STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
|
NAPISZ DO AUTORA
Nieco czerstwy, ale wciąż smakowity kawałek kina
Macie czasem takie dni, kiedy dosłownie nic się Wam nie udaje? Budzik nie
zadzwonił, oblaliście się kawą, autobus uciekł sprzed nosa... A to przecież
dopiero początek. Potem ciągnie się to już po prostu lawinowo. Spóźniacie się do
pracy, szef patrzy spod byka, chcąc nadrobić stracony czas wyżywacie się na
komputerze, aż ten w końcu „siada” i trzeba wzywać technika. Ostatecznie całą
robotę musicie zabrać ze sobą do domu, gdzie okazuje się, że w porannym
pośpiechu zostawiliście otwartą lodówkę i cała jej zawartość nadaje się już
tylko do kosza. Wtedy myśli się właściwie tylko o tym, żeby pójść spać i obudzić
się nazajutrz w jakimś nowym, lepszym świecie. Gdyby to tylko było takie
proste... Na szczęście są jeszcze sposoby, które sprawiają, że nawet z
najbardziej beznadziejnej sytuacji dostrzegamy drogę wyjścia. I to bez
przechodzenia przez magiczne lustro.
„Jak dobrze, że po dniu, w którym nic nie jest pewne, wiem, że w domu zrobię
sobie coś, co na pewno się uda i na pewno będzie pyszne”. Od tych słów
rozpoczyna się przygoda Julie Powell – trzydziestoletniej pracownicy biurowej,
która pewnego dnia stwierdza, że ma dosyć swojego bylejakiego życia. Brzmi to
niepokojąco znajomo, ale spokojnie – Julie nie założy dziennika z
postanowieniami, nie przeprowadzi transatlantyckiej zamiany mieszkaniami, nie
zmieni pracy. Zacznie... gotować według przepisów z, legendarnej dla Amerykanów,
książki kucharskiej Julii Child. Stawia samej sobie wyzwanie – 524 przepisy w
365 dni. A żeby wszystko było w jakiś sposób udokumentowane, opisuje całą sprawę
na blogu, który z biegiem czasu cieszy się coraz większym zainteresowaniem.
Nawet wśród mediów.
|
 |
 |
|
Ta historia rzeczywiście miała miejsce. Stany Zjednoczone zainteresowały się
Julie gdzieś między 2002 a 2003 rokiem. Po zakończeniu swojej misji, nasza
bohaterka opisała ją ze szczegółami w książce pt. „Julie i Julia. Rok
niebezpiecznego gotowania”. To ona właśnie posłużyła Norze Ephron, autorce
takich przebojów jak „Kiedy Harry poznał Sally” czy „Masz wiadomość”, przy
pisaniu scenariusza do jej najnowszego filmu, „Julie i Julia”. Ten, w
odróżnieniu od jej największych dokonań, nie jest kolejną komedią romantyczną.
Oczywiście, tutaj również miłość stanowi ważny element fabuły, ale chodzi raczej
o miłość do samego siebie. No i oczywiście jedzenia. Zmagania Julie z przepisami
kulinarnej mistrzyni Ameryki przeplatane są retrospekcjami, w których oglądamy,
jak sama Julia Child uczy się gotować. Bo, jak mówi w filmie mąż Powell, „Julia
Child nie od zawsze była Julią Child”. Poznajemy ją w chwili, gdy wraz z mężem
dyplomatą przeprowadza się do powojennego Paryża i... stwierdza, że – wyłączając
jedzenie – jej życie jest byle jakie. Zapisuje się więc do prestiżowej szkoły
Cordon Bleu, gdzie wśród doświadczonych kucharzy poznaje tajniki francuskiej
kuchni. Trzeba przyznać, że historie te naprawdę znakomicie się przenikają.
Dostrzegamy, jak bardzo obie panie są do siebie podobne, choć teoretycznie
powinno je dzielić wszystko. Czasy i miejsce, w których żyją, pozycja społeczna,
wiek... Łączy je jednak coś bardzo ważnego. Decyzja o wzięciu się z życiem za
bary. I to w wyjątkowo smakowity sposób.
Film ten jest naprawdę inspirujący. W czasie oglądania myśli się tylko o tym,
aby przyjść do domu, wygrzebać z odmętów szafy jakąś książkę kucharską i
upichcić coś smacznego. Coś, co poprawi nam samopoczucie i zmobilizuje do
dalszego działania. Bo skoro im się udało, to czemu nie nam? Szczególnie biorąc
pod uwagę fakt, że film powstał na podstawie dwóch prawdziwych historii,
wprowadza on widza w pełen bojowości nastrój. Po prostu chce się obudzić
następnego ranka i powiedzieć „to jest pierwszy dzień mojego nowego życia”. A
tego typu obrazy są w kinie potrzebne. Szczególnie teraz, gdy żałoba po
uśmierconym lecie powoduje, że czasem aż nie chce się wstać z łóżka. Taka
afirmacja szczęścia, kiedy oglądamy na ekranie kogoś w sytuacji o wiele bardziej
beznadziejnej niż nasza i jednocześnie wychodzącego z niej na prostą, potrafi
dać naprawdę niezłego kopa do działania. Założę się, że takie tytuły jak „Pod
słońcem Toskanii” czy „W pogoni za szczęściem” niejednemu uratowały życie.
