Kung-fu (z jęz. chiń., Gongfu) - oznacza osiągnięcie czegoś przez ciężką i wytrwałą pracę. W tradycyjnej mowie chińskiej Kung-fu jest określeniem dla sztuk walki, w szczególności wyraża gotowość, do której się dochodzi przez wytężoną pracę. Może się to odnosić zarówno do walki, jak i innych dziedzin życia (dosłownie każdej innej czynności). Tradycyjnym zbiorem pojęć wszystkich chińskich sztuk walki jest Wushu.

Dawno, dawno temu we wspaniałej krainie za wielkim oceanem powstał piękny film. Opowiadał wzruszającą historię młodego chłopca, który nie miał w życiu lekko. A to przeprowadzki, a to jego wyśniony ideał kobiety woli brutalnego króla szkoły, a to ów król szkoły okazuje się mistrzem karate i spuszcza bohaterowi regularne bęcki. Brakuje tylko starego, dobrego mistrza, który nauczy młodzieńca sztuki walki pustą dłonią, by mógł się obronić. Mistrz także się w końcu pojawia. Brzmi fajnie? Jasne, dopóki nie okazuje się, że pojawili się już wszyscy, poza jednym. Kimkolwiek, kto rzeczywiście zna karate!

Remake to plaga dzisiejszego kina. Wszelka tematyka zdaje się na tyle wyświechtana, że twórcy już nawet nie starają się udawać, że opowiadają inną historię. Po prostu wygrzebują jakiś scenariusz z odmętów przeszłości i kręcą od nowa. Godzi to w pojęcie filmu, jako twórczej aktywności artystycznej, gdyż zamiast realizować swoje pomysły, reżyserzy nagminnie zaczynają je sobie podkradać, a widzom wciskać na siłę do ust kotleta odgrzanego na przeciekającym reaktorze nuklearnym.


20 lat po premierze "Karate Kid" w sieci i kinach zaczęły pojawiać się trailery tego samego kotleta, przyprawionego tylko Jackie Chanem i miniaturowym Willem Smithem. Zajawka nie zwiastowała niczego dobrego. Irytujący bachor o kuriozalnej fryzurze do pary z niegdysiejszym królem kina Kung-fu, który tu upada na samo dno i walczy z 12-latkami. Wszystko w takt pompatycznej muzyczki, która zdaje się sugerować widzowi, iż ogląda narodziny nowego przywódcy wolnego świata.

Protestował cały świat. Że niby Jackie Chan nauczycielem sztuk walki?! Gdzie mu do wszechpotężnego Pata Mority! Dlaczegóż to Will Smith się sklonował i zagrał w filmie jako 12-latek?! Murzyn nie może się uczyć walczyć, bo w oryginale był przecież biały Włoch o wątpliwej orientacji seksualnej! I wreszcie... dlaczego film nazywa się "Karate Kid", skoro dzieje się w Chinach i obraca wokół Kung-fu?!

Te palące kwestie były dowodem na jedno. Motłoch zapomniał jak dennym filmem był oryginał! Pal licho, że klisza kliszą kliszę poganiała. O to chodzi w familijnym kinie sportowym. Ale nie chodzi o to, żeby wybierać jako wspólny język postaci karate, a potem sprowadzić na plan samych leszczy i niedojdy, by pokazywały jak to one sobie wyobrażają sztuki walki. A wyobraźnie mają bardzo ubogą. Machanie nieporadnie łapkami i nóżkami w losowo wybranych kierunkach. Do tego wymyślanie idiotycznych technik, których za cholerę nie da się zblokować, a wyglądają jak ściągnięte od inwalidy umysłowego. Także nic lepszego niż pomysł, by zrobić to od nowa, nie mogło się tytułowi "Karate Kid" przytrafić. Tylko co z tego, kiedy po zwiastunach można wywnioskować, że nowi twórcy są tak samo ograniczeni jak oryginalni...?

Tu pojawia się przysłowiowa "dupa", bo ograniczeni okazują się tylko ludzie, którzy zmontowali trailery. Bardziej płytko i niezdarnie nie dało się spróbować namówić gawiedzi na poznanie historii małego Willa Smitha w Chinach! Jakże więc niespodziewane były dla mnie kolejne sygnały już na seansie - "cholera, to mi się podoba!". Ja tak właśnie bym widział familijny film o nauce sztuk walki! No, może bym go skrócił trochę, bo 2,5 godziny to rekordowy metraż, jak na produkcję tego typu.


Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że twórcy wymienili wszystko, co było złe w oryginale i zastąpili czymś, do czego naprawdę się przyłożyli. Co z tego, że na planie hasają 12-latkowie? Ci mali adepci Wushu prezentują poziom, o jakim nie śniło się nawet obsadzie oryginału. Dodatkowo wszelkie akrobacje wykonują na planie bez pomocy linek, czy efektów specjalnych, co w połączeniu ze świetną choreografią daje rewelacyjny efekt. Do tego idealnie wykonane montaże treningowe, które za sprawą Jackie Chana przyjęły niemal formę filmu instruktażowego. Stary mistrz pokazuje jak, ale przede wszystkim pokazuje, że to nie jest taka łatwa sprawa. Bez potu, krwi i łez się nie obędzie. W ogóle Chan deklasuje oscarową kreację Mority pod każdym względem. Łączy w sobie mądrość, siłę, ale także zgorzknienie, chamstwo i najzwyklejsze wypalenie z powodu przeżytej tragedii. To jest wzór mistrza, nie próba bicia rekordu Guinnessa w ilości klisz o Azjatach na sekundę. Ale o statuetce raczej nie ma co marzyć, a szkoda. Należy się Jackiemu jakieś trzy razy bardziej.

Jako dopełnienie otrzymujemy także idealną realizację. Operator w końcu jest wolny od padaczki. Nie doznamy tu żadnych matrixowych przyspieszeń, głupiego machania kamerą w celu zobaczenia wszystkiego, tylko nie walki. Zdjęcia są bardzo ładne i doskonale oddają obcy klimat Pekinu, który łączy w sobie starożytny przepych ze slumsowymi dzielnicami wymieszanymi z nowoczesną architekturą. W scenach akcji jesteśmy raczeni wszelkimi detalami, a tych jest dużo, bo jak wspominałem wcześniej, choreografia stoi na bardzo wysokim poziomie, podobnie jak przygotowanie aktorów pod względem fizycznym. A na deser piękna ilustracja muzyczna z wpadającym ucho i bardzo budującym motywem, który możemy usłyszeć podczas treningów.

Nowy "Karate Kid" to chyba najmilsze zaskoczenie tego roku. Film wbrew zwiastunom jest autentycznie mądry, ciepły, przy czym nie lukruje samych sztuk walki i treningu. Nie mami dzieci bzdurami, że wystarczy być dobrym człowiekiem by je opanować. Przygotowuje je na ogromny wysiłek, jaki je czeka jeśli zdecydują się na tę drogę. A po seansie trudno będzie im wybrać inną.

W tym wypadku, morał bajki jest prosty i wszystkim znany: remake nie byłby potrzebny, gdyby oryginał był udany.


PS. W napisach końcowych, zamiast nieudanych scenek, mamy pokaz zdjęć z planu. Warto je pooglądać, by przybliżyć sobie kulisy produkcji. Poza treningiem i ćwiczeniem choreografii, dostrzec można samego Willa Smitha, który jako główny producent bacznie przygląda się powstawaniu filmu, ale jest także wspierającym tatą.


8/10





wytwórnia - Columbia Pictures, China Film Group, 2010
reżyseria - Harald Zwart
scenariusz - Christopher Murphey
wg pomysłu - Roberta Marka Kamena
produkcja - Will Smith, Jada Pinkett Smith, Jerry Weintraub
muzyka - James Horner
zdjęcia - Roger Pratt
montaż - Joel Negron
scenografia - François Séguin
kostiumy - Han Feng
czas projekcji - 140 minut

wystąpili

Jaden Smith
Jackie Chan
Taraji P. Henson
Wenwen Han
Rongguang Yu
Zhensu Wu
Zhiheng Wang
Zhenwei Wang

(Dre Parker)
(Mr. Han)
(Sherry Parker)
(Meiying)
(Mistrz Li)
(ojciec Meiying)
(matka Meiying)
(Cheng)

Autor recenzji: Mateusz Sojka - HITCH [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 30 października 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF