Czym się w Polsce
interpretuje miłość?
+ gratis podaję przepis na zapach
zapominania
„Najtrudniejsze jest pierwsze zdanie” – rozpoczyna film jego
pięcioletnia narratorka, Eugenia (imienia stanowczo nie pozwala
zdrabniać!). Rzeklibyście: początek jak w baśni (pojawia się nawet
słynny już rekwizyt starej, oprawionej w konwencjonalną skórę księgi),
tyle, że jak się okazuje w baśni bardzo pogmatwanej gatunkowo. Dlaczego?
Primo: tym razem to nie my, doświadczeni życiem dorośli opowiadamy
dziecku piękną historię o księciu i królewnie, ale to dziecko opowiada
nam! Secundo: żeby było dziwniej, pięciolatka opowiada o nas, ba, nawet
próbuje wyjaśnić nasze splątane, ciężkie życie (padają słowa: „łez
padole”). W rezultacie, widz przez całe 103 minuty zastanawia się, jak
się udaje istocie w przedszkolnej fazie poznawania świata, objąć wielość
wydarzeń w Jaśminowie i jego pachnącym klasztorze, a nawet go trafnie
komentować? Odpowiedzi udziela sama Eugenia, na początku historii: „może
zwyczajnie!”.
|
 |
 |
Ale sam film jest
niezwyczajny, niedefiniowalny i niewkładalny do żadnej z przygotowanych
mu przez recenzentów szuflad. Niektórzy próbują go „upupić” realizmem
magicznym, ale przy tak synkretycznym tworze, trudno go określić w
jednym pojęciu. Owszem, realizmu próżno by się tu zapierać, ale jest to
na wskroś autorski realizm Kolskiego, taki na uboczu, dość
klaustrofobiczny, widziany z mikroperspektywy, zawsze odgrodzony jakimś
murem, jakby reszty świata nie było, tylko samo jaśminowe
mikromiasteczko; w rezultacie kamera pokazuje nam wszystko, czym opat
Kleofas (w tej roli świetny Adam Ferency) może zarządzać, ewentualnie
mały ryneczek Wąchocka, imitujący Bielany Jaśminowskie, z kluczowymi dla
akcji – zakładem fryzjerskim i kinem „Uśmiech”. Aż do końca projekcji
stale powraca odczucie, że oto przed nami reżyser poszukujący nowej
inkarnacji polskiego obrazu, a więc i wymagający obligatoryjnie
odczytywania neologizmami. Zabiegi, którym Jan Jakub Kolski poddaje swój
obraz, intuicyjnie określam jako jego zaplanowany „niedorealizm”; fabuła
filmu snuje się ciągle w jakimś pograniczu, arbitralnej opozycji:
widzialności i niewidzialności, materii i ducha, zaś praca scenarzysty
zdaje się polegać na ścisłej kontroli nad tym dualizmem. I kontrola ta
byłaby idealną, gdyby czasem więcej miejsca pozostawiono na twórcze
domysły odbiorcy.
Postacie filmu, autor „Jasminum” projektuje sobie jak potencjalnych
widzów, tzn. dzieli je według zasady „wierzą – nie wierzą”, chemicy i
alchemicy. Natomiast przedmiotem tej wiary-nie wiary bohaterów
Kolskiego, staje się zapach; sensualna, aż wręcz namacalna obecność
sacrum. Już w pierwszych ruchach kamery odkrywamy, że w klasztorze żyje
trzech, hermetycznie zamkniętych w jego murach, nosicieli świętych
zapachów: Brat Czeremcha (Krzysztof Pieczyński), Brat Śliwa (Grzegorz
Damięcki) i Brat Czereśnia (Dariusz Juzyszyn). Tajemnicza historia
mnisich aromatów, umagiczniona datą 1617 r., staje się metaforą
wszystkiego, co reżyser i zarazem scenarzysta chce powiedzieć od siebie
o miłości i transcendencji. Zresztą logiczna domyślność i ciąg
przyczynowo-skutkowy fabuły każe nam myśleć, że to właśnie zmysł węchu
stanie się naczelną zasadą, wokół której skupiać się będzie wszelaka
percepcja mieszkańców Jaśminowa, zaś ich „kronika wypadków miłosnych” to
nic innego jak skrupulatnie przewidziane ideogramy zapachów. I się nie
myli. Przez zapach można kochać, cierpieć, modlić się, a nawet dociekać
prawd ostatecznych. Poza tym ujawnia się w tym jakaś jeunetowska (jak w
„Amelii”), marnie-wykonana na poziomie scenografii, lepiej przez
zdjęcia, próba mikropercepcji świata, zachwycania się szczegółem,
wreszcie wysiłek docierania do metafizycznego dna w codzienności, z
czego odbiorca w kinowym fotelu czerpie niesamowitą przyjemność, np.
