Strona główna KMF
        


We at war
We at war with society, terrorism, racism,
and most of all we at war with ourselves

 

"Wszystkie wojny są takie same i wszystkie są inne", mówi jeden z bohaterów filmu "Jarhead". Coś podobnego moglibyśmy powiedzieć o filmach wojennych. Przesłanie ich wszystkich jest również zazwyczaj takie samo, mimo iż każdy z tych filmów czymś się od innych różni. Wszystkie, w mniej lub bardziej wyraźny sposób, afirmują pokój, głoszą bezsens wojny, pokazują degrengoladę moralną żołnierza w trakcie wojny i jej okrutne, destrukcyjne wpływy na normalną, cywilną egzystencję po jej zakończeniu. Sam Mendes swym nowym filmem nie sili się na oryginalność. Co więcej, momentami zdaje się czerpać z wielkich dzieł kina wojennego. Na przykład pierwsze sceny filmu przedstawiające trening rekrutów chyba nie bezpodstawnie przywodzą na myśl "Full Metal Jacket" Kubricka. Jest jednak parę istotnych elementów, które odróżniają tę pozycję od pozostałych przedstawicieli gatunku.

Po pierwsze główny bohater filmu, Swoff, nie jest kolejnym ochotnikiem-idealistą, który rzuca studia, by walczyć za swój kraj, niczym głowni bohaterowie "Plutonu" Stone'a czy "Ofiar Wojny" De Palmy. Nie oglądamy więc filmu z perspektywy wykształconego inteligenta, któremu przyszło zetknąć się z okropieństwami wojny, ale średnio rozgarniętego chłopaka, który postanowił wstąpić do wojska na pewno nie z wysoce moralnych pobudek. W armii Mendesa nie ma intelektualistów. Jej szeregi zasilają, jak to w życiu zazwyczaj bywa, wszelakiej maści przedstawiciele dolnych klas amerykańskiego społeczeństwa. Nie jadą do Iraku w obronie najwyższych wartości. Czynią tak, bo albo w ten sposób unikną więzienia, albo są bezrobotni i liczą na miejsca pracy po powrocie z wojaczki, albo stanowi to dla nich przygodę, albo chcą się w nietypowy sposób rozerwać, postrzelać z karabinu, zabić głupiego Araba. Odsłaniany przed nami obraz żołnierzy jest trochę przerysowany, trochę karykaturalny, a jednak oglądając go cały czas zdajemy sobie sprawę, że tak w końcu z grubsza wygląda wojsko, że tacy są żołdacy. Żadne wybitne to jednostki, lecz prości młodzi mężczyźni, nierzadko nieco narwani, popaprani lub zwyczajnie tępi, którzy często wybierają militarną drogę, bo nie wiedzą jeszcze, co chcą zrobić ze swoim życiem. Za podstawę filmu posłużyła w końcu powieść prawdziwego marine, przedstawiane elementy wojskowej rzeczywistości zwykłego żołnierza nie bez powodu sprawiają więc wrażenie bardzo realistycznych.

Co jednak najbardziej wyróżnia "Jarhead" z grupy filmów traktujących o wojnie, to dość nietypowe ukształtowanie opowieści oraz jej przesłanie. Nietypowość opowiadanej historii przejawia się w tym, że samej wojny w filmie właściwie nie uświadczymy. Grupa rekrutów po przejściu morderczego treningu odlatuje do Iraku, gdzie czeka na nich rozczarowanie – bić się jeszcze nie wolno, trzeba czekać. Czekają więc i nudzą się. Czyszczą broń, chodzą na patrole, grają w futbol, urządzają imprezy, gadają o dziewczynach i seksie, masturbują się, ale głównie się nudzą. Mijają tygodnie, miesiące, liczby stacjonujących jednostek stopniowo wzrastają, a rzezi jak nie było, tak nie ma. Ta nuda rodzi frustrację i zawód. Żołnierze nie wytrzymują psychicznie, załamują się. Ich nastroje można lepiej zrozumieć przywołując znakomitą scenę z projekcją "Czasu Apokalipsy". Świeżo upieczeni wojacy oglądają przed wylotem na Bliski Wschód słynną sekwencję, w której amerykańskie śmigłowce w rytm "Rajdu Walkirii" Wagnera obracają w perzynę wietnamską wioskę. Widząc na ekranie tę efektowną masakrę są podekscytowani, cieszą się, wiwatują, bo tego właśnie chcą, tego oczekują, tak ich zdaniem wygląda typowa kampania, gdzie trup ściele się gęsto, a wystrzeliwane łuski fruwają w powietrzu. Nie po to czołgali się z twarzą błocie, wielokrotnie składali i rozkładali karabin, ćwiczyli celność strzałów, znosili fizyczne i psychiczne męczarnie, żeby teraz spacerować bez celu po pustyni.

