Opowieści o Ondricku i Zelence
Kolejny, drugi po kultowych "Samotnych", film Davida Ondricka, który trafia do polskich kin, niczym już nie zaskakuje. Co jednak - jako ktoś, kto za nową czeską kinematografię dałby sobie rękę uciąć - stwierdzam z nutką zazdrości w głosie. Wszak poziom czeskiego filmu jest od lat jednakowo wysoki. Ponadto, o ile polskie kino od dawna rozwija się samo dla siebie, nie przejmując się tym, że obok toczy się jeszcze inne życie, o tyle kino czeskie jest świetnym obserwatorem rzeczywistości. Zelenka i Ondricek znakomicie diagnozują epidemię samotności w ponowoczesnym świecie, powszechną tęsknotę za raz ustaloną hierarchią wartości i - będący efektem tej tęsknoty - popyt na kulturowy handel tożsamością. Już na początku zakładają jednak, że nikomu nie powiedzą co zdiagnozowali. Właściwa treść tych absurdalnych, czeskich tragikomedii znajduje się więc pod wierzchnią warstwą fabuły. Widz ma najpierw głośno się śmiać, po to, by później głośno pomyśleć. Choćby o tym, że jego światopogląd, życie intymne, hobby, czy nawet religia stają się powoli przestrzenią tak samo zawłaszczoną przez marketing, jak dworcowy billboard czy wciśnięta do ręki ulotka. Czeskie kino o problemach współczesności mówi głośno, lecz metaforycznie. Wypracowało sobie bowiem swój narodowy język i znalazło młodych zdolnych, którzy chcą i potrafią w tym języku opowiadać. Tymczasem w Polsce zamiast języka - mamy klisze, zamiast historii do opowiedzenia - pobieżnie streszczane historyjki, a zamiast młodych zdolnych - jednego Konrada Niewolskiego, który już teraz ma reżyserskie plany aż do 2008 roku włącznie. Dlatego cieszę się, że "Jedna ręka..." nie tylko "nie klaszcze", ale także nie zaskakuje. Bo filmowe spojrzenie na współczesność jest nam tak samo potrzebne jak filmowa od tej współczesności ucieczka...
Nie sposób pozbyć się wrażenia, że "Jedna ręka nie klaszcze" mogłaby spokojnie użyczyć kilku epizodów "Opowieściom o zwyczajnym szaleństwie". Nie wiem kto od kogo kopiuje: Zelenka od Ondricka, czy Ondricek od Zelenki, ale stwierdzenie, że reżyserowane przez nich filmy są do siebie zwyczajnie podobne, nie oddaje stopnia wzajemnych koneksji. Filmy te są wszak stylistycznie identyczne! Ten sam odcień absurdu, ta sama wielowątkowość, to samo balansowanie na granicy rubaszności i perwersji. Nawet aktor ten sam. Jednak kto zdążył polubić Ivana Trojana, ten będzie miał dobrą zabawę widząc jak Trojan całkowicie zmienia u Ondricka emploi. Jedyne, czym naprawdę różnią się obie produkcje, to ciężar poetyki. Zelenka jest w swych scenariuszach subtelniejszy - jego woltyżerka jest mniej ekscentryczna, a fobie jego bohaterów bardziej przyswajalne. Ondrickowi zaś zdarza się tu i ówdzie przeszarżować, co niestety przekreśla go już na starcie w uzbrojonych w podwójne szkła oczach polskiej krytyki. A niepotrzebnie. Gdyż świat, który kreuje - mimo że czasem tak wyrazisty, że aż wulgarny - wart jest odwiedzenia. Ondricek wypatruje w kulturze współczesnych Czechów drobnych z pozoru śmiesznostek, absurdów i paradoksów, aby następnie na srebrnym ekranie zmienić ich skalę z "mikro" na "makro". Spyta się ktoś - co w tym interesującego? Ano to chociażby, że dzisiejsza polska przestrzeń kulturowa niewiele różni się od czeskiej. A więc wszystko co tam zdiagnozowane i sprowadzone do absurdu, można by zdiagnozować i sprowadzić do absurdu również u nas. Parafrazując klasyka - "Ale z czego się śmiejemy? Z samych siebie się śmiejemy." - szkoda tylko, że oglądając komedię zza czeskiej granicy.
Na koniec - zgodnie z początkową tezą - warto by zapytać co też kryje się pod pozornie chaotyczną warstwą fabularną "Jednej ręki...". Jeśli punktem wyjścia opowieści jest nielegalny przewóz dzikich, chronionych orłów w klatkach, w których powinny znajdować się udomowione, przeznaczone na sprzedaż kurczaki - to można przyjąć tezę, że treści znajdziemy tu niewiele. Wielowątkowa farsa, którą od pierwszej minuty snuje tu Ondricek, jest jednak doskonałą sceną dla ukrytego początkowo przed widzem, przewrotnego teatru osobowości. Jedna z teorii postmodernizmu głosi, że ponowoczesność sprzyja kształtowaniu dwóch rodzajów postaw: postawy turysty i postawy włóczęgi. Obie co prawda charakteryzują się mobilnością, z tą jednak różnicą, że włóczęga jest do mobilności przymuszany, a turyście sprawia ona przyjemność. Ponadto i jeden i drugi podczas swojej podróży nieustannie zakłada maski - zarówno turysta, jak i włóczęga, ciągle zmieniają więc swoją społeczną tożsamość. I film Ondricka jest zapisem takiej właśnie gry konstruktami osobowości. Przedstawia wytrawnych graczy, którzy w teatr masek bawią się z przyjemnością i wyrachowaniem (Zdenek i rodzina), oraz zestawia ich z tymi, którym natura poskąpiła predyspozycji do zabawy w ponowoczesność (Standa i przyjaciele). Problemy pierwszych zaczynają się w momencie, gdy odległe dotąd od siebie osobowości zaczynają się ze sobą stykać. Problemy drugich trwają nieustannie - a mają swój początek zawsze wtedy, gdy okoliczności wymagają od bohatera wejścia w nową rolę. Ondricek szuka więc odpowiedzi na pytanie: jak być sobą i na tym nie stracić? Jak brylować w świecie współczesnej kultury bez uszczerbku na zdrowiu? Na to pytanie nikt tu nie odpowiada, co świadczy jednak o zdrowym rozsądku scenarzystów. Bo przecież każda odpowiedź byłaby albo zła, albo naiwna.
Ocena: 4/6
 |
JEDNA RĘKA NIE KLASZCZE
Tytuł oryginalny: Jedna ruka netleská
Rok produkcji: 2003
Kraj: Czechy
Czas trwania: 103 minuty
Reżyseria: David Ondricek
Scenariusz: David Ondricek, Jirí Machácek, Ivan Trojan
Zdjęcia: Richard Rericha
Muzyka: Jan P. Muchow
Obsada:
| Jirí Machácek | .....Standa |
| Ivan Trojan | .....Zdenek |
| Marek Taclík | .....Ondrej |
| Isabela Bencová | .....Martina |
| Kristina Lukesová | .....Andrea |
| Vladimír Dlouhý | .....Ojciec Martiny |
|
 |
 |
Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK |
Klub Miłośników Filmu 18.08.2006 |
|