Strona główna KMF



[UWAGA! TEKST ZDRADZA WAŻNE ELEMENTY FABUŁY!]


Spodobał mi się "Joshua" jako odtrutka na wszystkie bajki o dzieciach toczących w diabolicznym szale pianę z ust; spodobał mi się jako zręczny thriller, swoista zabawa z konwencją. Zawiódł tam, gdzie zręczność w budowaniu napięcia już nie pomaga - gdzie pomysł, ideę, przekuć należy w konkretne rozwiązania fabularne. Warto się jednak nad "Joshuą" pochylić - to film niegłupi, oparty na ciekawych założeniach.


George Ratliff wziął na warsztat współczesny mit Antychrysta. Ów mit stworzyło "Dziecko Rosemary", zaś za wariację, o której mowa, opowiada Richard Donner i jego "Omen" z małym Harveyem Stephensem w niezapomnianej roli syna Szatana. Antychryst jest tu słodkim dzieckiem o buzi aniołka i poważnych oczach. "Joshua" jest w jakimś sensie odpowiedzią na "Omen", jego zupełnym przeciwieństwem, korzystającym, co więcej, z legendy "horroru, który wszyscy widzieli". Wymaga bowiem znajomości filmu Donnera, a przynajmniej pewności: dziecko może być złe. Na nic rozsądek, na nic logika: małego Joshuę uznajemy niemal od razu za czarny charakter...




Pisząc o "Omenie" odwoływał się Kelley do ewolucji wizerunku Agenta Dołu: Diabła, który wchodzi między ludzi, już bez ogona i rogów. Oglądając "Joshuę", wierzymy w istnienie jakiejś mrocznej siły, która kieruje poczynaniami dziecka lub wręcz stanowi jego "ja". Tym zamaskowanym przeciwnikiem w erze rozumu okazują się jednak nauki: psychologia, socjologia... Mały Joshua nie jest opętany. Mały Joshua pragnie miłości. Mały Joshua, dziecko o inteligencji w granicach geniuszu, opracowuje precyzyjny plan zemsty na bezdusznym, ułożonym świecie. Takie jest rozwiązanie zagadki: zagadki dziecka, które bezustannie płacze, matki popadającej w obłęd, dziwnych dźwięków w apartamencie na górze, tragicznych zdarzeń, które mnożą się wokół chłopczyka tak, jak wokół Damiena w "Omenie" (a Brad i Abby na pewno widzieli "Omena"!). Joshua z iście diabelskim (sic!) wyrachowaniem odgrywa swoją rolę, nakręcając spiralę podejrzeń i lęku, obnażając pustkę rodzinnych relacji. Nie popełnia błędów. Nie potyka się. Wygrywa.


Niestety, sam film kapituluje wobec zobowiązań, jakie sobie narzucił. Jest tu scena, gdzie mały Joshua, leżąc w łóżku, rozmawia z ojcem i mówi: nie musisz mnie kochać. To nie jest zasada czy coś. Nie musisz kochać swojego dziwnego synka. Więc miłość, rozmowy, prezenty - są w jego oczach zaledwie grą, elementem wizerunku współczesnego, odnoszącego sukcesy mężczyzny-ojca? Ale skąd ta złość? Skąd pragnienie przemocy? Nawet biorąc postać Joshuy w cudzysłów, traktując go symbolicznie, jako nemezis - przedstawiciela wszystkich dzieci z bogatych domów, samotnych wśród drogich gadżetów, rybek w wielkich akwariach i dyplomów z Dalton czy Riverdale - próżno szukać w filmie wyraźniejszych tropów prowadzących do źródła gniewu rozgoryczonego dziecka. Chłopczyk nie ma wyjątkowo ciepłych relacji z rodzicami, to fakt. Dusi się też w pozbawionym metafizyki świecie ery racjonalizmu - stąd fascynacja starożytnym Egiptem, prastare wierzenia. Joshua chce, by ktoś zważył jego serce. Może myśli, że poprzez mumifikację zapewni życie pogrobowe swojej śwince morskiej? (Nie wspominając już o pluszowej pandzie...).




Sęk w tym, że owe dywagacje zawieszone są w próżni. Mamy w filmie kilka świetnych, obyczajowych obrazków "z życia...", ale brakuje tu szerszego tła psychologiczno-społecznego, brakuje wyrazistości. Bywają w kryminałach zbrodnie potworne i błahe jednocześnie - jednak "Joshua" buduje mozolny, perfekcyjny plan zemsty na zaledwie kilku poszlakach. Przy czym nie jest to niedopowiedzenie, które inteligentnie mnoży znaki zapytania; końcówka "Joshuy" przypomniała mi "K-Pax" - zagadki zbudowane na dziurach logicznych i próbę stworzenia głębi psychologicznej tam, gdzie zwyczajnie nie było dla niej przestrzeni. Z tym, że akurat bohaterowie "Joshuy" są napisani nienajgorzej, a zagrani przynajmniej przyzwoicie (Rockwell, rozhisteryzowana Farmiga) - Jacob Kogan, debiutant, daje w tytułowej roli prawdziwy popis (zdecydowanie jedna z najlepszych ról dziecięcych zeszłego roku!). To wszystko jednak nie wystarcza, by wypełnić luki w scenariuszu; "Joshua" chce być historią wendety na rodzinnym piekiełku, ale ponosi klęskę, gdyż "rodzinne piekiełko" jedynie migocze gdzieś na trzecim planie. Elementy satyry okazują się zbyt słabe, a psychologiczny horror - zbyt niewiarygodny. Zdarza się, prawda?


PS. Przewodni motyw muzyczny, autorstwa młodziutkiego Nico Muhly'ego - asystenta Philipa Glassa przy "Godzinach", "Notatkach o skandalu" oraz "Iluzjoniście" - jest znakomity; oszczędny i przejmujący. Szkoda więc "Joshuy": szkoda muzyki i obsady. I klimatu.





Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 106 minut

Reżyseria: George Ratliff
Scenariusz: David Gilbert, George Ratliff
Zdjęcia: Benoit Debie
Muzyka: Nico Muhly

Obsada:
Sam Rockwell   .....Brad Cairn
Vera Farmiga   .....Abby Cairn
Jacob Kogan   .....Joshua Cairn
Celia Weston   .....Hazel Cairn
Dallas Roberts   .....Ned Davidoff
Michael McKean   .....Chester Jenkins


Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Klara Kukowska - ARTEMIS
Klub Miłośników Filmu
09.03.2008