I to jest właśnie u Mendesa najciekawsze. Reżyser nie ogranicza się do pacyfistycznych przesłań i ukazywania, jakie okropne skutki powoduje wojna. W zasadzie pozostawia te sprawy trochę na boku. Owszem, są one w filmie obecne i nawet zostają podkreślone kilkoma scenami. Twórca "Jarhead" koncentruje się jednak przede wszystkim na samych żołnierzach, na wpływie wojskowego treningu na ich psychikę. Z przeciętnych mężczyzn stworzono zawodowych morderców. Ekstremalnie ciężkie ćwiczenia zaszczepiły w rekrutach pewne psychiczne zwyrodnienia. Żołnierze chcą zabijać, są żądni krwi wroga, pragną zobaczyć tę małą czerwoną plamkę na czole przeciwnika, różową mgiełkę unoszącą się nad głową zastrzelonego. W filmie Mendesa dominuje więc wymowa nie tyle antywojenna, co antywojskowa. Tu destrukcyjne skutki wywodzą się nie z wojennego piekła, ale wojskowych szkoleń, ich specyfiki i istoty. Rekruci zostali wyszkoleni, by eliminować nieprzyjaciół, a nie mogą wyeliminować nikogo. Wielu z nich powróci do domu bez uszczerbku na zdrowiu, wielu ominie nawet potrzeba zabicia drugiego człowieka, ale to właśnie paradoksalnie przyniesie im niezadowolenie, gdyż oni zabijać chcieli. Wspomnień z wojska zaś łatwo się nie zapomni. Podkreśla to Swoff stwierdzając, iż cokolwiek mężczyzna w swoim życiu jeszcze nie zrobi, to żołdakiem, tytułowym ‘jarhead', zostanie już na zawsze. A nic tak długo nie pozostaje w pamięci, jak uczucie trzymanej w ręku broni.

Przez większą część filmu oglądamy więc żołnierską nudę. Niech jednak nikt sobie nie myśli, że obserwowanie nudzących się wojaków wywoła u widza odruchy ziewania, ponieważ twórcy "Jarhead" pokazali te wciąż przedłużające się chwile oczekiwania na konflikt zbrojny w sposób zajmujący i niezwykle fascynujący. Spora w tym zasługa stojącej na bardzo wysokim poziomie strony technicznej opisywanej pozycji. Bo jest to film świetnie umuzyczniony, przepięknie sfotografowany, znakomicie zmontowany i wyśmienicie zagrany. Zwłaszcza zdjęcia potrafią wprawić w ogromny zachwyt. Cudowne ujęcia żołnierzy wędrujących po spowitej upalnym słońcem bezkresnej pustyni lub na tle złowieszczo płonących szybów naftowych to coś wspaniałego i niezapomnianego. Przeróżne sceny ilustruje kapitalnie dobrana, wpadająca w ucho muzyka. Nie ma to w końcu jak szlagier Bobby'ego McFerrina "Don't Worry, Be Happy" służący jako ilustracja dla sceny powitania nowego rekruta związaniem i postraszeniem wypaleniem na nodze rozżarzonym żelazem znamienia. Zaskakująco dobrze wypadli młodzi aktorzy pierwszego i drugiego planu, tworząc zestaw interesujących, przekonujących, wiarygodnych postaci.

"Jarhead" w Ameryce został przyjęty chłodno. Krytycy narzekali na jego wlekące się tempo, kontrowersyjność, treściową pustkę. Także pierwsi recenzenci w Polsce wypowiadają się na jego temat bez entuzjazmu. A szkoda, bo jest to film bardzo dobry: czasem zabawny, czasem smutny, niegłupi, emocjonujący, niepokojący, ładnie nakręcony, przewrotny i cholernie cyniczny. Pewnie, że nie będzie on drugim "Czasem Apokalipsy", ale jak na razie i tak jest najlepszym filmem wojennym XXI wieku.

OCENA: 8/10
 

JARHEAD
Jarhead - Żołnierz Piechoty Morskiej
USA
/ 2005 / Dramat wojenny / Czas 120 min.

Reżyseria: .... Sam Mendes
Scenariusz: .... William Broyles Jr.,
Na podstawie powieści: .... Anthony Swofford
Zdjęcia: .... Roger Deakins
Muzyka: .... Thomas Newman
Montaż: .... Walter Murch

Wystąpili:

Anthony 'Swoff' Swofford: .... Jake Gyllenhaal
Sierżant Siek: .... Jamie Foxx
Troy: .... Peter Sarsgaard
Kuhn: .... Lucas Black
Porucznik Kazinski: .... Chris Cooper
Beduin: .... Mike Akrawi
Escobar: .... Laz Alonso
Rini: .... Rini Bell

Klub Miłośników Filmu | 09 I 2006



e-mail
 Autor recenzji: Michał Jakubowski - JAKUZZI