Strona główna KMF



Czterdziestolatek - 20 lat później


Ostatni raz widziałem się z Johnem dwadzieścia lat temu. Wtedy to w pojedynkę wyciął w pień pół armii niezwyciężonego Związku Radzieckiego, jednoznacznie dając do zrozumienia, co myśli o komunizmie. Po tym dość wyczerpującym zadaniu (w końcu czterdzieści lat na karku robi swoje) John postanowił wycofać się z czynnej walki o wolność naszą, waszą, ich, tych i tamtych. Krótko mówiąc o wolność wszelaką. Zaszył się (nie Esperalem) w swej samotni i z dala od świata kontemplował i dumał. Nad czym? Nie chciał zdradzić. W każdym razie żył spokojnie, koegzystując wzorowo z naturą i pojedynczymi jednostkami ludzkimi. Ale "bohaterowie nie umierają" i kiedy "wojna jest w twojej krwi", czasami nie pozostaje nic innego, jak wrócić w glorii i chwale na arenę, wyeliminować kilku, co ja mówię - kilkudziesięciu "złych" tego świata, znacząc swą obecność krwią wrogów. To właśnie postanowił zrobić ten czterdziestolatek, dokładnie dwadzieścia lat później (patrząc na Rambo A.D. 2008 przez klawiaturę nie może przejść "sześćdziesięciolatek") i na szczęście nie wrócił w stylu bohaterów serialu Jerzego Gruzy. Po kolei jednak...




Po zeszłorocznym sukcesie "Rocky'ego Balboa" Sylvestrowi Stallone udało się doprowadzić do wyjścia z komy kolejną ikonę amerykańskiej kinematografii - Johna Jamesa Rambo. Były członek elitarnych jednostek "Zielonych Beretów" to legenda nie tylko za oceanem - w krajach byłego bloku wschodniego był postacią kultową, z którą niejeden narwany młodzieniec się utożsamiał. Filmy z Rambo w ilości sztuk trzech to esencja kina lat osiemdziesiątych i trochę z nostalgii, trochę z sentymentu do lat minionych, ale też trochę ze złości Stallone postanowił pokazać, że "stara gwardia nie rdzewieje" i że wciąż ma coś do powiedzenia w czasach pięknych, młodych, gładkolicych, kochliwych, uroczych "bohaterków" kina akcji nowego wieku. Tym bardziej, że nie udało się to jego kumplowi Bruce'owi Willisowi. Trudno uwierzyć, ale będący w wieku emerytalnym Stallone niczym człowiek-orkiestra wziął na swe barki całą produkcję czwartej części sagi "Rambo", będąc scenarzystą, reżyserem, producentem i oczywiście odtwarzając główną rolę. Historia, którą napisał, nie jest z pewnością wielce oryginalna, niemniej jej umiejscowienie zwraca uwagę na pewien istotny problem, o którym całkiem niedawno mogliśmy usłyszeć w codziennych wiadomościach w związku z protestami mnichów. Otóż akcja dzieje się w Birmie, gdzie po przejęciu władzy przez wojskową juntę już w latach sześćdziesiątych XX wieku, demokracja nie ma racji bytu. Rządy terroru i zastraszania, wtrącania opozycji do więzień, masakry ludności. Jeden z najkrwawszych sposobów sprawowania władzy we współczesnym świecie. Do tego państwa próbuje się dostać grupa chrześcijańskich misjonarzy z Sarą Miller na czele. Przebywający w sąsiadującej Tajlandii John Rambo zostaje poproszony o przewiezienie grupy przez graniczną rzekę do stanu Karen. Z oporami zgadza się. Po powrocie dowiaduje się, że misjonarze niemal natychmiast wpadli w ręce sadystycznego majora Pa Tee Tint i kierowana jest do niego kolejna prośba: trzeba odbić uwięzionych. Tym razem ważenie stron "dodatnich" i stron "ujemnych" trwa zdecydowanie krócej i Johnowi nie pozostaje nic innego, jak wyruszyć z misją odbicia jeńców. Do zadania dokooptowanych zostaje pięciu najemników, którzy mają mu w tym arcytrudnym zadaniu pomóc.


Na szczęście, zapowiedzi Stallone'a nijak mają się do staropolskiego porzekadła "obiecanki cacanki a głupiemu radość". Zrobił to, do czego się zobowiązał. Nakręcił film, który w niczym nie przypomina współczesnych filmów akcji. To twarde, surowe, solidne kino przywołujące ducha lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w którym nie dba się o poprawność polityczną (już pojawiły się pierwsze głosy, że to film rasistowski wobec Azjatów), a tam gdzie ma lać się krew, krew oczywiście występuje w ilościach znacznych. Scenariusz, jak widać z powyższego opisu, nie grzeszy oryginalnością, ale zwraca uwagę na istotny problem i daje Johnowi okazję do wykazania się po raz ostatni. I to wystarczy. Już pierwsze minuty pokazują, z czym będziemy mieć do czynienia. Brutalność, przemoc, mordowanie, sporo gore. Tak. Niewygodnie się to ogląda, do samego końca. Stallone nie zastosował tak zwanych "zmiękczaczy" w postaci wesołych akcentów, przerysowania czy groteski. Wojna to wojna. Nie ma zmiłuj, a Rambo znany jest z tego, że w przeciwieństwie do Boga, nie wybacza. "Uśpiona" maszyna do zabijania zostaje zaktywowana, by siać śmierć. I dzięki tej postaci akcja pędzi na łeb, na szyję.




