"Jak w niebie" to dość swobodna interpretacja książki Marka Levy'ego. Film wydaje się być również inspirowany klasyką spod ręki Mankiewicza: " Duch i pani Muir". O ile jednak tamta historia otulała nas magią, delikatnością, unosiła niezłą muzyką i pozwalała na przypatrywanie się ciekawym kreacjom aktorskim, tak w obrazie Watersa niewiele pozostaje z owych elementów. Dlaczego zatem dałam się namówić na ów obraz i czy warto przeznaczyć kilkadziesiąt minut ze swego życia na bliższe zapoznanie się z nim? Pomimo że "komedia romantyczna" brzmi dla mnie wystarczająco odstręczająco (a to dzięki wszelkim dziełom pokroju "Notting Hill", czy "Dziennik Bridget Jones", gdzie to romantyczność skutecznie jest kamuflowana, a komedia jakoś zupełnie taką nie jest, chyba że już nie ma ona oznaczać szczerego śmiechu) , to tu jednak rolę główną gra Witherspoon, która od czasu "Miasteczka Pleasantville" mnie zaciekawiła, wcześniej rewelacyjnie spisując się w "Wyborach", a później "Legalną blondynkę" czyniąc filmem strawnym, a momentami faktycznie zabawnym. Zatem to ona sprawiła iż nie miałam uprzedzenia do owego obrazu (pomijając oczywiście znak ostrzegawczy, głoszący "komedia romantyczna"), jak się okazało też, dość szybko, znacznie bliżej owemu filmowi do romansów spod znaku firmowanego nazwiskami Hanks - Ryan, czy też "Ja Cię kocham, a Ty śpisz", a nie czerwonymi oczami J. Roberts (chociaż "bliżej" nie oznacza wcale że zupełnie w takim właśnie klimacie).
|
 |
|
 |
|
Fabuła nie jest skomplikowana, można wręcz uznać ją za wyświechtaną i banalną. Oto Elizabeth (Reese Witherspoon) , ambitna lekarka nie ma życia osobistego. Z kolejnej doby (kolejnej, wyglądającej jak inne, zatem spędzonej w szpitalu) udaje się jej wyrwać kilka chwil snu. Na korytarzu zostaje zatrzymane przez swego przełożonego, który oznajmia jej iż otrzymała to czego tak mocno pragnęła, zatem etat w szpitalu. Odsyła dziewczynę do domu, ale ta faktycznie nie może wyzwolić się od swej pracy. Gdy wychodzi ze szpitala jest już późno i jedzie na randkę w ciemno, zorganizowaną jej przez siostrę. Niestety, szczęście, tak jak i pech bywają kapryśnie przypadkowe. Ma wypadek samochodowy, po czym ... poznajemy Davida (Mark Ruffalo). Nie może pogodzić się ze stratą ukochanej sprzed lat, szuka właśnie mieszkania, przy czym jest dość wybredny (czy raczej dekoratorzy mają fatalny gust i David nie czuje się nazbyt komfortowo otoczony przestrzenią, gdzie meble są doprawdy zjawiskiem wielce umownym). Przeznaczenie (dosłownie, a jest to przeznaczenie pod postacią ogłoszenia, przyklejającego się uporczywie do Davida) sprawia że mężczyzna wynajmuje mieszkanie, należące wcześniej do Elizabeth. Bardzo mu się ono podoba i byłoby idealnie, gdyby nie jeden szczegół: pojawia się pedantyczna blondynka, twierdząca że to jej lokum i sugeruje że David ma problemy z alkoholem i prawdopodobnie jest wariatem ... Jako że duchy przecież nie istnieją, nie jest mu trudno uwierzyć w taki wariant. Po spotkaniu z przyjacielem - psychiatrą Jackiem (Donald Logue) , upewnia się jednak że problemu nie ma (a że przyjaciel jest takim prawdziwym kumplem, to i stanowczo odradza Davidowi porzucenie alkoholu, bo przecież :
"Bóg dał nam alkohol by ułatwić kontakty między ludźmi... by mężczyźni byli odważni, a kobiety uległe."). Jak się jednak okazuje kłopot nadal istnieje, albowiem dziewczyna nie znika.Do tego jest przekonana że wciąż ma swe mieszkanie, a David jest intruzem, którego wypędzić musi policja. Gdy postanawia zadzwonić po interwencję, okazuje się że faktycznie coś jest nie tak ...
|
 |
|
 |
|
W owym filmie z jednej strony mamy wszystkiego nazbyt dużo, a z drugiej (co paradoksalnie jest efektem tego pierwszego) nie mamy zupełnie nic. Tak np.: występuje tu wątek walki z alkoholizmem, próba uporania się z bólem przeszłości, a także dydaktyczny wykład na temat tego że życie to nie wyłącznie praca, że bez miłości nigdy nie będzie ono pełne. Wszystko to przyprawione jest komizmem, jednakże momenty parodystyczne ( trzy sposoby wypędzania ducha), są nazbyt krótkie, aby się nimi delektować, a jednocześnie średnio wpasowują się w całość. Ot, zbiór scenek, mających sprawić aby fabuła nie zaczęła się ciągnąć, komizm, wywołujący uśmiech, a jednak zupełnie nie trafiony. Można łączyć romantykę z parodystyką, czego świetnym przykładem jest "The Princess Bride" Reinera, w którym to walka z brzydkimi maszkarami, czy kpina z wielu konwencji nie niszczy nic z miłosnego wątku, a nawet nie odbiera mu nadmiaru lukru. Wiemy że tam chodzi faktycznie o miłość, a o co chodzi w filmie Watersa też niby wiadomo, tyle że wcale nie prezentuje się to już tak przekonywująco. To czego na pewno o nim nie można bowiem rzec, to tego iż wzrusza. Nie ma w nim faktycznej tragedii, czy chociażby poczucia że takowa zaistniała. Wszystko jest tak bardzo odległe, zmieniają się obrazy i widz wpada, wraz z aktorami z jednego kadru, w drugi, zupełnie beznamiętnie, przepełniony obojętnością. Pytanie czy ów film miał faktycznie wydobywać głębsze emocje (czy jakiekolwiek) ? Trudno powiedzieć, gdyż twórcy połączyli w jedno kilka gatunków, lecz one zamiast się przeplatać ze sobą, tworzą elementy silnie oddzielające się od pozostałych. Brakuje również chemii, działającej między bohaterami, a także Witherspoon nie miała większego pola dla popisu. Chociaż przebywa na ekranie często, wydaje się że w pamięć znacznie mocniej zapadnie kreacja, jaką stworzył Logue, zatem człowieka wyluzowanego, widzącego korzyści płynące z alkoholu, który jest głośny, imprezowy i zupełnie nie wydaje się być psychiatrą. Jego postać jest komiczna, niezwykle sympatyczna, to on wygłasza najciekawszą kwestię w filmie i tylko widz może żałować iż nie ma go więcej na planie. Ciekawą osobą jest również siostra Elizabeth, która w jednej ze scen przedstawia swą jakże niekonwencjonalną reakcję na wyznanie Davida iż Elizabeth jest tu z nimi i właśnie rozmawia z nim. Przykładna matka, każe swym dzieciom iść się bawić, po czym, dając upust irytacji, a jednocześnie starając się opanować nerwy... sięga po tasak ... niestety, tak sympatycznych wstawek jest niewiele. Starano się jeszcze sportretować inne postaci, które David spotyka podczas swej wędrówki ku prawdzie. Wśród jednych z nich jest młoda lokatorka budynku, w którym mieszka, eksponująca powszechnie swe wdzięki i starająca się zaciągnąć bohatera do łóżka, a gdy urok i niezawodne kobiece sposoby zawodzą, postanawia jeszcze mocniej uchwycić inicjatywę, ale że Davida "łatwe kobiety" nie pociągają i chociaż trudniej mu już aniżeli łatwej oprzeć się natarczywie łatwej kobiecie, od razu wiemy że uczucie jego i Elizabeth będzie się rozwijało, bez najmniejszych przeszkód, nawet jeżeli ową przeszkodą miałby być fakt że bohaterka może być martwa...
Podsumowując - obraz ów można obejrzeć, tylko przedtem warto sobie zadać pytanie: właściwie po co to czynić? Zatem polecam tylko i wyłącznie w towarzystwie, nie przykładając większej uwagi do filmu, bo chociaż nie ma powodów do znęcania się nad owym dziełkiem, to uważam że zamierzenie rozminęło się nieco z efektem końcowym. Reżyser filmu, Mark Waters, powtarza za Shakespearem : "There are more things in heaven and earth, than are dreamt of in your philosophy." Jeżeli ideą było przekonanie że takie rzeczy istnieją i aby je ujrzeć wystarczy nieco wiary, to uczyniono to w iście niemagiczny sposób. Prostota potrafi być urzekająca, natomiast banał jest już znacznie mniej zajmujący. Nie wystarczą więc piękne ogrody do zilustrowania uczuć, jeżeli między bohaterami nie ma chemii i wzajemnego przyciągania się, a cała historia jest zupełnie wyprana z emocji. Spotkanie bliższe z tym filmem na pewno nie pozostawi negatywnych śladów na psychice, ale trudno rzec iż jest to mile i słodko spędzony Czas. Zatem miłośników magii i romantycznych opowieści odsyłam do lektury, wspomnianego już, "The Princess Bride", który to obraz ilustruje wspaniale co znaczy opowiadać o uczuciach w stylu komediowym. Z tych samych powodów polecam również, zamiast "Jak w niebie" sięgnąć po "Ducha i panią Muir".
 | |
JAK W NIEBIE
Tytuł oryginalny: Just Like Heaven
Rok produkcji: 2005, USA
Czas trwania: 95 minut
Reżyseria: Mark Waters
Scenariusz: Peter Tolan, Leslie Dixon
Na podstawie powieści Marka Levy'ego ("A Jeśli To Prawda...")
Zdjęcia: Daryn Okada
Muzyka: Robert Smith
Wystąpili:
Reese Witherspoon, Mark Ruffalo, Donald Logue, Dina Spybey,
Ben Shenkman, Joe Heder, Ivana Milicevic, Rosalind Chao
 |
|
Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN
|
Klub Miłośników Filmu, 9.02.2006
|