Strona główna KMF

"I Am Legend" to film, który moim zdaniem niczego nowego do swojego gatunku nie wnosi. A reprezentuje gatunek dość szeroko ostatnimi czasy eksploatowany, a mianowicie apokaliptyczne s-f, gdzie mamy i grozę i akcję i gorzką refleksję nad współczesnym światem. Bohater to jednostka ocalała z apokaliptycznej wręcz zagłady, spowodowanej a to wirusem, a to jakimś kwaśnym deszczem, a to zbyt bliskim kontaktem z zombie. Jednostka próbuje jakoś egzystować w wyludnionym świecie (w scenerii rodem z dokumentu "Pod wulkanem" W. Herzoga), stale narażona na czyhające wszędzie niebezpieczeństwa. Są jeszcze oni - to znaczy to, co zostało z ludzi. To "coś" jest zazwyczaj niezwykle wrogo nastawione i do tego głodne (wedle zasady głodny to zły). A żywi się... Nie trzeba już nawet dopowiadać czym.


"I Am Legend" powiela ten szablon z wielkim zaangażowaniem. Niemalże całą koncepcję scenariuszową filmu można by, kawałek po kawałku, odnaleźć w filmach wcześniejszych, o podobnej tematyce. I już w tym momencie należy postawić pytanie, dlaczego ten film w ogóle powstał. Wtórność w tym wypadku nie jest winą samego pomysłu. Jest to bowiem ekranizacja ksiązki Richarda Mathesona pod tym samym tytułem. Wcześniej powstały już dwie ekranizacje: "The Last Man on Earth" z Vincentem Price'em (1964) oraz "The Omega Man" z Charltonem Hestonem (1971). Nie są one jednak na tyle znane, aby mogły pozbawić świeżości nową wersję, czy też postawić ją w krzyżowym ogniu porównań. Podstawowym błędem twórców wydaje się być opieszałość w ekranizacji owej niezwykłej prozy. Główne wątki książki już dawno zostały wielokrotnie powielone w różnych konfiguracjach, będących jedynie odniesieniami do literackiego pierwowzoru, natomiast w szatach nowej fabuły. Co sprawiło, że proza Mathesona stała się tak wyświechtanym materiałem na film, choć zekranizowana była już wieki (przy obecnym pędzie i rozwoju gatunku s-f) temu?




Przyczyn należy szukać już w 1968 roku, w projekcie George'a Romero. Do swojej "Nocy żywych trupów" czerpał z "I Am Legend" pełnymi garściami, praktycznie wykorzystując jej potencjał do cna. Tak narodził się horror o zombie - to samo apokaliptyczne czarnowidztwo, które dziś tak ochoczo jest realizowane. Twórcy "I Am Legend", jakby nie zauważając nurtu zapoczątkowanego przez Romero, a opartego na twórczości Mathesona, powracają wprost do trzewi i ekranizują książkę, tworząc film zgodny mniej lub bardziej z oryginałem. Jaki jest tego efekt? Wtórność, której linią obrony staje się efektowność i gwiazdorstwo. Na początku jest wirus wesoło hasający po całym świecie, czyniący z ludzi "coś". Ile mieliśmy takich rozpoczęć w obecnym kinie? Całe mnóstwo; że przytoczę tylko dwie części "28 dni później" (z pierwszą częścią sporo lepszą od "I Am Legend"). Należy też przypomnieć, że "rozmnażanie" zombie w licznych horrorach o tychże to także rodzaj pewnego wirusa. Will Smith (odtwórca głównej roli) jest jedynym ocalałym (oczywiście nie bez powodu - bo z jakichś powodów z pewnością przeżył). Snuje się więc po Nowym Jorku, opustoszałym, zastygłym w miejscu i "konsumowanym" przez przyrodę, niczym Bakczysaraj z "Sonetów krymskich". Jedynymi sprzymierzeńcami w jego samotności są dzikie zwierzęta hasające niczym na sawannie. Zwrot "miejska dżungla" przybiera w tej sytuacji nowe znaczenie, ale już w znakomitym (o ile nie najlepszym w tym gatunku) filmie "12 Małp" mamy do czynienia z lwami grasującymi w wymarłym mieście. Nic nowego. Pójdźmy dalej tym tropem - robinsonady głównego bohatera dowodzi fakt, iż ma swojego Piętaszka, w postaci wiernego psa. Aby jednak zupełnie nie zbzikować, stara się utrzymywać kontakty z wyimaginowanymi osobami reprezentowanymi przez manekiny - w "Cast Away" mieliśmy pana Wilsona i zapewniam was, że było dużo mniej żałośnie. Zresztą w materii klasycznej robinsonady filmowej nie ma nic lepszego nad "Piekło na Pacyfiku" J. Boormana.