zupełnie magiczna scena poszukiwania przez Nataszę – matkę Eugenii,
konserwatorkę malarstwa w klasztorze tzw. „zapachu zapominania”. Wtedy w
zupełnym zdziwieniu patrzymy jak zwykła chemia rzeczywistości zmienia
się w tą alchemiczną; Natasza (Grażyna Błęcka-Kolska) podaje przepis
na „preparat zapominania”: zmieszać zapach trawy po deszczu, jesiennych
ognisk, jabłoni i wilgotnej słomy!!!
|
 |
 |
W konsekwencji,
obraz zieje w widzów jakąś słodkawą wonią swojskości, czasem
przesadzonej, ale z drugiej strony brak owego klimatu oznaczałby brak
tak genialnych scen jak ta: elektroniczny budzik dzwoni o 4.30 w
klasztornej celi, z łóżka wstaje, zmierzwiony, nieogolony Gajos (w roli
kucharza „Zdrówko”), z miną poczciwca mamrocze coś na wpół sennie,
próbując wypędzić z przyciężkich, dziurawych buciorów śpiącą tam mysz..
Oczywiście cały czas opowiada o tym pięcioletnie dziecko... a może to
tylko dziecięcy głos, którym przemawia infantylne spojrzenie na świat wg
Kolskiego. W każdym bądź razie ta druga wersja bardziej pasuje, bo które
dziecko jest tak wyzute ze zdziwienia światem jak mała Gienia, namolnie
komentująca zaskoczenie dorosłych: „I co się dziwisz?”
Jak w wielu filmach, w „Jasminum” chodzi o miłość, zresztą grzmiał o tym
jego marketing – „Film pachnący miłością”. Reklama filmów, choć niema
wewnętrznie, na powierzchni głośno przekazuje priorytety fabuły. Nie
wyjawię tajemnicy, którą skrzętnie ukrywać będą sale kinowe, choć to
banał: jaśmin to miłość! (jak to wytłumaczył Kolski już nie powiem!).
Miłość zdarza się tam na dwa sposoby: jako romantyczna drama i jako
gęsto podszyte feromonami szaleństwo (w tej roli świetnie się spełnia
Bogusław Linda, jako Zeman – kinowe bożyszcze Jaśminowian).
|
 |
 |
Zaprawdę dziwnie
polski film, pojedynczy i dobry egzemplarz, w którym się język polski
nie musi promować przez potoczne wulgaryzmy, a scenariusz ma dość
wartości by trzeba go było podpierać którąś z wielkich narodowych
epopei. Oczywiście można znacznie strywializować wysiłki Kolskiego i
powiedzieć, że aby nakręcić coś takiego, wystarczy wybrać jeden ze
zmysłów i nim opowiedzieć historię pewnego zakonu i pewnej miłości, ale
najważniejszym pytaniem kina jest „jak?”. Jak pokazać obraz spójny z
moim wyobrażeniem? Jak dziecięcym nuceniem: lala lala lalala...(nawiasem
mówiąc poważnie skomponowanej muzyki Zygmunta Koniecznego) pokazać inny
typ „dostrzegania” i interpretacji. Wszystko w rękach widzów Kolskiego.
Ci, którzy pójdą do kina w celach ludycznych, zobaczą „słodką
dziewczynkę”, a nawet „słodkiego Gajosa”, zaś ci, co ciągle pytają
„dlaczego?”, będą mieli wrażenie jakby asystowali przy narodzinach nowej
jakości kina polskiego. Ale na szczęście statystyką się tu nie
zajmujemy. Istotne, by większość widzów zapamiętała najważniejszy dialog
„Jasminum”, głos Kolskiego o sztuce filmowej.
Opat Kleofas (namiętny widz Felliniego): „Film to też taki
cud. Zamieszkuje w człowieku w podobny sposób. W tych samych okolicach.
W sercu...”
Natasza (smutno): „Widać, że dawno ojciec nie był w kinie."
 |
Jasminum
(Polska, 2005)
Komedia
czas 103 min.
Reżyseria: Jan Jakub Kolski
Scenariusz: Jan Jakub Kolski
Obsada:
Brat Zdrówko: .... Janusz Gajos
Natasza: .... Grażyna Błęcka-Kolska
Ojciec Kleofas: .... Adam Ferency
Brat Czeremcha: .... Krzysztof Pieczyński
Święty Roch: .... Franciszek Pieczka
Aktor Zeman: .... Bogusław Linda
Burmistrz: .... Krzysztof Globisz
Brat Śliwa: .... Grzegorz Damięcki
Fryzjerka Patrycja: .... Monika Dryl
Brat Czereśnia: .... Dariusz Juzyszyn
Klub
Miłośników Filmu | 23 V 2006 |
|
| Autor
recenzji:
Kamila
Dzika - KAMA |