To właściwie pierwszy film w reżyserii Sylvestra Stallone będący niczym innym jak klasycznym kinem akcji - zadziwiające, z jaką łatwością odnalazł się w nim na stołku reżysera. Ograniczył niemal do zera znienawidzone przez wielu CGI, postawił na tradycjny montaż, prostą, klarowną historię (trzeba to przyznać - z dość banalnymi dialogami), odpowiednio wyważoną dramaturgię, wyrazistego bohatera, i w wyniku otrzymał to, czego oczekują zakochani w latach osiemdziesiątych fani (bo nie ulega wątpliwości, że to dla nich Sly zrobił ten film) - pełne adrenaliny i testosteronu, efektowne i niesamowicie wybuchowe kino, sprowadzone do 80 minut napakowanej po brzegi (wyłączając napisy końcowe) akcji, łącznie z wbijającym w fotel finałem. Tym samym Sly unieśmiertelnił (po raz kolejny) swojego sztandarowego bohatera. Udowodnił, że nikt nie czuje takiego kina jak on i że - mimo zaawansowanego wieku - nie ma sobie równych w kreowaniu tego typu postaci. Ze swoim fizis idealnie odnajduje się w tej roli zamkniętego w sobie odludka, który na swój sposób pojmuje sprawiedliwość i hołduje bardziej starotestamentowemu "oko za oko" czy w tym przypadku nawet "para oczu za oko" niż nowotestamentowemu "nadstaw drugi policzek". Sam bohater został potraktowany z szacunkiem, a jego żywot filmowy sensownie podsumowany. Nieco gorzej powiodło się innym aktorom. Julie Benz, choć próbowała z całych swoich sił, z całego serca swego, nie udało się przekonać mnie do swego talentu aktorskiego. Na szczęście jest urodziwą niewiastą. Reszta ekipy, czyli najemnicy, wypadają dość wiarygodnie. Szkoda, że filmowy bad guy jest mało wyrazisty. Zważywszy na jego filmowych poprzedników (szeryf Teasle z "First Blood" czy Zajcew z "Rambo III"), mocno odstaje od szanownej reszty. Choć całość przesłania akcja, film ma coś z ducha oryginału, również w kwestii muzycznej. Ciężkie zadanie czekało Briana Tylera, autora muzyki, któremu udała się sztuka umiejętnego nawiązania do znakomitego score'u Jerry'ego Goldsmitha. Klasyczne motywy w nowych aranżacjach świetnie komponują się z obrazem. Również autorowi zdjęć udało się kilka ładnych ujęć z plenerami Birmy i Tajlandii, nie mówiąc o robiących ogromne wrażenie scenach walki, łącznie z finałowym piekielnym "krajobrazem po bitwie" - niestety w kilku momentach można odnieść wrażenie, że całości brakuje przestrzeni.




Chwilkę jeszcze zatrzymam się przy samym bohaterze. Odniosłem wrażenie, że to już nie ten sam Rambo. W tym filmie to człowiek, który nie ma nic wspólnego z ideologiami za które walczył (świetne, klimatyczne flashbacki, które - proszę wybaczcie - kojarzyły mi się z pamiętnym "Johnny Got His Gun") i nadstawiał karku w poprzednich częściach. Nie ma zamiaru nawet nawrócić się i szukać szczęścia w religii, której orędownikami są misjonarze (ostatecznie też zmieniający swą filozofię). Facet stracił wiarę w cokolwiek, nie widzi sensu w walce o "słuszną sprawę", a impulsem powodującym powrót na ścieżkę, którą podążał przez niemal całe dorosłe życie, jest kobieta. Budzi się w nim wojownik, który, jak to malowniczo zostało ujęte, "wojnę ma we krwi". Wojownik, którego ostatnia bitwa jest ostatnim przystankiem w długiej, pełnej wybojów drodze do domu...


Trudno oczekiwać od "Rambo" XXI wieku, będącego powrotem do wspomnianych lat osiemdziesiątych, czegoś więcej niż solidnego męskiego akcyjniaka. Ja nie oczekiwałem i zostałem w stu procentach usatysfakcjonowany. To po prostu kawał ociekającego krwią i armatnim mięsem obrazu, z bohaterem lat młodości, który tylko czekał na odpowiedni moment, by pokazać, kto tu rządzi. Wypada tylko poczekać na już zapowiadaną 120-minutową wersję reżyserską. Na koniec mogę tylko dodać, że powrót Rocky'ego po latach przekonał mnie jednak odrobinę bardziej.






Tytuł polski: John Rambo
Rok produkcji: 2008
Kraj: USA, Niemcy
Czas trwania: 91 minut

Reżyseria: Sylvester Stallone
Scenariusz: Art Monterastelli,
Sylvester Stallone
Zdjęcia: Glen MacPherson
Muzyka: Brian Tyler

Obsada:
Sylvester Stallone   .....John Rambo
Julie Benz   .....Sarah Miller
Matthew Marsden   .....School Boy
Graham McTavish   .....Lewis


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Tomasz Urbański - TOMASHEC
Klub Miłośników Filmu
09.03.2008