Niestety, walory terapeutyczne takich produkcji przysłaniają też często to, co w
kinie powinno być najważniejsze, i to, co pozostaje, to tylko wykrzykiwane raz
po raz hasła „Chwytaj dzień”, „Idź przed siebie” czy „Nie poddawaj się” w takt
jakiegoś popowego numeru. „Julie i Julia” nie jest w tym wszystkim aż tak
oczywisty. Ba – w jednej scenie wyśmiewa nawet tego typu pretensjonalne hasełka.
Ale nie jest to też film, który prezentowałby nam coś, czego jeszcze nie
widzieliśmy. To taka … „bezpieczna” produkcja, gdzie wszystko niby jest na swoim
miejscu, wszystko jest poprawne, ale – paradoksalnie - to bardziej zarzut niż
pochwała. Szkoda, bo z taką ekipą można się było pokusić o nieco więcej…
A jeśli o ekipie mowa… Wystarczą właściwie dwa słowa – Meryl Streep. Co z tego,
że kompozytorem muzyki jest Alexandre Desplat, co z tego, że za kamerą stanął
Stephen Goldblatt… Na dalszy plan schodzą nawet pozostali aktorzy, wśród których
są przecież chociażby Amy Adams i Stanley Tucci – a nie są to byle jakie
nazwiska. Gdy w jakimś filmie gra Meryl, nikt inny się nie liczy. I tu jest
podobnie. Choć jej rolę należy rozpatrywać chyba jednak jako drugoplanową,
kradnie dla siebie całą widownię. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
Hamowałbym zaś wszelkie okrzyki, jakoby miała być to rola, która da jej w końcu
trzeciego Oscara, bo Streep gra w tym filmie nierówno. Z jednej strony wywołuje
uśmiech na twarzy już samym pojawieniem się na ekranie, z drugiej – w pewnym
momencie przestaje być Julią Child, a jest już tylko teatralnym tworem.
Zabawnym, charakterystycznym, ale za bardzo oderwanym od rzeczywistości. Moim
zdaniem na trzecią statuetkę trzeba będzie jeszcze poczekać. Swojego Mini-Oscara
w kategorii „najbardziej smakowite pochłanianie posiłków” przyznałbym natomiast
Chrisowi Messinie, wcielającemu się w męża Julie Powell. Szczerze mówiąc, w
filmie brakowało mi trochę ceremonialnych scen przygotowywania potraw, jak
chociażby w „Czekoladzie” czy „Uczcie Babette”. Tutaj nie ma tego zbyt wiele.
Ale jest za to Chris Messina. To, co robi podczas jedzenia, to po prostu
majstersztyk – ma się pewność, że to, co w tej chwili pałaszuje, to
najsmaczniejsza rzecz, jakiej kiedykolwiek próbował. Kiedy po seansie
przyszedłem do domu, od razu zacząłem szukać przepisu na ciasto czekoladowe,
które pochłaniał garściami (w sensie dosłownym). Znalazłem. I czekam, aż mama
wróci z wakacji, by mi je zrobić :P.
|
 |
 |
|
To naprawdę niezły film. Nora Ephron niemalże do samego końca bardzo sprawnie
łączy oba wątki. Starannie lawiruje pomiędzy różnymi stanami emocjonalnymi,
zestawiając ze sobą nieco znerwicowaną Julie z wieczną optymistką Julią. Cała
konstrukcja filmu jest dokładnie przemyślana i widać to na pierwszy rzut oka.
Niestety, pod koniec zarówno jedna, jak i druga historia, wpada na mieliznę. Ma
się wrażenie, że czegoś jest tutaj po prostu za dużo – robi się bałagan .
Problemy atakują znienacka i piętrzą się w niesamowitym tempie, by na ostatniej
stronie scenariusza zniknąć, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cele
naszych bohaterek po prostu gdzieś umykają, przykryte innymi sprawami. Razi to
zwłaszcza w wątku francuskim, w którym chciano chyba upchnąć zbyt wiele
informacji na temat życia Child. Życia interesującego, a jakże, ale to w końcu
nie biografia. Wskutek tego wszystkiego, ostatnie pół godziny zdaje się trochę
dłużyć. Rozczarowuje również sam koniec filmu. I choć na plus można zaliczyć
fakt, że uniknięto finału pt. „Wszyscy się kochają, jest cudownie, James Brown
śpiewa ‘I feel good’ i chce się żyć”, coś tam nie zagrało... Zamiast wyjść z
sali kinowej w podskokach, nucąc jakąś przyjemną melodyjkę, ludzie drapią się po
głowie, zastanawiając „To już koniec?”. W przypadku filmu, który ma dać kopa, by
wziąć się z życiem za bary, nie jest to chyba najlepsza reakcja. Lepiej już było
postawić na Jamesa Browna...