saramonowicz - reżyser dał sobie radę trochę lepiej i nie spartolił okazji zebrania przed kamerą świetnych, choć oglądanych w kółko do zrzygania tych samych aktorów. Na pierwszy rzut oka do urody i seksapilu głównych bohaterek nie pasowała mała ruda Dominika Kluźniak. Ale to ona ukradła film całej obsadzie, najinteligentniej wyczuła konwencję, pojechała po pastiszowej bandzie i nie wywaliła się na żadnym zakręcie. Przede wszystkim dla jej brawurowych komediowych popisów warto obejrzeć ten kiepski film, bo wreszcie pojawiła się aktorka, która potrafiła przerobić legendarne błazeństwa Louisa De Funesa w wersji kobiecej. Bo tak to już jest, że aktorki muszą się bardziej napracować, żeby rozśmieszyć na ekranie czymś innym, niż dialogiem z "kurwą" w środku. Jej koleżanka z planu "BrzydUli", Maja Hirsch, standardowo eksponowała emploi wyniosłej królowej śniegu, z rzadka przełamywane jakimś zabawnym grymasem. Magdalena Boczarska, jak robiła to wcześniej u Saramonowicza i Koneckiego, miała tylko efektownie wyglądać w ubraniach i bieliźnie. To mało ambitne zadanie wykonała wzorcowo, a okazję do pokazania bardziej treściwego aktorstwa dostała właściwie tylko w jednej, krótkiej scenie udawania ukraińskiej gosposi. Męska część obsady, nieuchronnie zepchnięta na drugi plan, wyszła z ucieleśniania scenariuszowych bzdur częściowo obronną ręką. Najbardziej poszalał sobie nadekspresyjny Wojciech Mecwaldowski, smutna twarz Cezarego Kosińskiego tym razem nie wywoływała śmiechu, a Rafał Rutkowski w jarmułce na głowie też nie miał zbyt wielu okazji do rozśmieszania. Natomiast udział Tomasza Kota uczcijmy minutą ciszy. Ten aktor bierze stanowczo za dużo zleceń.
|
|
Najchętniej odradziłbym oglądanie "Jak się pozbyć cellulitu", bo to koronny przykład na antytwórczą sodówkę i butne przekonanie, że durny widz wszystko kupi, jeśli tylko da mu się sprawną realizację i kilku tych samych oklepanych aktorów. Ale to mamy codziennie na TVN bez wychodzenia z domu. Na premierowym seansie w sali raciborskiego kina Bałtyk było tylko siedmiu widzów. W trakcie projekcji wyszło czterech, zapewne, cytując Janisa z "Testosteronu",
"wkurwionych jak 150". Ja dotarłem do końca, przecierając oczy ze zdumienia nad upadkiem niegdysiejszego wielkiego talentu Andrzeja Saramonowicza. Jedynie aktorzy dali radę i tylko dla ich wariackich popisów warto dotrwać do końca tego niezbornego filmidła. A graficzne tło tej recenzji, wyciągnięty z filmowego plakatu dół pogrzebowy, niech będzie najlepszym podsumowaniem.
3/10
|
|
 |
wytwórnia - San Graal, Warner Bros. Poland, 2011
scenariusz i reżyseria - Andrzej Saramonowicz
produkcja - Andrzej Saramonowicz, Klaudia Śmieja
zdjęcia - Tomasz Madejski
montaż - Jarosław Barzan
muzyka - Wojciech Lemański
scenografia - Anna Jagna Janicka
kostiumy - Dominika Gebel
czas projekcji - 111 minut
wystąpili
Magdalena Boczarska
Maja Hirsch
Dominika Kluźniak
Tomasz Kot
Cezary Kosiński
Rafał Rutkowski
Grzegorz Małecki
Wojciech Mecwaldowski
Michał Figurski
|
(Kornelia Matejko)
(Maja Minorska)
(Ewa Silberberg)
(Maciej Zgirski)
(Jerzy/Jerry)
(Jakub Silberberg)
(komisarz Filc)
(Krystian Parzyszek)
(taksówkarz)
|
|
 |