Niewątpliwym atutem filmu jest trzymanie widza w niepewności, z jakim wrogiem mamy dokładnie do czynienia. Dostajemy tylko szczątkowe informacje, a pierwsze spotkanie z przeciwnikiem przyprawia o miły dreszcz. Niestety motywy wykorzystane przy "produkcji" antagonistycznych kreatur zbyt mocno kojarzą się z "Silent Hill", co drażni straszliwie (przede wszystkim irracjonalny strach głównego bohatera przed zmrokiem). Ich tożsamość też nie jest wielce oryginalna, choć z drugiej strony na uwagę zasługuje fakt, że nie są to znów zombie.


Nawiązań, a może raczej żywej kalki (mniej lub bardziej świadomej, mając na uwadze czerpanie z książki), odnajdziemy w filmie dużo więcej i nie ma sensu zagłębiać się w to bardziej. Wspomnę jeszcze o dwóch wyróżnikach. Pierwszym jest niewątpliwe bohater, grany wyjątkowo (jak na taką produkcję) przez niezwykle komercyjnego aktora. Nie jest łatwo grać Robinsona, jeszcze trudniej napisać dobry scenariusz bez dialogów (tzn. bez posługiwania się manekinami), dlatego słowa uznania dla Smitha (mimo, że w filmie gada sporo; a to z psem, a to ze wspomnianym kawałkiem plastiku). Przy tak nierównym scenariuszu i tak słabo zbudowanej postaci, naprawdę potrzeba nie lada kunsztu, żeby pozostać autentycznym w swojej roli.




Z jednej strony wielkim mankamentem, a drugiej ratunkiem wydają się być efekty specjalne. Film jest nimi przeciążony. Przede wszystkim antagoniści, inaczej niż w filmach o zombie, nie są odgrywani przez aktorów, lecz od stóp do głów stworzeni komputerowo (co nie wygląda najlepiej). Dużo lepiej jest ze zwierzętami zamieszkującymi Nowy Jork - ich wygląd jest zachwycająco zgodny z rzeczywistym. Niestety, wychodząc z założenia, iż żadna komputerowa animacja nie zastąpi człowieka, a już na pewno nie zombie, działa to in minus. Może to i efektowne (to humanoidalne stadko) i zapunktuje na komercyjną korzyść obrazu, ale z pewnością wyzbyte elementarnej właściwości, dla której zostało poczęte, mianowicie - wzbudzania grozy.


Film, mimo jego wtórności, miałkości głównego bohatera i mało ciekawego przeciwnika (w liczbie wielce mnogiej) owego bohatera, widz przełknie bez trudu - głównie dzięki wartkiej akcji, zawsze efektownym apokaliptycznym plenerem, no i Willowi Smithowi (niestety znów uwikłanemu w ten negatywny romantyzm i martyrologię). Pytanie jednak - czy warto? Moim zdaniem, nie. Apokaliptyczny "wysyp żywych trupów" trwa, w licznych postaciach trafia na ekrany naszych kin i - trzeba przyznać - często w dużo atrakcyjniejszych postaciach niż "I Am Legend". Jeżeliś więc żądny zacnego s-f w klimatach apokalipsy tu i teraz, pędź czym prędzej po "Ludzkie dzieci", o ileś nie widział jeszcze. Jedynym faktycznym atutem "I Am Legend" jest możliwość zapoznania się z głównym wątkami książki Mathesona, co z kolei może zachęcić do jej przeczytania (lub też skutecznie odwieść od tego). I to wszystko.



JESTEM LEGENDĄ


Tytuł oryginalny: I Am Legend
Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 101 minut

Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Mark Protosevich, Akiva Goldsman
Na podstawie powieści: Richard Matheson
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: James Newton Howard

Obsada:
Will Smith   .....Robert Neville
Alice Braga   .....Anna
Charlie Tahan   .....Ethan
Salli Richardson   .....Zoe
Willow Smith   .....Marley


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Grynasz - VINCENT VEGA
Klub Miłośników Filmu
11.01.2008