Mariusz Grzegorzek - reżyser teatralno-filmowy powraca po latach ze swoim nowym filmem „Jestem twój”. Prezentuje nam obraz oryginalny i nieoczywisty, o czym świadczy daremna próba jego klasyfikacji gatunkowej. Zgodnie z przewidywaniami film podzielił publiczność na gorących zwolenników i przeciwników, tak jak to zazwyczaj dzieje się w przypadku eksperymentów. Czy możliwa jest jednak niejednoznaczna ocena dokonania Grzegorzka i czy film rzeczywiście zasługuje na tak skrajne emocje?

Od tych zaś (skrajnych emocji) w filmie aż kipi (niczym w roju os, który pojawia się w początkowych i końcowych scenach). Główną bohaterką filmu jest Marta – pani stomatolog będąca chyba zupełnym zaprzeczeniem tego, jak stereotypowo spostrzegany jest wykonawca tego zawodu. Określenie „niestabilna emocjonalnie” jest w stosunku do niej zdecydowanym eufemizmem. Ta kobieta bowiem to wcielenie szaleństwa (momentami dobra, a momentami zdecydowanie przeszarżowana rola Małgorzaty Buczkowskiej-Szlenkier). Miotają nią uczucia ekstremalne: od miłości do nienawiści. Swoje huśtawki nastrojów wyładowuje głównie na mężu, który dość pokornie znosi jej rozbuchany temperament. Któregoś dnia, najwyraźniej pod wpływem niekontrolowanego impulsu, wdaje się w romans z osiedlowym dozorcą (chociaż może trudno nazwać romansem zwierzęcy seks na podłodze). Owocem tego „romantycznego zajścia” jest ciąża stająca się katalizatorem późniejszych wydarzeń. Ojciec dziecka (sam właściwie będący dużym dzieckiem fanatyk gier komputerowych i pozujący na macho prostak) rości sobie prawa do nienarodzonego jeszcze potomka i prześladuje Martę, składając jej wizyty w towarzystwie swojej zaborczej matki. Jest ona (w tej roli zdecydowanie najlepsza w tym filmie Dorota Kolak) uosobieniem matki-kwoki próbującej roztoczyć kontrolę nad swoim próbującym zachować resztki wolności synem. Wymyśla misterny spisek mający doprowadzić do odebrania dziecka matce i z uporem maniaka (na drodze legalnej lub też niekoniecznie) dąży do realizacji chytrego planu. Oprócz głównego wątku związanego z ciążą Marty w tle mamy również jej relację z infantylną siostrą Alicją (rola Romy Gąsiorowskiej łudząco podobna do kreacji z „Wojny polsko-ruskiej”), która pewnego dnia pojawia się nagle na jej progu i próbuje odbudować (z nie do końca wiadomych powodów, ale mającą swe źródła w dzieciństwie) trudną, siostrzaną relację.

     

Tak streszczona fabuła przedstawia się jako klasyczny dramat. Nic jednak bardziej mylnego, gdyż film Grzegorzka jest raczej fabularnym eksperymentem, którym rządzi będący miszmaszem gatunkowym chaos. Większość scen to pastisz różnych gatunków filmowych: od komedii romantycznej przez kino familijne aż po dreszczowiec czy nawet horror. Jest więc na przemian: kiczowato-mdło-romantycznie (będące prawdopodobnie wymysłem wyobraźni bohaterki sceny między Alicją a jej księciem z bajki, który przyjeżdża mercedesem i oświadcza jej się na tle „wypasionej” rezydencji), rodzinno- śmieszno-komediowo (siedzący na tarasie Marta, Artur i Alicja przekomarzają się między sobą śmiejąc się perliście ze swych żenująco-śmiesznych żartów), dramatyczno-strasznie (matka Artura terroryzująca obie siostry w ich domu w momencie gdy rozpoczyna się akcja porodowa). W finale reżyser natomiast serwuje nam makabrę rodem z „Dziecka Rosemary”, kiedy Marta zdradzająca już wyraźne symptomy obłąkania (opętania?) tuż po porodzie dostaje kolejnego gwałtownego ataku szaleństwa (ma m.in. wizję ducha swojej zmarłej matki), aby później z obłędem w oczach snuć się po oddziale porodowym. Wszystko zaś to skąpane jest w ocierającej się o estetykę kiczu pop-kulturowej papce (ciekawy wybór przewijającej się w tle piosenki zespołu „Shout”, która w swym pop-rockowym, nieco kiczowatym właśnie brzmieniu przypomina twórczość Stachurskiego czy popularnego w swoim czasie zespołu Kancelaria).

Oglądałam film Grzegorzka z mieszanymi uczuciami. Przez większość czasu towarzyszyła mi chyba irytacja (po filmie jednak zdałam sobie sprawę, że być może było to uczucie które miało mi towarzyszyć), ale momentami również rozbawienie i coś na kształt fascynacji. Denerwowała przerysowaną gra aktorów (szczególnie Marty grającej jakby na jedno kopyto, co było dość nużące) i pretensjonalność postaci (zwłaszcza lolitkowatej Alicji). Za dużo tu ekspresji i brawury. Próba przekazania gwałtownych emocji przeżywanych przez bohaterów osiągała w pewnym momencie nie tyle efekt intensywny, ile wręcz groteskowy. Forma zaczęła przerastać treść, a pastisz przechodzić w parodię (nie podejrzewam natomiast żeby taki rezultat był do końca pożądany przez twórcę).

     

Nie można jednak powiedzieć, że „Jestem twój” jest eksperymentem do końca nietrafionym. Jest to próba dość nowatorska jak na polskie kino (nie wiem czy do końca słusznie, ale trochę mam tu skojarzenia z filmem Ślesickiego „Tato” sprzed lat, którego pewna karykaturalność nie zaważyła mam wrażenie jednak na treści). Nie zmienia to faktu, że obraz pod względem formy jest ciekawy i pokazuje, że klasyczną historię można opowiedzieć w sposób świeży i zaskakujący. To, że budzi mieszane uczucia i jest źródłem dysonansu emocjonalnego może również przemawiać na jego korzyść. Jest w tym filmie coś pociągającego i odpychającego jednocześnie, tak jak pociągająca i odpychająca może być estetyka kiczu, którą epatuje reżyser. Podsumowując: film (moim skromnym zdaniem) nie do końca udany, ale na pewno budzący emocje i nie pozostawiający obojętnym.

Ocena: 6/10




Autor tekstu: Magdalena Wiśniewska - ZOOEY [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 30 września 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF