Johnny English powraca, to znaczy reaktywuje się po ośmiu latach nieobecności na ekranach kin! Aż tyle czasu musiało upłynąć, by widzowie zapomnieli jak słabym filmem była pierwsza część. Dlaczego więc powraca? Pewnie dlatego, że Rowan Atkinson zorientował się, że to ostatni dzwonek na odcięcie jakiegoś sensownego kuponu od image'u Jasia Fasoli, odchodzącego coraz bardziej w niepamięć. Powraca też pewnie dlatego, że Atkinson zaczął dostrzegać w portfelu dziurę budżetową, do której przyczyniła się słabość aktora do rozbijania się coraz bardziej sportowymi furami (ostatnio na przykład rozbił McLarena F1).
Zestawiając "Johnny'ego Englisha" i powstałe kilka lat później "Wakacje Jasia Fasoli" - dwie średnio udane komedie, w których Atkinson zagrał pierwsze skrzypce, z dokonaniami tego aktora w rolach epizodycznych ("Cztery wesela i pogrzeb", "Hot Shots 2", "Rat Race", "Love Actually") i przede wszystkim z kultowym serialem telewizyjnym "Jaś Fasola" ("Mr. Bean" 1990-1995), który przyniósł mu międzynarodową sławę, stwierdzić można bez szczególnego wnikania, że Atkinson jest mistrzem skeczu i epizodu, ale nie potrafi pociągnąć swoją osobą filmu pełnometrażowego. Udowadnia to po raz trzeci drugą częścią "Johnny'ego Englisha", komedią sensacyjną, która nie jest ani dobrą komedią, ani dobrą sensacją.
|
 |
 |
|
"Johnny English Reaktywacja" stara się być pastiszem wszelakich Bondów, "Mission: Impossible"
i parodią innych tajnych agentów wyposażonych w wymyślne bronie. Sensacyjno-szpiegowska strona filmu, jak można się było spodziewać, leży i błaga widza o litość, a gadżety Englisha nie są ani zabawne, ani szczególnie pomysłowe. Intryga, która nawet nie próbuje zainteresować, służy tylko jako łącznik między scenami, w których Atkinson może się powygłupiać, porobić zabawne miny
i powydobywać z siebie dziwne odgłosy. I żeby chociaż te mini-skecze, ten humor sytuacyjny był dobry i powodował u widza wybuchy śmiechu, przełknąłbym tę pretekstową fabułkę. Jedyna scena, na której autentycznie się roześmiałem, to ta z fotelem, który na zmianę samoczynnie podnosi się i opuszcza, a Atkinson albo wyjeżdża z kadru, albo wjeżdża pod biurko, zachowując przy tym kamienną twarz. Na marginesie, w tym roku to już drugi, obok "Zamiany ciał" film ze sceną pod tytułem "problem z fotelem", która okazuje się najzabawniejsza ze wszystkich humorystycznych wstawek. I taka nasuwa się myśl - jaki był sens dorabiania do jednej zabawnej sceny, kryminalnej otoczki i w ogóle całej reszty filmu?
Rowan Jaś Fasola Atkinson powinien pozostać tam, gdzie jego miejsce i gdzie sprawdza się najlepiej, czyli w epizodach, a przede wszystkim w skeczach, które nie wymagały żadnej fabuły, a mimo to oferowały prawdziwą beczkę śmiechu. Każdy z nas pamięta wizytę Jasia Fasoli na basenie, w kinie, czy robiącego sobie kanapkę na ławce w parku, prawda? Tymczasem w "Johnny'm Englishu Reaktywacji" wszystkie próby zainscenizowania irracjonalnych i niecodziennych zachowań Atkinsona, spalają na panewce. Humor jest naciągany i przyciężkawy. Poza tym twórcy nie mogą się zdecydować czy przedstawić Englisha bardziej jako super-agenta, czy super-idiotę.
|
 |
 |
|
Nie śmieszy łopatologiczna scena z zażyciem pigułki zmieniającej głos, przyprawia o zażenowanie
- prawdopodobnie najgorszy w historii kina - pościg samochodowy za Atkinsonem pędzącym na wózku inwalidzkim. Zepsuto nawet dobrze zapowiadający się gag z kotem wyrzuconym przez okno i markowaniem jego obecności. Niepotrzebnie wprowadzono motyw mnichów, którzy wyszkolili Englisha, a szczególnie jego mentalnego kontaktu z mistrzem, choć finałowe, pospolite kopnięcie w dupę czarnego charakteru, okazuje się na tle całego mistycznego szkolenia Johnny'ego, całkiem zabawną puentą.
Englishowi przez cały film "oko lata", co jako żywo skojarzyło mi się z tikiem nerwowym Dreyfusa z "Powrotu Różowej pantery", a skoro już zahaczyliśmy o klasykę, stwierdzam bezlitośnie, że English jest jedynie marnym cieniem fajtłapowatego Clouseau w wykonaniu Petera Sellersa. Brytyjski agent może też czyścić buty Frankowi Drebinowi z cyklu "Naga broń". Atkinson próbuje przejmować pałeczkę po swoich genialnych poprzednikach, ale pomimo posiadania niepodważalnych atutów (ciamajdowaty wygląd, permanentne roztargnienie i gracja słonia w składzie porcelany), nie udaje mu się to. Może problem tkwi w samym gatunku komedii sensacyjnej, na którym bardzo łatwo się poślizgnąć. Na takim połączeniu wyłożył się sam Louis de Funes w "Słynnej restauracji". Po pierwszej, komediowej, oferującej humor na najwyższym poziomie części filmu (ach, to dyktowanie przepisu po niemiecku), de Funes został wrzucony w kryminalną intrygę i z ekranu zaczęło wiać nudą, a śmiech się skończył.
|
 |
 |
|
Największym sukcesem drugiej części "Johnny'ego Englisha" okazuje się to, że jest lepsza od części pierwszej. Jeżeli tendencja zwyżkowa się utrzyma, za kolejnych osiem lat być może dostaniemy całkiem znośną część trzecią, choć ja osobiście nie będę wyglądał jej z niecierpliwością.
Ocena 5/10